LOADING

Type to search

Antykoncepcja problemem aż do końca świata?

zafor hasan 25 kwietnia 2014
Share

Antykoncepcja, bo to o niej mowa, jest więc – o czym przekonałem się na własnej skórze – tematem tak kontrowersyjnym, że strach się o niej wypowiadać, bo zawsze znajdzie się ktoś gotowy cię spalić na stosie tylko za to, że odważasz się podważać argumenty Kościoła. Tym bardziej widzę potrzebę zsumowania całości wątku w jednym długim artykule.

Kontrowersje wokół antykoncepcji biorą się przynajmniej częściowo z faktu, że jesteśmy dziećmi rewolucji seksualnej lat 60. XX w. i nasze myślenie o seksie różni się, i to diametralnie, od myślenia starszych pokoleń, a tym bardziej od nauki Kościoła. Dla młodego człowieka XXI wieku seks jest dobrem łatwo dostępnym wśród rozerotyzowanej cywilizacji, w jakiej mu przyszło żyć. Nic więc dziwnego, że młody człowiek z trudem akceptuje to, że z seksem powinien poczekać do ślubu, że już nie wspomnę o jeszcze większym trudzie zrozumienia tego, że powinien uprawiać seks po to, by mieć dziecko i zjednoczyć się z ukochaną osobą, a nie tylko dla czystej przyjemności.

Biblia o antykoncepcji mówi w zasadzie tylko raz: w Rdz 38,8nn., gdzie jest mowa o grzechu Onana (mylnie, i do dziś zachodzę w głowę, jak skojarzonego z onanizmem, masturbacją), który nie chciał spłodzić potomka swemu zmarłemu bratu, zgodnie z ówczesnym prawem lewiratu, tylko za każdym razem wylewał swe nasienie na ziemię, uprawiając stosunek przerywany (swoją drogą jedną z mało skutecznych metod antykoncepcyjnych), patrząc na seks mocno egoistycznie.

Nauczanie Kościoła katolickiego w kwestii antykoncepcji jest wszystkim, nawet niewierzącym znane. Zapytaj kogokolwiek na ulicy, a powie ci, że antykoncepcja jest grzechem (niektórzy dodadzą nawet grzechem ciężkim, za który czeka cię potępienie). Dopytaj się jednak, dlaczego tak jest, i usłyszysz albo różne głupoty, albo ciszę. A jest to kwestia bardzo istotna, bo możemy wieszać psy na księżach, jacy to oni są nieludzcy, ale Kościół jest tutaj po prostu wierny sobie i konsekwentny nauczaniu papieży i spojrzeniu na cielesność i seksualność człowieka.

Przede wszystkim więc, seks w nauce Kościoła winien służyć dwóm rzeczom: zjednoczeniu płciowemu i prokreacji. Na parę współżyjącą ze sobą, patrzy się bowiem jak na potencjalnych rodziców. Seks w katolicyzmie jest (podobnie jak ludzka cielesność) sferą sacrum. Wszystko, co robimy, mamy czynić jak dla Pana; nasze ciała są świątyniami Ducha św., mamy być płodni i rozmnażać się, aby zaludnić ziemię (nie oznacza to jednak, jak chcą niektórzy, że mamy się mnożyć jak króliki, bez opamiętania).

Moralne zło antykoncepcji polega na rozdzielaniu dwóch wyżej wspomnianych wymiarów seksu. Jak zauważa o. Knotz w „Seks, jakiego nie znacie”, zachowania antykoncepcyjne będą osłabiać relację małżeńską i wprowadzać w nią pewną powierzchowność, a środki antykoncepcyjne blokować lub modyfikować naturalną cechę naszych ciał, jaką jest płodność. To, co naturalne, zaczyna być traktowane jak choroba, którą trzeba leczyć.

Innym argumentem Kościoła jest to, że antykoncepcja zwalnia od obowiązku za rezultat współżycia (z czym nie do końca się zgadzam, bo są jednak wyjątki: pary, które są gotowe przyjąć odpowiedzialność i gdy zdarzy się „wpadka”, urodzić i wychować dziecko), degraduje miłość małżeńską, a kobiety stają się narzędziami do zaspokajania się facetów. Stajemy się niewolnikami popędu seksualnego, osobami egoistycznymi i niedojrzałymi, które sprowadzają seks ze sfery sacrum do tylko i wyłącznie fizycznej przyjemności.

Kolejny argument Kościoła wskazuje na myślenie aborcyjne. Osoby stosujące antykoncepcję mają rzekomo zajmować negatywną postawę wobec dziecka, traktując je niemal jak zagrożenie. Znów mylnie zakłada się, że za każdym razem, gdy zdarzy się „wpadka”, osoby współżyjące ze sobą będą chciały dokonać aborcji. Nie wątpię, że pewnie tak jest, ale nie zawsze. Natomiast, żeby być do końca szczerym, trzeba zauważyć, że rzeczywiście niektóre formy antykoncepcji (jak np. wkładki wewnątrzmaciczne, pigułki tzw. „dzień po”, czy RU-486) są tak naprawdę metodami abortywnymi, poronnymi.

Prawdą jest też (potwierdzaną również przez seksuologów), że tak naprawdę niektóre środki antykoncepcyjne, jak osławiona pigułka antykoncepcyjna, uzależniają od siebie, powodują skutki uboczne i są szkodliwe dla zdrowia fizycznego i psychicznego kobiety. Jak zauważyła jedna z moich uczennic: ludzie narzekają na naturalne metody planowania rodziny, aprobowane przez Kościół, jako zbyt wymagające, ale nie zauważają często, że podobnie wymagająca skrupulatności jest pigułka antykoncepcyjna. Wśród szkodliwych skutków antykoncepcji można wymienić: zwiększone ryzyko udarów i zakrzepów, zaburzenia czynności serca, zwiększenie ryzyka nowotworów itd. (za artykułem: „Płodność nie jest chorobą”, opublikowanym w miesięczniku „W drodze” 5/2013).

Od strony seksuologicznej patrząc, podkreśla się, że przede wszystkim nie ma 100% środka antykoncepcyjnego, zawsze któryś może nie zadziałać, natomiast w świetle obecnych badań najskuteczniejsza jest pigułka antykoncepcyjna lub metody mieszane (prezerwatywa + środek plemnikobójczy + unikanie dni płodnych, a przy regularnym współżyciu odpowiednio dobrane pigułki lub plastry antykoncepcyjne) i (być może ku zaskoczeniu wielu) naturalne metody planowania rodziny (termiczna, śluzowa i objawowo-termiczna, czyli mix wcześniej wspomnianych metod).

Wbrew pozorom, naturalne metody planowania rodziny też nie są zawsze akceptowane przez Kościół. Istotna jest intencja ich stosowania. Jeżeli bowiem ktoś uparcie unika dni płodnych, aby stale wstrzymywać się od poczęcia dziecka, to stosowanie naturalnych metod go nie usprawiedliwia.

W świetle tego, co napisałem do tej pory, rodzi się pytanie, czy nie ma sytuacji wyjątkowych i czy Kościół musi nawet do łóżka pchać się ze swoimi zakazami? Ojciec Knotz np. usprawiedliwia małżonków, z których jedna ze stron nie zgadza się na antykoncepcję, ale ulega stronie drugiej i współżyje (trochę wbrew sobie) z użyciem antykoncepcji. Wydawało mi się w takim razie słuszne, że w przypadku osób, których wyżej wymienione argumenty przeciw antykoncepcji nie przekonują, zasady, jakie winni stosować, jeśli chodzi o tak drażliwe kwestie jak antykoncepcja są dwie: wierność swemu sumieniu i odpowiedzialność. Jeżeli ktoś jest wierny swemu sumieniu i nie wyrzuca mu ono zła grzechu antykoncepcji, to ma źle uformowane sumienie i powinien nad nim popracować. Z drugiej strony, jeśli ktoś działa wbrew swemu sumieniu, grzeszy. Jeśli ktoś stosuje antykoncepcję, ale jest gotów wziąć odpowiedzialność za skutki swych działań i przyjąć ewentualne dziecko, jakie się pojawi w wyniku poczęcia, zrobić wszystko, co możliwe, by zaopiekować się tym dzieckiem i jego matką, to myślę, że wielką krzywdą byłoby potępiać z góry taką osobę jako grzesznika, skazanego na potępienie, bo żyjącego wbrew nauce Kościoła.

 

Naprawdę, w tak ważnej dziedzinie jaką jest seksualność potrzeba delikatności w ocenianiu i rozeznawaniu, a nie od razu potępiania. Seks jest dobry, ideały Kościoła też są słuszne, ale realia życia sprawiają, że nie wszyscy do tych ideałów dorastamy. Myślę, że należałoby to wziąć pod uwagę. Dla porównania: odłamy protestanckie, prawosławni, czy Żydzi jakoś nie mają aż tak wielkiego problemu z tą kwestią, a też opierają się na Objawieniu Bożym.

A jak to jest u katolików? Papieże swoje, a lud i zwykli księża też swoje. Sięgając wstecz, w 1980r., a więc 15 lat po opublikowaniu kontrowersyjnej dla wielu encykliki papieża Pawła VI „Humanae Vitae”, synod w Rzymie donosił, że 76,5% kobiet katolickich z USA stosuje sztuczne metody antykoncepcji, tylko 29% kleru uważa ją za coś złego, tylko 13% odmówiłoby rozgrzeszenia komuś, kto te praktyki stosuje. Dziś odsetek byłby większy. A więc – katolicy, obudźcie się! Żyjemy w jawnej i przez wszystkich akceptowanej hipokryzji.

Na zakończenie przytoczyć chcę dwa cytaty. Pierwszy z dokumentu soborowego „Gaudium et spes”, drugi z książki D. Endsjo – norweskiego religioznawcy i jego książki: „Seks a religia”:

 

[Małżonkowie] mają wypełniać zadanie swoje w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności oraz z szacunkiem pełnym uległości wobec Boga; zgodną radą i wspólnym wysiłkiem wyrobią sobie słuszny pogląd w tej sprawie, uwzględniając zarówno swoje własne dobro, jak i dobro dzieci czy to już urodzonych, czy przewidywanych i rozeznając też warunki czasu oraz sytuacji życiowej tak materialnej, jak i duchowej; a w końcu, licząc się z dobrem wspólnoty rodzinnej, społeczeństwa i samego Kościoła. Pogląd ten winni małżonkowie ustalać ostatecznie wobec Boga.

(„Gaudium et spes” 50)

 

Każdy człowiek powinien sam zdecydować, do jakiego stopnia pragnie przestrzegać seksualnych zasad wypracowanych przez religię [aczkolwiek autor zapomniał dodać, że musi się liczyć z tego konsekwencjami]; seksualność każdego indywiduum musi być zgodna z jego własną wolą; każdy powinien szanować wolne wybory podejmowane przez drugiego człowieka.

(„Seks a religia” 425)

Podsumowując temat, myślę, że w Polsce nadal uderzający jest brak:

 

a) Porządnej edukacji seksualnej,

b) Świadomości i szczerości w stosowaniu zasad etyki seksualnej Kościoła,

c) Porządnej, pogłębionej dyskusji na temat antykoncepcji w Kościele,

d) Chęci zmiany obłudnej postawy, jaka trwa w Kościele od lat,

e) Zaufania wobec wiernych świeckich, że sami potrafią właściwie oceniać moralnie kwestie etyczne, które ich dotyczą (często jesteśmy traktowani jak dzieci, które trzeba prowadzić za rączkę: to wolno, a tego nie, tu możesz pójść, ale dalej nie wolno).

 

Może więc najwyższa pora coś zmienić?

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

1 Komentarzy

Leave a Reply