LOADING

Type to search

Czy łacina jest potrzebna?

zafor hasan 24 października 2014
Share

mszał rzymski

Łacina. Oficjalnie: język martwy, mniej oficjalnie: niemodny, staroświecki, zbyt mało pospolity jak na dzisiejsze czasy. Ostatnio nawet wycofują go z terminologii medycznej. Na przykład chociażby Lublin i Uniwersytet Medyczny – tu już nomenklatura łacińska przestała być obecna i prawdopodobnie nie wróci do łask. Po co biedni studenci mają się męczyć w pocie czoła, skoro angielski załatwia sprawę… Kto wie, może kilka lat i prawnicy zapomną o swoim lingwistycznym Alma Mater i łacina nie będzie już „sine qua non”… Niby warto poszpanować jakimiś paremiami, bo to takie oryginalne i niszowe, ale z drugiej strony, w dzisiejszej dobie modernizmu i wszechobecnego postępu, bawienie się w anachronizmy to strata czasu…

A co z Kościołem Rzymskokatolickim? Jeszcze nieco ponad pół wieku temu łacina była chlebem powszednim. Nikt, nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał, że ów status quo może się zmienić i to tak radykalnie. Nadszedł sobór – Vaticanum II… Oczywistość przestała być oczywista. Nowa liturgia, języki narodowe, inny system formacji kapłanów… Zmiany te,  wynikające z ewidentnej potrzeby, to niesłychanie odważny krok Kościoła. Jak pisze św. Jan XXIII w konstytucji apostolskiej „Humanie salutis” zwołującej sobór:

Dlatego patrząc na zmienione oblicze ludzkiego społeczeństwa również i Kościół przedstawia się naszym oczom bardziej zmieniony i przybierającym doskonalsze formy a mianowicie, bardziej spoisty w swojej jedności, mający silniejszą obronę w nauce, więcej promieniujący blaskiem świętości”.

Trzeba tu podkreślić, że największym problemem w ówczesnych czasach był wzrost pustki duchowej wśród „oświeconych i postępowych”. Kościół, pełniąc misję apostolską powierzoną przez Chrystusa, pragnął wyjść im naprzeciw. To właśnie był główny powód zwołania soboru. Nie mniej jednak, jak każda poważna decyzja, tak i zmiany posoborowe przyniosły pewne zyski kosztem pewnych strat.

W obecnych czasach, 52 lata po soborze, łatwo jest dostrzec wiele wad wspomnianych zmian. Kapłani, którzy marginalizują całą głębię symboliki tkwiącej w liturgii to norma. Nie pomaga ani „Ogólne wprowadzenie do Mszału Rzymskiego”, ani wskazania Episkopatu. Nie twierdzę tu, że nawoływanie celebransa do rozkładania przez wiernych rąk na „Ojcze Nasz” to akt zachęcania do lekceważenia nauki i tradycji Kościoła. Bardziej wynika to z nieświadomości albo dobrych intencji, niźli ze świadomej ignorancji „bo tak i już”. Nie mniej jednak kapłan działa „In Persona Christi” tylko i wyłącznie sprawując Mszę według Mszału Rzymskiego, zaś każde świadome i dobrowolne odstępstwo prowadzi do zaburzenia jedności Kościoła.

A co do tego ma łacina?

A ma! I to całkiem dużo. Owszem, narodowy język liturgii to całkiem dobra sprawa, gdyż większość prostych ludzi może po prostu zrozumieć „o co w tym wszystkim biega”. Dzięki temu, zamiast odmawiać różaniec albo jakąś inną modlitwę w trakcie misterium, mają możliwość pełniejszego i bardziej świadomego w nim uczestniczenia. To teoretyczne założenie. Właśnie nim kierowali się Ojcowie Soboru. Natomiast, czy rzeczywiście cel został osiągnięty? Czy na pewno te 90% zadeklarowanych katolików rozumieją kto do nich przychodzi w trakcie Eucharystii? Czy doświadczają obecności Chrystusa? I czy wiedzą, że każdy, nawet najdrobniejszy element Mszy ma swoją symbolikę, praktykowaną i rozwijaną od początku Kościoła i że ona nie jest czczym gestem albo byle wymysłem. Odpowiedź nasuwa się sama… Gdyby rozumiano cud Eucharystyczny, gdyby zrozumiano jak wielką wartość ma symbolika liturgii – najwspanialsza forma wielbienia żywego Jezusa Chrystusa, to kościoły by się nie zamykały. Słowem – nie wyszło tak jak miało wyjść. Nie było jak z prawem zachowania energii. Ustępstwa liturgiczne wcale nie zwróciły się w postaci zapełnionych świadomymi wiernymi kościołów.  Łacina natomiast stanowiłaby nie tyle powiększenie przywoływanej przeze mnie jak mantrę świadomości, co trwanie przy jedności. Zamiast zastępować łacinę językiem polskim, można by po prostu tłumaczyć liturgię. Ksiądz dr Roman Kneblewski, proboszcz bydgoskiego Sacre-Coeur w jednym ze swoich felietonów na YouTube mówi, że wielokrotnie spotykał się z sytuacjami, w których wierni tłumaczyli swoją nieobecność na niedzielnej Eucharystii pobytem za granicą. Wyjaśniali, że nie rozumiejąc obcych języków, nie widzieli sensu uczestniczenia w nabożeństwie. A przecież, gdyby łacina nie była zamieciona pod dywan, każdy, dosłownie każdy wierny mógłby na tym skorzystać, ponieważ liturgia przebiegałaby tak samo. Ten sam ksiądz wspomina, że egzorcyści jednym tonem podkreślają, iż szatan boi się łaciny! Bp Andrea Gemma, który dziennie odprawia po kilka egzorcyzmów, wyznał:

