Żyć w przyjaźni, być przyjacielem, mieć przyjaciela

Żyć w przyjaźni, być przyjacielem, mieć przyjaciela

Pytanie, które każdy katolik powinien sobie zadać: Czy żyję z Jezusem w przyjaźni obopólnej? Czy przyjaźnię się – ja z Nim,  czy tylko – On ze mną?

Przyjaźń z Bogiem – co to znaczy?

Tak często nazywamy Boga, Jezusa – Przyjacielem. Ale co to znaczy być w przyjaźni z Bogiem? Być przyjacielem Boga? Czy wystarczy raz na jakiś czas wyspowiadać się i raz w tygodniu przyjść do kościoła i przyjąć komunię świętą – to jest moment, w którym Bóg przychodzi do nas.
Przecież Bóg przyjaźni się ze mną, zabiega o relacje, o każdą chwilę spotkania- angażuje się w 100 procentach. Czy to wystarczy by nazwać moją relacje z Nim przyjaźnią? Czy to oznacza, że nie muszę się starać, nie muszę chodzić na adoracje, medytować, czytać Pisma, pogłębiać wiary i relacji z Nim?

Przypominają mi się takie relacje w moim życiu, na których bardzo mi zależało. Pamiętam takie, w których to ja zabiegałam o tą drugą stronę, i odwrotnie pamiętam ogrom ludzi, którzy zabiegali o mnie- i nie chodzi mi tu tylko o sens damsko-męski. Mam na myśli ten rodzaj pociągu, który naturalnie odczuwamy w stosunku do osób, które „nadają na tych samych falach”. Bywało tak, że cała inicjatywa utrzymania relacji leżała po mojej stronie, albo też (niestety znacznie częściej) całe zaangażowanie i utrzymywanie relacji trwało tylko przez pracę kogoś komu na mnie zależało.
W pewnym momencie odkryłam, że nie odpowiada mi tego typu relacji nazywać  „przyjaźnią”. Był to bardzo nienaturalny bieg spraw, w którym  to ja się przyjaźniłam z kimś lub ktoś ze mną, ale  w każdym z tych przypadków tak jakoby bez wzajemności.
Matematycznie wychodziło mniej więcej tak: przyjaźnimy się wtedy i tylko wtedy gdy ja (ty, ona, on) wyjdę z inicjatywą.  Gdy zwracałam na to uwagę słyszałam zdania typu: „przecież jestem wtedy kiedy chcesz” lub (co gorsza!) sama używała tego zwrotu.

Czas tych znajomości nauczył mnie ważenia, definiowania i dystansowania słów, których używam.

On sam wystarczy, ale…

skanowanie0001Wracając do Boga.
To prawda – On sam wystarczy i nie oczekuje od nas niczego w zamian bo jest bezinteresowny, ale jestem pewna bo czuję to w swoim grzesznym sercu, że pragnie takiego samego zaangażowania, jakiego my oczekujemy od ludzi budując relacje z nimi.
Czy przychodzenie na mszę św. w niedzielę nie jest właśnie takim powiedzeniem Bogu: „przecież jestem wtedy kiedy chcesz”.

Fakt, Pan Bóg nigdy się nie obrazi, nie będzie miał pretensji, nie będzie odczuwał żalu i robił wyrzutów, ale wierzę, że kiedy widzi nasze starania, które zawsze są kalekie i nieudolne -jak na ludzi przystało – mimo wszystko czuje wielką radość…
I my sami potrzebujemy w bliskich relacjach z ludźmi czuć tą interakcję, która sprawia, że odczuwamy obopólność „przyjaźni”, że tak to fizycznie ujmę: podmiot A przyjaźni się z podmiotem B, tak samo podmiot B z podmiotem A.

W takim razie: być w przyjaźni z Bogiem to starać się odpowiedzieć na Jego starania na tyle na ile  jest to dla nas możliwe. Zawsze to będzie nieskończoną liczbę razy mniej niż to co wkłada nasz Stwórca, ale nigdy te starania nie będą Bogu obojętne. Jasne – one nie przydadzą Mu  ani chwały, ani niczego więcej- przecież On bez nas sobie doskonale poradzi. A jednak taki Ktoś, tak bardzo pragnie zwykłej uwagi człowieka.
Zawsze mi było „smutno” gdy okazywało się, że ja „latam” za znajomością z kimś. Tak samo z przykrością myślę o osobach, które w ten sam sposób rozczarowały się mną.. A tym czasem Ktoś nieustannie „lata” za każdym z nas.
Żyć z Kimś w przyjaźni – tzn obustronnie się sobą interesować.

