LOADING

Type to search

Zapach Stambułu

zafor hasan 4 marca 2013
Share

Próżno szukać tu jakiegokolwiek rozwiązania. Ratowało mnie jedynie to, że siedziałem po wewnętrznej stronie, od korytarza. Chociaż jedna noga miała większe pole do popisu. Europejczyk to jednak Europejczyk, nie dogodzi mu nigdy. Dokonując odprawy, poprosiłem panią o miejsca przy oknie. Wyszło idealnie, jak nie chciałem. Cóż. Dość powiedzieć, że tam nie miałbym już kompletnie pola do popisu. Mimo to, okno przyciąga i kusi szerokim wachlarzem bodźców wzrokowych.

Lot przebiegał nad wyraz spokojnie. Jeśli były turbulencje, to mieściły się one w granicach przyzwoitości, ilościowych i tych jakościowych. Miłym zaskoczeniem był posiłek wliczony w cenę biletu. Stewardessa zaproponowała menu, a w nim między innymi Cheese Ravioli (przyprawiony sos pomidorowy z parmezanem), do tego zasmażane warzywa. Zamówiłem owy zestaw, dodając do całego dziegciu słone herbatniki z masłem i serkiem białym oraz na osłodę podróży, ciasto czekoladowe. Menu zamknąłem francuskim winem. Taka 175 ml pipetka, ale w końcu to do obiadu! Jako ekstra dodatek dostałem schłodzoną wodę w iście egzotycznym opakowaniu. Miękkie pudełeczko, niczym po serku homogenizowanym, jak za dawnych lat, do tego opatrzone aluminiowym pozłotkiem.

Najedzony i napity mogłem już spokojnie lecieć dalej, na południowo wschodni kraniec Europy. Niestety niedane mi było widzieć, gdzie się obecnie znajduję, morze, ląd?, bo mój współtowarzysz spod okna zasłonił je. Może miał lęk wysokości?! Nie sądzę. Miał taki kaprys! Nie przeżywając dłużej tej sytuacji, oddałem się drzemce na firmowej poduszce, którą również załączono do pakietu podróżnika. To nie koniec prezentów. Czas przelotu dodatkowo uprzyjemniły mi jednorazowe słuchawki. Podłączywszy je do podłokietnika, jakkolwiek to brzmi, odpłynąłem ze swoją ulubioną muzyką. Do wyboru było aż dziesięć kanałów. Z czego dwa milczały. Kolejne dwa przekazywały fonię z włączonego nad głową monitora. Projekcja filmu po angielsku i z dubbingiem tureckim raczej nie spotkała się z uznaniem lecącej publiczności. Większość, bowiem, jak nie spała, to czytała książkę czy gazetę. Chyba, że podczas posiłku. E tam, każdego interesował wówczas tylko jego talerz. Pozostało zatem sześć kanałów do wyboru. Wybrałem oczywiście chillout. Większość kawałków znałem ze swojego radia w Polsce.

Mijały kolejne setki kilometrów. Chmury zapewne uciekały w zawrotnym tempie. Pomijając dziecięce wrzaski i piski, które towarzyszyły przez całą drogę, zrobiło się gwarno na pokładzie. Wkroczyła pani stewardessa. Tym razem proponowała już tylko same napoje. Tylko, albo aż. Klimatyzacja wyjątkowo dawała o sobie znać w końcówce lotu. Suche powietrze podrażniało gardło, co skutkowało jednym wielkim kaszlem w kokpicie. Po rajdzie drinkowym wózkiem nastała cisza.

Jeszcze kilka minut i będziemy na miejscu. Samolot opuszcza centralny korytarz powietrzny, zawieszony względem Ziemi na wysokości prawie jedenastu tysięcy metrów. Zapiąłem pas i spokojnie wypatrywałem zbliżającego się lądu, korzystając z łask kolegi z prawej. Już widać meczet. Jeden, drugi i trzeci. Tak, to Stambuł. Wszystko okraszone białym puchem. Trzeba mi było lecieć aż do Turcji, żeby zobaczyć prawdziwą zimę.

Nie zakładałem kurtki, wychodząc na zewnątrz. Czuło się lekki mróz, jednak słońce na bezchmurnym niebie rekompensowało utratę ciepła. Jak to jakaś pasażerka powiedziała: Jak ja kocham to tureckie słońce w styczniu!. Fakt, może zauroczyć swoim wdziękiem. Autobusem podjechaliśmy pod niebotycznie wielki terminal. Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem! Trudno wyobrazić sobie lotnisko w Stambule innego imienia, jak tylko samego Mustafa Kemal Atatürka. Pierwszy prezydent Republiki Turcji z pewnością zasługuje na to miano i wielkie wyróżnienie wielkim portem lotniczym.

Mnóstwo drzwi na kilkunastu metrach kwadratowych. Nie wiadomo, gdzie się udać. Ludzie rozpierzchli się momentalnie. Dołączył autobus wypełniony podróżującymi z Trabzonu. Wymieszaliśmy się, chcąc tego, czy nie. Wreszcie ktoś obrał dobry azymut i psychologią tłumu wkroczyliśmy w prawidłowe wrota. I tu zaskoczenie. Jeszcze nigdy w swojej powietrznej karierze nie spotkałem się z kontrolą zaraz po wylądowaniu. Procedura wyglądała identycznie, jak w przypadku check inu. Kompleksowa kontrola bagażu podręcznego, prezentacja laptopa czy przechodzenie przez bramkę bez paska i telefonu w kieszeni, jest tu rutyną. Metry kabli spakowanych po kieszeniach koszuli spowodowały migotanie bramki na czerwono, co skutkowało moim w tył zwrot!. I znów ściągaj to wszystko z siebie, ale tak to jest, jak chce się pójść na skróty.

Minąłem to wszystko bez szwanku. Wjeżdżam schodami na pierwsze piętro. Znaki u sufitu sugerują pójście dalej prosto. Mimo, iż nie musiałem odbierać swojego bagażu rejestrowanego i tak zacząłem się martwić, czy aby nie powinienem pójść po ewentualny jego odbiór. Spaliło na panewce. Poszedłem zatem dalej prosto. Na monitorach widnieje już informacja o locie do Yaounde o 17:45. Pozostało sporo czasu na zwiedzenie tego kolosa. Biorąc pod uwagę spóźniony miniony rejs i tak miałem jeszcze przeszło godzinę.

Doszedłem do centralnego punktu, gdzie zbiegało się większość korytarzy. Jakby ktoś zadzwonił do mnie w tym momencie i spytał: Co teraz widzisz?. Bez wahania odpowiedziałbym: Miasto, ogromne miasto! Kolejne pasaże handlowe, bramki, tysiące ludzi stąpających po lśniącym granicie, jasne przestrzenie i ogromne ściany okien. Kunszt i przepych. Na tablicach informacje o odlotach do Tokio, Adis Ababa, Ammanu, Seulu, Delhi czy Dubaju. Taki widok potrafi przyprawić o prawdziwy zawrót głowy.

Tak mi się dobrze spacerowało, że czas stopniał do dwudziestu minut do odlotu. Jak się okazało, zapuściłem się w drugi kraniec miasta. Trzeba wracać, by zdążyć. Korytarz wyjątkowo dłużył się, a wskazówki dużego zegara konsekwentnie przemierzały cyferblat. Na horyzoncie tablica, a na niej napis: Gate 309. Czyli jestem już w domu, to znaczy prawie w Afryce. Tym razem nikt niczego nie ważył, nie sprawdzał. Okazałem jedynie paszport, a w nim wizę i już byłem w rękawie, bieżąc do Boeinga 747. Z tyłu głowy pozostała myśl o losie walizki..

Leave a Reply