LOADING

Type to search

Share

Średniowiecze to jeden z najbardziej przekłamanych okresów historii, w Polsce szczególnie za sprawą komunistycznej machiny propagandowej, stąd też najbardziej powszechnymi w świadomości większości ludzi współczesnymi odniesieniami do średniowiecza będą takie powiedzonka jak „mroki średniowiecza”, czy nie godne pełnego zacytowania o tym z czego można komuś zrobić „jesień średniowiecza”. Ale to nie tylko
w Polsce, o czym najlepiej świadczy jedna z angielskich nazw tej epoki — dark ages (obok neutralnego middle ages). Również w języku potocznym często nazwanie czegoś „średniowiecznym” ma mieć wydźwięk pejoratywny. Źródła tego zjawiska należy upatrywać jak sądzę w antyklerykalizmie, ale przede wszystkim tym ustrojowym, czyli właśnie komunistycznym, który programowo zwalczał wszystko, co w jakiś sposób mogło stanowić apoteozę chrześcijaństwa. Zatem musiano maksymalnie obrzydzić okres kiedy ta religia była w Europie dominującą, i co tutaj szczególnie istotne — ściśle powiązana z władzą. Oczywiście obiektywizm badacza nie pozwala nie dostrzec licznych wypaczeń, tak samej religii jak i organizacji państwowej na takim mariażu berła z pastorałem, problem w tym że propaganda komunistyczna nigdy nie działała na zasadzie skoncentrowanej na prawdziwym problemie krytyki, za to na masowej „czystce” niewygodnego tematu. Stąd na przykład rozbuchane do granic intelektualnej możliwości „palenie” na stosie historii papieskich inkwizytorów, przy zupełnym przemilczaniu roli w tych haniebnych procederach tzw. „palenia czarownic” sądów i inkwizytorów świeckich, którzy byli odpowiedzialni za ogromną większość tego zjawiska, i za najbardziej niesprawiedliwe wyroki. A odnośnie meritum pytania, to właśnie jednym
z takich przykładów odniesień do współczesności, można wspomnieć do dziś stosowane i uważane za absolutne podstawy praw jednostki, takie rozwiązania jak prawo oskarżonego do obrońcy, możliwość odwoływania się od wyroku, zakaz wymuszania zeznań torturami, czy jedynie w aresztach inkwizycyjnych obowiązujące oddzielanie mężczyzn od kobiet, by chronić je przed gwałtami. Tu oczywiście czujny krytyk średniowiecza powie, że to w takim razie rzeczywiście były mroczne wieki, skoro w świeckich więzieniach ludzie byli tak niegodnie traktowani. Jednak trzeba by zwrócić uwagę na dwie sprawy — po pierwsze, jeśli chodzi o świeckie więziennictwo, to współcześnie znane „udogodniania” to bardzo świeża sprawa, a więźniowie cierpieli ponad miarę tak samo i w renesansie, i baroku, i w oświeceniu, a i o XX-wiecznych „tjurmach” można by długo prawić (a jednak to właśnie w średniowieczu pojawiła się propozycja i realizacja wizji humanitarnego traktowania więźniów, do tego stopnia, że znane są historii liczne przypadki udawania przez przestępców pospolitych „herezji”, po to by trafić do aresztu inkwizycyjnego miast królewskiego), po drugie, każda epoka to spory wycinek czasu, a już średniowiecze wyjątkowo długi, i trzeba pamiętać, że trudno taki okres ocenić jednym zdaniem. Następują w nim długotrwałe procesy, przemiany. Wychodząc od chaosu państwowotwórczego za panowania Pepina Krótkiego, czy nawet ambitnego Karola Młota, a na naszym podwórku wspomnę choćby rozbicie dzielnicowe, przez całe średniowiecze obserwujemy progres nieporównywalny do innych epok. Nawet do współczesności, gdzie tylko w dziedzinie technologii rozwój jest oszałamiający, a już politologicznie, ekonomicznie i socjologicznie mamy tylko wyścig kopiowania pomysłów z wieków wcześniejszych, i to z naciskiem na jakieś niepojęte upodobanie w powtarzaniu największych błędów jakie już popełniono. W tym sensie, rzekłbym, że aż za mało jest brania przykładu ze średniowiecza, które u schyłku reprezentowało się nader wybitnie w stosunku do swego zarania. Do dziś standardy wypracowane w tej epoce obowiązują nie tylko w sądownictwie (ciekawostka, iż każdy wie, że fundamentem jest prawo rzymskie, ale prawie każdy skojarzy to wyłącznie z prawem starożytnego Rzymu, a tymczasem wiele rozwiązań prawnych pochodzi już ze średniowiecznego Rzymu, i to bardzo konkretnie, z dzielnicy zwącej się Watykan), ale i chociażby w środowisku akademickim (warto podkreślić, że w średniowieczu upowszechniono jako podstawę nauczania artes liberales, czyli sztuk wyzwolonych, system wypracowany w starożytności, co obala kolejny mit, o tym, że starożytność to była taka wspaniała, a w mrokach wiecznych wszystko to porzucono; okazuje się, że jednak co było dobre, to nie tylko podtrzymano, ale i upowszechniono). Średniowiecze to także przełomowe odkrycia w dziedzinie medycyny, biologii, technologii, początek wielkich odkryć geograficznych. To także rozkwit humanizmu, filozofii, i wreszcie sztuki. Chociażby rozmaitość form scenicznych tego okresu, a przy tym i jakże znane ze współczesności (mniej lub bardziej świadomie — już tylko kopiowanie) swobodne podejście, zupełnie nie licujące z powszechnym przekonaniem, że średniowiecze to tylko zakazy, karność i wszechobecna kościelna cenzura.