Może to zbyt uczłowieczona wizja relacji z Bogiem ale (jestem człowiekiem i w myśl powiedzenia „każdy orze jak może”) czy kiedykolwiek zapytałam Boga o to czy jest coś co Go smuci lub trapi? Albo przeciwnie: czy wiem co Boga cieszy najbardziej? Lub znam Jego przysłowiowy „ulubiony kolor” albo „smak lodów”. Czy wiem co On w nas najbardziej lubi, a co nie do końca Mu odpowiada?

Oczywiście, co człowiek może dla Nieskończonego Bytu jak On zrobić, jak pocieszyć albo co o Nim wiedzieć?

A jednak lubię o tym tak myśleć: że gdy mój Stwórca jest zasmucony (swoją drogą skoro nas tak kocha, ileż On musi mieć powodów do smutku) to  jeśli zaproponuję Mu, że z Nim posiedzę chwilę, po prostu by poczuł moją (malutką, spaczoną, niedoskonałą, grzeszną bla bla bla) miłość, która przy jego Miłości jest mniejsza nawet niż najmniejsze ziarnko piasku – Bóg odczuwa choć mikroskopijną ulgę i radość.

Praktykujący medytację zapewne znają te momenty tak częste zwłaszcza na początku drogi tej modlitwy (choć później zdarzają się równie często) kiedy to medytując nad Słowem Bożym lub jakimś wartościowym tekstem odczuwamy absolutnie: nic.
Ani żadnych uniesień na modlitwie, żadnych wniosków po, nic. Wiemy tylko, że takie chwile też są w modlitwie potrzebne, a po co dokładnie? Część tłumaczy to jako „próbę ognia”, w której Bóg wypróbowuje serce człowieka – i na pewno mają rację.
Ale może też – oprócz tego, te momenty to są właśnie te chwile kiedy to my dotrzymujemy Bogu towarzystwa w Jego zmartwieniach lub radościach. Po prostu siedząc z Nim i darząc Go miłością, każdy taką jaką ma. Przecież znamy ten stan umęczenia kiedy szukamy nie rady, nie pocieszeń, nie rozwiązania, a po prostu czyjeś życzliwej obecności. Tak samo jest z radością, czasem jesteśmy tak szczęśliwi, że chcemy się nią po prostu dzielić i przekazywać dalej. A może i Bóg ma potrzebę czasem po prostu przelać na nas swoją radość w ciszy naszej modlitwy, lub pocieszyć się naszą obecnością po „ciężkim, Bożym dniu”, opowiedzieć nam coś o swojej głębi, albo po prostu pobyć z nami.

Historyjka nierealna?

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś taką historię:

Bóg był zrozpaczony. Ludzie w ostatnich czasach tyle grzeszą. Naprawdę obawiał się i mocno martwił o dusze większości swoich umiłowanych ludzi.

„A co jeśli oni wszyscy odrzucą zbawienie i czeka ich wieczna samotność, cierpienie i smutek. Tak bardzo tego nie chcę. Czemuż oni nie wołają mnie na pomoc? Przecież bym przybył…”


Tak strapiony zaszedł pod drzwi swojego dobrego przyjaciela Człowieka. Chciał choć chwilę pobyć z kimś kochającym, z kimś kogo obecność sama w sobie jest ukojeniem. On Bóg, który sam jest ukojeniem wszystkich ran.


Wszedł do izby i rzucił krótkim powitaniem. Starał się nie okazywać swojej troski. „W końcu jestem Stwórcą- muszę być dzielny” -myślał.
Człowiek jednak jako wieloletni przyjaciel Boga, wyczuwał dobrze co się dzieje. Podszedł do Stwórcy i kładąc dłoń na Jego ramieniu zapytał z ciepłym uśmiechem.

– Co jest Boże? – serce Boga od razu się rozczuliło i zmiękło na tą odrobinę miłości i ciepła. Na chwilę pozwolił sobie zapomnieć, że jest dzielnym Stwórcą i odrzekł Człowiekowi:
– Och, miałem ciężki dzień. Chciałbym po prostu z kimś pobyć.

Może to wcale nie tak nierealny obraz?

Przeczytaj także

Sara Marczak
Napisane przez Sara Marczak

2 Odpowiedzi na komentarz

  1. Awatar
    Marzec 27, 2015

    Dziękuję za słowa uznania i za ubogacający artykuł komentarz!

    Odpowiedz

  2. Awatar
    Grudzień 10, 2014

    „Zapytano bezdomnego, który przesiadywał w kościele, czy może czegoś potrzebuje, czy przychodzi się modlić. „ Ja nie umiem się modlić” – powiedział i wskazał na tabernakulum: „ Przecież On tam nie może siedzieć sam!” To piękny artykuł, a relacja z Bogiem, o której mówi Autorka, wzruszająca.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz