LOADING

Type to search

Obrona apologetyki, czyli o rzeczy podstawowej

zafor hasan 6 września 2022
Share

⚔️ Apologetyka katolicka to obrona wiary za pomocą argumentów. Rzadko jednak mówi się o obronie samej apologetyki, a więc – jakkolwiek to zabrzmi – o apologetyce apologetyki. A przecież nie brakuje okazji do odpierania zarzutów płynących z wnętrza Kościoła, kwestionujących zasadność zajmowania się obroną wiary. Przyjrzyjmy się zatem dlaczego osoba zajmująca się apologetyką nie powinna mieć z tego powodu kompleksów.

⚔️ Zacznijmy jednak od argumentów, dlaczego rzekomo nie warto tego robić. Oprę się tu na własnym doświadczeniu. Niejednokrotnie usłyszałem, że przecież każdy ma swoje zdanie i szkoda tracić czas na dyskusję, a tym bardziej na przekonywanie kogoś do czegoś. Ponadto apologetyka bywa postrzegana jako – nazwijmy to – uboga krewna ewangelizacji, mówienia świadectwa, dzielenia się osobistym doświadczeniem wiary. Usłyszałem też kiedyś, że wiara nie potrzebuje obrony lub – idąc jeszcze dalej – nie potrzebuje jej Jezus Chrystus. Apologetyka kojarzy się też z walką – na argumenty, ale jednak. Taki spór możemy różnie definiować, trudno jednak zupełnie uciec od mówienia o występowaniu strony wygranej i przegranej.

⚔️ Zatem po kolei. Obrona wiary katolickiej za pomocą argumentów występuje w Kościele od zawsze (określenia „wiara” będę tu używał w znaczeniu 'religia, zespół wierzeń”). Mamy apologetów pierwszych wieków, z Justynem jako najbardziej znanym spośród nich. Mamy Ojców Kościoła, później Tomasza z Akwinu i wiele, wiele osób, które ogarniały wiarę katolicką od strony intelektualnej, porządkowały informacje, dostarczały argumentów – nawet, jeśli stanowiło to efekt uboczny ich działalności. Gdy sięgniemy do Ewangelii, zobaczymy tam cięte riposty Jezusa Chrystusa, polemiki, przypowieści. 

⚔️ Apologetyka nie przeszkadza w ewangelizacji, stanowi po prostu drugą stronę procesu dbania o wiarę i przekazywania jej. Najlepszy ewangelizator może zostać poproszony o uzasadnienie tego, w co wierzy, zaś najlepszy apologeta może być wezwany do opowiedzenia o osobistym doświadczeniu wiary. Porównywanie tych dwóch dziedzin jest jak przekonywanie, że w ciele człowieka mięśnie lepsze są od kości (lub odwrotnie).

⚔️ Aby odnieść się do innych zarzutów wygłaszanych przez sceptyków lub przeciwników uprawiania apologetyki, warto rozwinąć jeszcze jedną kwestię. Doprecyzujmy, czego tak naprawdę bronimy, broniąc wiary (uprawiając apologetykę). Rację mają ci, którzy twierdzą, że Bóg nie potrzebuje naszej obrony. To prawda, niczego mu nie ubędzie, nawet gdy człowiek lub jakaś instytucja uzna go za kogoś najgorszego, a religię, która się na niego powołuje – za największą zarazę. 

⚔️ Z kolei, czy wiara rozumiana jako stan wewnętrzny katolika, jako orientacja na Boga, może zostać zagrożona śmiałym atakiem słownym intelektualnego chuligana lub przemyślanym ciągiem argumentów ze strony intelektualisty przez duże „i”? Nie musi zagrozić, aczkolwiek może… Bo wiara nieuargumentowana, choćby i przed samym sobą, może być mało odporna na taką próbę – na taki dysonans poznawczy, rozdźwięk między tym, co uważamy, a tym, co dostarcza nam świat zewnętrzny. To już sprawa bardziej indywidualna. Obserwowałem wokół siebie różne przypadki. Osobiście przyznam, że moja wiara bez apologetycznej podbudówki mogłaby się posypać.

