LOADING

Type to search

Dwie krótkie historie z życia

zafor hasan 3 czerwca 2013
Share

Uwielbienie jest potrzebne przede wszystkim nam, żeby nas uwolnić od nieszczęsnego kręcenia się wokół siebie samych; pozwala wyrwać się z przeklętej obręczy cierpienia i frustracji. Kto z nas tego nie potrzebuje?

Uwielbienie. Nic dodać, nic ująć. Taki tytuł nosi koncert organizowany od czterech lat w uroczystość Bożego Ciała we Włocławku przez grupę ludzi dobrej woli na czele z pewnym wizjonerskim księdzem, który wpadł kiedyś na szalony pomysł adorowania przez ten wieczór Najświętszego Sakramentu w plenerze, w centrum miasta – i co więcej, zdołał do tego przekonać wiele osób, włącznie z miejscowymi władzami kościelnymi i świeckimi. Chór, orkiestra, band, soliści, w tym roku także śpiewające dzieci, specjalni „playmakerzy” rozgrzewający audytorium. Miesiące pracy organizacyjnej i artystycznej, przygotowań, bieganie po sponsorach, rozmowy z mediami, ściąganie muzyków z całej Polski (dla niektórych to już obowiązkowy punkt programu, kto raz zagra, ten raczej już zostaje), kłopoty techniczne, aranże, próby. Wydarzenie ma już pewną lokalną sławę, sporo ludzi wyczekuje go corocznie, z okolic schodzi i zjeżdża się kilkutysięczna publiczność. Pięć minut przed koncertem modlimy się jeszcze za sceną: Panie Boże, niech Twoje Imię będzie uwielbione w tym czasie, w tej muzyce, w tych ludziach. Wychodzimy, koncert zostaje otwarty, ostatnie dźwięki strojenia się orkiestry – i punktualnie o 20.00 zaczyna się oberwanie chmury. Burza, grzmoty, pioruny, leje jak z cebra. Czekamy, modlimy się, ludzie pod parasolami heroicznie nie opuszczają pozycji, mija pół godziny, ale deszcz tylko się nasila. Zadaszenie sceny niewiele pomaga, woda zalewa nuty, instrumenty, sprzęt, w końcu pada nagłośnienie i światło – staje się oczywiste, że koncertu nie będzie, że trwanie na tej metalowej scenie nie jest nawet bezpieczne.

Spotykamy się wszyscy później, prowizorycznie osuszeni, w salce pobliskiego seminarium. Każdy z jakimiś emocjami. Żal, rozczarowanie, bezsilność, złość, lęk, niepewność, łzy, współczucie organizatorom. Szukamy interpretacji. Niepokojące pytanie: czy Bóg naprawdę nie chciał tej ofiary? Komentarz dyrygenta: Pan dał, Pan wziął. Bierzemy nuty, instrumenty i śpiewamy mimo to, bez prądu i bez publiczności. Nie wiemy w sumie, o co w tym wszystkim chodzi, ale czujemy, że nigdy jeszcze dotąd nie byliśmy tak blisko siebie. Może dzięki temu, że każdy z nas jakby zmalał?

Tyle sprzed paru dni. Drugą historię znam tylko z opowieści, ale wiem, że jest równie prawdziwa. Kobieta, żona alkoholika, ofiara przemocy, osoba wierząca, wrażliwa i utalentowana. Żeby odreagować swoją sytuację, codziennie, gdy mąż wychodził, przez godzinę śpiewała i tańczyła na chwałę Bożą. Nikt tego nie widział, tylko Pan Bóg. To był jej sposób na przetrwanie, na normalność; to pozwoliło jej nie załamać się, zachować równowagę, ocalić radość. Obolała, upokorzona, tańczyła tak i śpiewała przez dwadzieścia lat. Po dwudziestu latach jej mąż się nawrócił.

Co te dwie historie mają ze sobą wspólnego? Cóż, obie mówią o uwielbieniu. I obie pokazują, że uwielbienie jest jedyną drogą. Prawdę mówiąc, kiedy stałam na scenie w deszczu niszczącym ogromny wysiłek i nadzieje bliskich mi osób, nie czułam żalu – przynajmniej jeszcze nie wtedy. Czułam coś innego: grozę. Jedynie to słowo przychodzi mi na myśl. Nie bałam się burzy, czułam grozę, która jest reakcją małości w zetknięciu z wielkością. Coś podobnego odczuwamy stając nad brzegiem wzburzonego oceanu albo kontemplując niedosięgłe szczyty gór. Nieskończoność, której nigdy nie sprostamy (choć bywamy śmiesznie dumni, że żyjemy w XXI wieku). Widziałam więc fantastycznych, oddanych sprawie, kompetentnych ludzi, którzy mimo swego entuzjazmu, młodości i przygotowania nie byli w stanie nic zrobić. I pomyślałam – nie ja jedna, jak się później w rozmowach kuluarowych okazało – że oto doświadczam prawdziwego misterium tremendum. I miałam wyraźną świadomość, że mimo wszystko to uwielbienie się odbyło. Bóg sam uwielbił swoje Imię, w taki sposób, jaki widocznie był Mu miły. My się staraliśmy i były to dobre starania, a to, że nam się tym razem nie udało, w gruncie rzeczy nie miało większego znaczenia. Niektórzy powiedzą, że przy okazji było to dla nas lekcją pokory, może jakąś weryfikacją motywacji – na to zapewne każdy sobie sam odpowiada. Ja wiem tylko, że przez te pół godziny patrzenia w bezradnym milczeniu na burzę dostrzegłam, że mam z czego się nawracać.

Tańcząca kobieta z zasłyszanej opowieści była już niejako po tej lekcji, na swojej drodze zaszła dalej – ona nie tylko postawiła Boga w centrum życia, ale też doświadczyła tego, jak bardzo jest to uzdrawiające. Owa relacja między uwielbieniem a wewnętrznym uzdrowieniem jest czymś, co odkrywam ostatnio z rosnącą fascynacją. To prawda, że potrzebujemy czasem spojrzeć w mrok swego serca, rozdrapać rany, zapłakać nad własną historią. Naprawdę potrzebujemy. Zawsze jednak nadchodzi taki moment, kiedy staje się jasne, że w ten sposób nie posuniemy się już ani o krok dalej; kiedy jedyną opcją jest porzucić grzebanie w sobie i zwrócić wzrok ku komuś innemu. Najlepiej wtedy, aby był to Ktoś przez duże „K”, a nasz wzrok – był wzrokiem pełnym zachwytu. Uwielbienie jest potrzebne przede wszystkim nam, żeby nas uwolnić od nas samych, od nieszczęsnego kręcenia się wokół własnego ego; pozwala wyrwać się z przeklętej obręczy cierpienia i frustracji, przenieść punkt ciężkości naszego życia poza nią. Kto z nas tego nie potrzebuje?

Tags:

You Might also Like

Leave a Reply