Gdy mówię po łacińsku, to diabeł tez mi odpowiada w tym języku. Jednak brzydzi się on tym językiem.

Papież Jan XXIII, inicjator Vaticanum II, święty KK, mówił wyraźnie w „Veterum Supientia” (łac. mądrość starszych), że łacina to żywy język Kościoła. W dokumencie mówi:

Biskupi w swojej ojcowskiej trosce powinni mieć się na baczności, by nikt w ich jurysdykcji nie był skłonny do rewolucyjnych zmian, nie pisał przeciwko używaniu łaciny w studiach religijnych lub w liturgii lub poprzez jednostronność osłabiał wolę Stolicy Apostolskiej w tej sprawie bądź ją fałszywie interpretował. (…) W zgodzie z licznymi wcześniejszymi postanowieniami, główne nauki święte winny być nauczane po łacinie, która – jak wiemy z wielu wieków używania – „winna być uważana za język najodpowiedniejszy do ścisłego i jak najklarowniejszego objaśniania najtrudniejszych i najgłębszych idei i rozmysłów”. Obok wieloletniego ubogacania przez nowe wyrazy obliczonego na jak najlepsze zachowanie integralności wiary katolickiej służy ona również jako środek przeciwko zbieraniu zbędnego żargonu. (…) Profesorowie wykładający te nauki na uniwersytetach mają znać łacinę i mają umieć posługiwać się łacińskimi podręcznikami. Ci, którym nieznajomość łaciny utrudnia stosowanie się do tego polecenia, powinni być stopniowo zastępowani przez profesorów, którzy są odpowiedni do tychże zadań. W razie jakichkolwiek trudności należy je przezwyciężać cierpliwym naciskiem biskupów lub innych przełożonych. 

Gdyby tego było mało – święty Ojciec Pio to kapłan obdarzony niezwykłymi charyzmatami. Nie mniej jednak do końca życia prosił władze kościelne o umożliwienie mu sprawowania MŚ w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.

 

Czyniąc małe resume: nie chodzi o to, by rezygnować z języka polskiego w Kościele. Chodzi o to, by nie rezygnować z łaciny.  To bardzo dobrze, że Msza w języku polskim i w nowym rycie jest, bo rzeczywiście, umożliwia on głębsze poznanie tajemnic Eucharystii wiernym. Trzeba natomiast rozwijać się przez całe życie i nie poprzestawać na laurach. Łacina kryje wiele tajemnic i umożliwia jeszcze większy wgląd w cały depozyt wiary, pozwala na jej zrozumienie w pełniejszym zakresie… Jak mówi wielu ludzi Kościoła, łacina, tak jak sam Kościół, winna być jedna, święta, powszechna i apostolska. Innymi słowy powinna dawać jedność katolików, być obecna w Kościele, prowadzić do świętości i poznawania Boga. Dlatego, moim zdaniem, należy bardzo dbać o to, by nie zniknęła całkowicie. By była rzeczywistą alternatywą!