Myślę, że mianem „powrót średniowiecza” można określić dwa współczesne zjawiska. Oba są jak sądzę słabo obecne w świadomości powszechnej, choć jedno nawet znikomo w środowisku artystycznym. Pierwsze, zauważane, choć często niestety bagatelizowane i spychane na margines przez mainstreamowych artystów, to bezpośrednie nawiązania do dzieł, czy gatunków średniowiecznych, i tu przykładem mogą być, czy to Schola Węgajty, czy dość liczne zespoły muzyki dawnej, jak np. warszawski Abalienatus, współcześni odtwórcy chorałów gregoriańskich, czy coraz liczniejsi kantorzy akatystów, a z zagranicznych cieszący się sporym powodzeniem w stylu folkowym nurt średniowiecznej muzyki celtyckiej (mający także swoich polskich reprezentantów, jak choćby zespół Open Folk). Do takich nawiązań zaliczyłbym również rodzimy Festiwal Epifanie, czy również tworzenie współczesnych misteriów muzycznych, jak np. komponowane przez Hadriana Filipa Tabęckiego (Quem Queritis, czy Misterium Crucis). Jeszcze inną formą sięgania do średniowiecza jako inspiracji artystycznej jest odtwarzanie instrumentów dawnych (a zatem także sposób grania na nich), w czym prym w Polsce wiedzie Maria Pomianowska, która koncertuje na całym świecie między innymi na suce biłgorajskiej (znanej na ziemiach polskich prawdopodobnie już w X wieku), czy młodszej (prawdopodobnie już renesansowej) fideli płockiej. Natomiast gdzieś pomiędzy odtwórcami muzyki dawnej, a kompozytorami tylko tematycznie nawiązującymi do średniowiecznych kompozycji, ulokowałbym tych, którzy tworzą utwory bazujące na muzyce średniowiecznej, ale wzbogacone o brzmienia współczesne, jak np. projekt Erica Leviego pn. Era, którego utwory są adeptacjami średniowiecznych pieśni katarów. Nie można nie napisać także, o współczesnych widowiskach publicznych odwołujących się do dawnych tradycji. Misterium Męki Pańskiej jest odgrywane w Wielkim Poście w wielu miastach Polski, i na całym świecie (także na polskich misjach w Afryce czy Ameryce Południowej). Kolejnym przykładem z jednej strony podtrzymanej tradycji, są jasełka, a drugiej ich unowocześnienie w formie Orszaków Trzech Króli, które od ponad dekady podbijają ulice polskich miast w dniu 6 stycznia. Poza przestrzenią publiczną, tj. na deskach teatrów, można od czasu do czasu natrafić na współczesne spektakle oparte na średniowiecznych tekstach. Podam tu za przykład znakomitą adaptację Słowiańskiej Księgi Henocha (badacze spierają się co do daty powstania oryginału, podając przestrzał bagatela — tysiącletni, bo jedni twierdzą, że był to rok I przed Chrystusem, a inni, że wiek X, ale są zgodni, że słowiański przekład pochodzi z roku ok. 1000), pt. „Siedem Nieb Patriarchy Henocha” w reżyserii i wykonaniu wykładowcy Akademii Teatralnej w Warszawie — Jerzego Łazewskiego. Nie chcę natomiast już się rozpisywać nt. średniowiecznych odniesień na polach X muzy, bo to temat bez końca. Dość wspomnieć, że jest całe mnóstwo filmów kręconych o średniowieczu, zarówno w bardzo swobodnym podejściu faktograficznym, często opierających się na legendach i podaniach (niektóre z nich sfilmowano już w tylu odsłonach, że  co kolejna, to coraz mniej mająca coś wspólnego z pierwotnym podaniem), jak i takich, które starają się możliwie wiernie trzymać wiedzy archiwistycznej i archeologicznej. Podobnie ma się to w literaturze pięknej. Z osobistej sympatii wspomnę tylko cykl powieści piastowskich Karola Bunscha, „Srebrne Orły” Teodora Parnickiego oraz Trylogię husycką Andrzeja Sapkowskiego.

