LOADING

Type to search

Złośliwy sufler

zafor hasan 2 marca 2015
Share

Byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce – pisze Paweł Koryntianom. To nie jest łatwe. Nie mam pojęcia co to znaczy stracić kogoś z tych najbardziej bliskich, mieć raka, zostać zdradzonym, nie móc znaleźć pracy. Nie wiem, co wtedy dzieje się w głowie, w emocjach. Mogę sobie wyobrażać, przypuszczać. Z mniejszym lub większym powodzeniem. I to wszystko, co mogę. Jak pocieszyć, kiedy nie potrafię nawet do końca zrozumieć?

Jak moje słowo, gest mogą cokolwiek znaczyć, kiedy dzieli nas przepaść doświadczenia, które mnie zostało zaoszczędzone, a temu drugiemu nie? To pytanie chodzi ze mną po szpitalnych korytarzach przy ulicy Banacha, kiedy jadę tam co drugą niedzielę roznosić pacjentom Komunię Świętą. Na przykład wtedy. Ale nie tylko. W tysiącu innych sytuacji jest niby złośliwy sufler, który zamiast podpowiedzieć właściwą kwestię, drwi z mojej nieporadności, zakłopotania, milczenia.

Pocieszyć? Co to właściwie jest? Pocieszyć to nie znaczy zaradzić. Bo często zaradzić się nie da. Najgłupsze i najgorsze z możliwych rozwiązań to próbować przekonać kogoś, że nie cierpi aż tak bardzo, że sprawa nie jest aż tak poważna, że inni mają gorzej. Rabin Neusner napisał kapitalne zdanie o tym, że nie można prowadzić sporu ze łzami matki. I miał rację. Pocieszyć to też niekoniecznie powiedzieć, że będzie dobrze. Bo ja wcale nie wiem, czy będzie dobrze. Bo czasem wszystko wskazuje na to, że dobrze to już było. A więc?

_IGP6064

Wertując Kłopot z istnieniem trafiam na zanotowaną przez Elzenberga sto dwa lata temu myśl. Pocieszyć człowieka znaczy: w jego własnych oczach jego cierpienie podnieść do najwyższej godności. W tym coś jest. Nie wytłumaczyć cierpienie, nie wyjaśnić je, czy usprawiedliwić. Owszem, jeśli byłbym w stanie, mógłbym w ten sposób pomóc drugiemu oswoić się z bólem. Ale nie z każdym. I nie zawsze. Przede wszystkim dlatego, że najczęściej sam nie rozumiem i chciałbym pytać: dlaczego?

Nie mogę objawić celu cierpienia. Ale mogę podzielić się odrobiną mojej kruchutkiej wiary w jego sens. Nie wiem dlaczego cierpisz i nie wiem po co. Ale na ile znam Pana Boga, to Jemu po coś to potrzebne. On wie, co chce z tym zrobić. Nie wiem co. Ja też nie rozumiem wielu Jego pomysłów. Ale wiem, że je ma. I że można Mu ufać. Na razie, jeśli możesz, oddaj trochę swojego cierpienia za tego, czy tamtego człowieka. Jeśli możesz, uczyń kawałek swojego cierpienia ofiarą. Tak się zaczyna współpraca z Bogiem w Jego niezrozumiałych planach. Tak ból człowieka – podniesiony na wysokość krzyża – staje się częścią Bożego pomysłu. Zyskuje nieocenioną wartość, godność. Bo być współpracownikiem Boga to jest coś wielkiego. Naprawdę wielkiego. Wielkie rzeczy rzadko bywają łatwe.

A poza tym, to Pismo Święte wypada czytać uważnie. Bo Paweł wyraźnie mówi, że to On – Bóg wszelkiej pociechy pociesza nas w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga. To On jest specjalistą od pocieszenia. Ja mam zrobić tylko coś na zasadzie podaj dalej. Pomóc człowiekowi i Bogu złapać kontakt wzrokowy, usłyszeć się, złapać za rękę. A to znaczy: wejść w dzieło Jezusa. Tylko aż tyle.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

1 Komentarzy

  1. Lola 5 marca 2015

    Wystarczy pomilczeć, może nawet zapłakać, potrzymać za rękę….naprawdę nie trzeba nic mówić – mówię z pozycji człowieka udręczonego. Wystarczy być, zupełnie wystarczy. I wcale nie należy odczuwać tego samego, aby coś dać. I namawiać na sakrament chorych, bo to on daje siłę (mówię z pozycji osoby młodej, która dwa razy o taki sakrament w szpitalu poprosiła, a wszyscy o bok w dużo gorszym stanie mieli strach w oczach i odmawiali). Z Panem Bogiem

    Odpowiedz

Leave a Reply