 

 

 

Następny artykuł

5 Komentarzy

  1. Jacob S 26 października 2014

    Dzięki Michał za artykuł, to jest to o czym mówił święty Paweł:”Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich” (Flp 2,4)
    Wydaje mi się, że podstawowym problemem nie jest nawet sam 'wygląd’ mszy świętej, tylko serce każdego człowieka, począwszy od księdza, przez kościelnego, ministrantów, organistów, itp. kończąc na samych wiernych. Może to brzmi jak banał, ale o nic innego nie chodzi. Bo jeżeli np. mam się spotkać z dziewczyną, w której jestem po uszy zakochany albo nawet po prostu kocham jakąś bliską mi osobę, to staram się jak najlepiej przygotować, nie spóźnić się na spotkanie, zostawić resztę spraw na boku, a już widząc się z nią, skupić na niej swoją uwagę, śledzić gesty, rozmawiać, itd. Analogicznie jest w relacji z Bogiem. Jeżeli Go nie kocham, to po co mam przychodzić na spotkanie z Nim, najbardziej intymne jakie jest, na Eucharystię? Więc trzeba robić wszystko, aby ludzie najpierw chcieli otworzyć swoje serca na Chrystusa, bo to jest przecież główny cel naszego Ojca. „I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM-ku chwale Boga Ojca.”(Flp 2,11)Zachęcam do rozważenia całego fragmentu:) (Flp 2,4-11) Jeśli ludzie nie pójdą za Jezusem, to msza będzie dla nich pustym rytuałem, i bez znaczenia czy odprawiona zostanie w języku polskim czy łacińskim.
    Ale, ale, jeśli już człowiek chce żyć z Bogiem, to chce Go poznawać, itd. Czyli idzie z radością na spotkanie z Nim w Eucharystii, ale ze względu na różne czynniki(np. własna i innych słabość) nie może Go(tego Spotkania) przeżyć w pełni. Bardzo ważnym czynnikiem jest na pewno poznanie znaczenia różnych części mszy świętej, symboli itd. I co zrobić z tym fantem? Kazanie niedzielne nie wystarczy do tego, ono bardziej ma głosić tę podstawę, aby obudzić ludzi, którzy niby są w Kościele, ale sercem dawno się odłączyło od Niego. Dlatego myślę, niewątpliwą pomocą jest działalność mniejszych wspólnot i ruchów przy parafii(piękny owoc soboru). Na spotkaniach w mniejszym gronie, gdzie bardziej człowiek ma możliwość pogłębiania swej wiary można na przykład zrobić spotkania dot. Eucharystii, całego znaczenia i symboliki. A ponieważ różne są sposoby przeżywania wiary(od kontemplacji w ciszy, do spontanicznego, głośnego uwielbienia), może się okazać, że msza trydencka jest dla jednego niesamowitym błogosławieństwem i kolejnym krokiem w wierze, a dla drugiego ciężka i mało zrozumiała(dopiero 'normalna’ Eucharystia będzie dla niego bardzo owocna). Sam mam w ból sercu, gdy widzę, że ludzie traktują mszę święta po macoszemu, ale jeszcze większy ból jest z tego, że po prostu nie chcą żyć z Bogiem. Jestem ministrantem od dłuższego czasu i dziękuję Bogu za łaskę większego zgłębiania Eucharystii, co mnie z kolei obliguje do tego, aby to bogactwo zanieść dalej, do czego zachęcam i Ciebie jeśli tylko dobrnąłeś do końca mojego wywodu :D)
    Pozdrawiam, Jakub
    +

    Odpowiedz
    1. michalj1107 28 października 2014

      Jasne, ze dobrnalem :-) dzieki Kuba za komentarz, masz sporo racji. W sensie sama symbolika bez milosci w sercu jest nic nie warta i to musi isc w parze

  2. Michał 24 października 2014

    Obecnie łacina jest coraz bardziej hipsterska i mimo mojej wielkiej do niej miłości nie wierzę w bliski powrót do znajomości przez szersze kręgi.