⚔️ Zatem Boga, jako apologeci, bronić nie musimy i nie powinniśmy próbować. Wiary jako stanu wewnętrznego – bronić możemy. Co jeszcze zatem podlega obronie? Otóż, szeroko pojęty honor, taki codzienny, nie przesadnie wzniosły, ale jednak honor. Czujemy, jeśli nie wszyscy, to na pewno wielu z nas, że w pewnych sytuacjach chcemy, powinniśmy zabrać głos. No bo jak to tak – ktoś w naszej obecności obraża naszą rodzinę, niemerytorycznie krytykuje osoby, rzeczy, idee, sytuacje dla nas ważne… Mamy potrzebę zabrać głos, zareagować. Jeśli tego nie zrobimy, często świat się nie zawali, ale dyskomfort pozostanie. Gdy skumuluje się więcej takich sytuacji, możemy czuć się przygnębieni, w zależności oczywiście od naszej kontrukcji psychicznej. 

⚔️ Zajmowanie się apologetyką bywa zatem – i nie bójmy się tego – sposobem na lepsze samopoczucie, na budowanie dobrze pojętego respektu w środowisku, gdzie się znajdujemy. Może ktoś się dwa razy zastanowi, czy podjąć z nami intelektualny sparing. Może dojdzie do wniosku, że aby skrytykować Kościół, musi się bardziej postarać merytorycznie, bo ateizm polsko-gimnazjalny (jak nazwał to youtuber) łatwo nie przejdzie.

⚔️ Obrona wiary to także, a może przede wszystkim, obrona określonych tez. A bronić tezę, to dostarczać argumentów, niezależnie od emocji, honoru czy innych osobistych kwestii. Chodzi o wykazywanie, czy system (w tym przypadku religia katolicka) jest spójny (nawet jeśli ktoś twierdzi, że nie jest) oraz że z A wynika B, mimo że ktoś twierdzi, że nie wynika. Bronić to udowadniać, wykazywać, sprawdzać. Czy, jako katolicy, musimy coś komuś udowadniać? Nie musimy, ale czasem warto, byśmy to robili. Jeśli nie wszyscy, to duża część z nas. Wiara przekazywana ulega umocnieniu – powiedzą ewangelizatorzy. Ja zaś dodam, że wiarę, którą rozumiem i umiem uzasadnić (przynajmniej przed sobą, a docelowo i przed innymi), będę przekazywał chętniej, wiedząc, że – użyję metafory – sprzedaję dobry produkt. Mogę wygrać dyskusję, mogę przegrać, mogę nie definiować tego w kategoriach wygrana-przegrana, tu już są różne drogi… Ale uczciwa wygrana w jakiejś dziedzinie to zresztą nie grzech; ani też nie zasługa, którą należy się chełpić. Ot, życie, ze wzlotami i upadkami.

⚔️ Przed uprawianiem apologetyki może nas, katolików, blokować opisywany w psychologii efekt kwaśnych winogron. Lis z bajki Ezopa nie mógł dosięgnąć do winogron, więc powiedział: ech, i tak są kwaśne. Pomniejszył znaczenie czegoś, czego nie mógł zdobyć. Podobnie z apologetyką. W czasach, gdy wiara katolicka i Kościół przedstawiane są wręcz jako zagrożenie, nie jest łatwo być apologetą (przez małe czy duże „a’), wychylać się z takimi umiejętnościami. Może bezpieczniej nie oczekiwać od siebie za wiele – wtedy nie będzie rozczarowania, gdy nie wyjdzie. Dla porównania, bezpieczniej (w pewnym sensie) jest nie trenować sztuk walki – wtedy schodzimy z drogi agresorowi i nasze zachowanie jest dość oczywiste. A gdy już coś potrafimy i inni wiedzą, że potrafimy, napięcie rośnie, by się udało.

⚔️ Jednak – stety-niestety – życie jest ryzykowne, a wszystko co ważne, wymaga, by jakieś ryzyko do siebie dopuścić. Moja teza jest taka, i nieraz się nią dzielę, że nadchodzą w Polsce (lub już nadeszły) czasy, w których bycie świadomym katolikiem, umiejącym uzasadnić swoje stanowisko (przynajmniej przed samym sobą) jest alternatywą dla niebycia nim wcale. Przypadkowych katolików będzie coraz mniej. A rozumienie wiary i apologetyka pomogą nam w przedsięwzięciu, jakim jest bycie katolikiem w zlaicyzowanym świecie.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Leave a Reply