Drugie zaś zjawisko, które mam na myśli, to coś co pozwolę sobie nazwać „uśredniowieczeniem” życia kulturalnego w Polsce. Mam tu na myśli cały ten wielki ruch artystyczny, ciągłego przekraczania kolejnych granic, w obawie by kto przed chwilą był jeszcze w awangardzie, za chwilę nie ostał się w ariergardzie postępu. „Dramatyzm” tego pędu upatruję w tym, iż każda awangarda musi mieć wroga. W końcu nie bez powodu do świata sztuki przeniesiono pojęcie militarne, a nie pokojowe. Zatem jeśli awangarda ma przekraczać granice, to wrogiem musi być ktoś kto jeszcze trzyma się jakichś zasad. Wybór jest coraz mniejszy. I nie powiem, że na placu boju zostały już tylko religie, ale one głównie wyznaczają wciąż jakieś granice. A że nie każdy współczesny artysta jest domorosłym historykiem, to łatwo było o popadnięcie w pułapkę pojęciową, tę właśnie stworzoną przez komunistyczną propagandę, w której religia = średniowiecze = passe. I tak oto mnóstwo artystów zarazem szydzi z każdego przejawu „średniowieczności” (także tych wspomnianych wyżej artystycznych emanacji), jak i staje się samemu wojownikiem „mrocznych wieków”, bo przecież to właśnie wtedy powstawały pierwsze (i kolejne) utwory przekraczające granice, naginające zasady, wprowadzające satyrę i komedię do tematyki nabożnej, czasem nawet narażając się tym na jakieś niemiłe konsekwencje (choć przecież nie palenie na stosie, jak chciałoby wielu współczesnych). To była podziwu godna awangarda. Kto zaś dziś jest awangardą w świecie, w którym prawie wszyscy są już „tam z przodu”? Clement Greenberg już w 1975 pisał „Tam gdzie wszystko jest postępowe, nic nie jest postępowe; tam gdzie każdy jest rewolucjonistą, rewolucja jest zakończona”. A tak na to patrząc, śmiem postawić tezę, że najgorętszą, najbardziej postępową, i najbardziej rewolucyjną epoką w historii Europy, było właśnie średniowiecze.

Tags:

Leave a Reply