    Odpowiedz
    1. michalj1107 28 października 2014

      Ano niestety…

  3. zwyczajny katolik 24 października 2014

    Zgoda. Bardzo dobry artykuł.
    Od siebie dodam, że ludzie mają mocniejszy nie ten pogląd, który wyrażają słowami, ale który manifestują i odczytują wszystkimi zmysłami. Słowa nie mają znaczenia same z siebie ale w oparciu o to, co pozasłowne. Jeśli więc przekombinujemy z reformami w formach Mszy Świętej, jeśli będziemy to robić przy biurku jak składanie modeli, to może się okazać, że usunęliśmy niechcący to, te komunikaty pozawerbalne, które podtrzymywały znaczenie Ewangelicznych słów. i Pomimo, że werbalnie wszystko super wytłumaczymy, to po czasie Ewangeliczne słowa mogą stracić Ewangeliczne znaczenie, możemy zacząć je rozumieć inaczej… Stąd tak ważne, by nie kombinować w tak ważnych sprawach jak ryt Mszy Świętej. Tu nawet nie chodzi o samą łacinę, ale o łacinę razem ze znakami pozawerbalnymi, tworzącymi spójną strukturę semiotyczną, rytualną. Eksperymentowanie z nią, dopasowanie do chwilowych mód może doprowadzić do tragedii, do utraty właściwego rozumienia. Takie działania przynoszą efekty odwrotne ~do zamierzonych! Bo przecie intencje był dobre: żeby ludzie zrozumieli! Okazało się jednak, że drogą do zrozumienia nie jest zmiana formy, ale nadanie jej właściwego znaczenia, podjęcie metanoicznego wysiłku by zrozumieć to, co dane z góry. W końcu na tym na zapieraniu się samego siebie polega chrześcijaństwo.

    Wierzymy przecie, że nad tym, co się powoli zmieniało przez całą historię Kościoła czuwa Duch Święty. Nie trzeba więc niczego od nowa konstruować według gustu i wymagań epoki, bo co? epoka minie i nowa reforma? A tak nawiasem: Kto decyduje o tym kiedy się kończy epoka, do kogo, do czyich gustów się trzeba dostosować? No właśnie, nie ma jednego człeka współczesnego. Tylko nam si ę wydaje, że potrzeby są na całym świecie podobne w danym czasie. W rzeczywistości nic takiego nie ma i nie będzie miało miejsca. To czego nie rozumieją intelektualiści, rozumieją wieśniacy i vice versa. Dostosowując się do jednych będzie zawsze krzywdzeniem innych. Zmiana formy, której jakaś grupka nam wydająca się całym światem nie rozumie, jest krzywdzeniem tych, co rozumieją tą formę. A ściślej rzecz ujmując zbyt pochopnie przypisano wielu ludziom, że nie rozumieją. Znam ten proceder z badań socjologicznych i etnograficznych, kiedy nieumiejętność wypowiedzenia się uznano, za nierozumienie. Przypisanie wielu ludziom nierozumienia i powierzchowności wynika z tego, że to my ich nie rozumiemy.

    Trzeba wycofać się ze zmian, które wyniknęły z pochopnych i krzywdzących ocen.
    A wracając do łaciny, jest ona tym, co dane wszystkim z góry, co łączy ludzi różnych kontekstów kulturowych i rozumień… bo wymaga od nich wysiłku przystosowania siędo tego, co wyższe, a nie do tego, co niższe. Razem z całą strukturą Mszy Świętej. Nigdzie nie jest powiedziane, że katolik musi rozumieć każde słowo wyalienowane z całości Rytuału. Katolik musi rozumieć całość, musi wiedzieć co się dokonuje. Bo jak pisał ks. Romano Guardini:

    „Akt liturgiczny realizuje się już w samym oglądaniu czynności liturgicznych. Wierni, spostrzegając to, co się dzieje na ołtarzu, i wypowiadając słowa liturgii, nie tylko są widzami, ale już realizują akt religijny. Przeżyłem to kiedyś w katedrze w Palermo, kiedy namacalnie odczułem wielkie skupienie i uwagę, z jaką wierni godzinami śledzili przebieg liturgii Wielkiej Soboty nie zaglądając do tekstów, bez żadnych „wprowadzających” wyjaśnień. Samo przyglądanie się wiernych było już czynnością, uczestnictwem w realizacji świętych wydarzeń liturgicznych.
    Bo istota aktu nie zawiera się w wyjaśnieniu dodanym do gestów − że np. znaczy to, to a to. Lecz gdy kapłan „wykonuje” czynność symboliczną jako akt liturgiczny, a oglądający to wierni „odczytują” tę czynność, wtedy sens wewnętrzny zostaje odebrany w zewnętrznym wyrazie. W przeciwnym wypadku wszystko jest czystą stratą czasu i lepiej by było po prostu „powiedzieć”, o co chodzi. Symbol jest bowiem sam w sobie czymś cielesno-duchowym, wyrazem niewidzialnego w widzialnym.”

    Te słowa, choć dotyczą liturgii, przypominają o tym, że człowiek myśli i wyznaje wiarę „czasem także słowami”, a częściej, norwidowskiemi „postaciami”, za pomocą wyobrażeń obrazów, sytuacji, odległości, zapachów i smaków.

    Bóg zapłać za ważne słowa i pozdrawiam!

    Odpowiedz

Leave a Reply