Trudne początki i piękniejsze powroty

Trudne początki i piękniejsze powroty

Jestem zmęczona. To jedno ze zdań, które najłatwiej jest mi nosić w sercu. Słyszę codziennie rano od Szustaka w Szóstej : pochodźmy z tym dzisiaj. Z czym ja chodzę?

Moja kochana poranna rutyna od pewnego czasu to po pierwsze Pismo Święte plus komentarz na Paśniku no i ta wspomniana już Szósta rano, której jeszcze nigdy o szóstej nie włączyłam, czego wam i sobie w tym nowym roku życzę. Uwielbiam takie poranki. Powiem szczerze, że jeszcze rok temu nie uwierzyłabym, że właśnie w taki sposób będę z własnej i nieprzymuszonej woli zaczynać dzień. Chociaż już wtedy poznawałam Boga trochę bliżej.

Pamiętam, jak postanowiłam sobie, że chcę czytać Biblię. To był (chyba) lipiec 2017. Byłam z jednej strony bardzo ciekawa, a z drugiej podchodziłam do tego z lekkim wycofaniem i dystansem. Totalnie sceptycznie. Do końca nie potrafiłam przekonać samej siebie do tego, czy rzeczywiście odważę się na tak egzotyczny krok. Zawsze byłam wierząca, ale jakbym to kiedyś ujęła, nie aż tak. Pojechałam na zakupy. Wstąpiłam do Empiku. Wzięłam jeden egzemplarz. Jeszcze stojąc przy kasie zastanawiałam się, czy aby na pewno wiem co robię i tak w ogóle to po co mi to wszystko. Czułam się trochę jak jakiś freak. Tyle że kompletnie niepociągający. Ale to było jeszcze nic. Najdziwniej poczułam się kiedy po prostu zaczęłam czytać. O matko. Jak piąte koło u wozu, a znając moje predyspozycje, to pewnie nawet dziesiąte. W głowie miałam tylko nie. Nie rozumiem. Nie czuję tego. Nie chcę. Siedząc w swoim pokoju, na swoim akademikowym łóżku, miałam wrażenie jakby obserwowało mnie z kilkadziesiąt osób, a przynajmniej kilkanaście znajomych, w tym rodzice, którzy patrzą na mnie z … politowaniem? Chociaż większość moich znajomych deklaruje się jako katolicy, a to właśnie dzięki moim rodzicom jestem częścią Kościoła. Mimo wszystko czułam się jakbym przekroczyła własną strefę komfortu. Jakbym odarła się z pozycji bezpiecznego obserwatora. Jakbym odmawiała sobie czegoś, co bezpieczne. Jakbym zabłądziła. Jakby to Pismo Święte to za wysokie progi. Zastanawiałam się, co ja tak naprawdę sobie w ogóle myślałam.

Ale jednak to prawda, że jak już zaczniesz czytać Pismo Święte, to nim się obejrzysz, a wsiąkniesz na całego. To oczywiście nie jest tak, że nie ma dni bez lenistwa, bez zwątpienia i zwyczajnego słabszego samopoczucia. Ale nawet jeśli gdzieś na chwilę odejdziesz, może nawet gdy ta chwila trwa kilka dni. Nawet jeśli porwie cię wir znużenia codziennymi obowiązkami i zaczynasz podważać wszystko, w co do tej pory wierzyłeś i chwilowo bliżej ci do ateisty. I padasz na łóżko, nie mając ochoty gadać z nikim, to później z jeszcze większą radością wracasz. Do Niego. A Ewangelia to Życie. Serio. Kiedy zaczynam zastanawiać się, czy ta nasza cała religia to prawda. To myślę wtedy często o Jezusie. Ufasz Jezusowi? I jak słowo daję, nie potrafiłabym powiedzieć, że nie.

W piątek miałam dzień bez Słowa. Rano pojechałam na zajęcia terenowe. Kiedy wstałam nie miałam na nic czasu. Chciałam tylko zjeść, umyć się, ubrać, ogarnąć i zdążyć. Nie znalazłam czasu choćby na krótką modlitwę. A jadąc metrem wcale nie włączyłam sobie Modlitwy w drodze. Wolałam posłuchać Linii Nocnej. Albo Two Feet. Mam takie dni. Jestem zmęczona. I niestety to z tym często chodzę.

Ale mimo wszystko chyba to właśnie powroty są najpiękniejsze.

slowowsloiku
Napisane przez slowowsloiku

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz