Różaniec do Granic

Różaniec do Granic

W sobotę 7 października modliliśmy się o nawrócenie i jedność w narodzie oraz o pokój dla Polski i całego świata w ramach ogólnopolskiej inicjatywy „Różaniec do Granic”.

Ja wyruszyłam autokarem z grupą z krakowskiej parafii do kościoła stacyjnego – sanktuarium maryjnego w Ludźmierzu. Stamtąd skierowano nas do jednej z 4000 stref modlitwy – przygranicznej miejscowości Podczerwone, gdzie w Kościele MB Bolesnej odmówiliśmy cztery części różańca.

Do domu wróciłam szczęśliwa i dumna, że mogłam wziąć udział w takim wydarzeniu. Dumna nie z siebie samej, ale dlatego, że zobaczyłam, że w mojej „zaściankowej” Polsce, Kościół (czyli wszyscy ludzie go tworzący) i wartości chrześcijańskie nadal jeszcze są żywe i coś znaczą. Szczęśliwa mogąc być częścią tej większej wspólnoty i razem z innymi przeżywać swoją wiarę. Miałam poczucie, że biorę udział w czymś ważnym, co jest kontynuacją tego, co Pan Bóg dokonuje obecnie w naszym narodzie. Po Wielkiej Pokucie i Jubileuszowym Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana w zeszłym roku, w tym roku stulecia objawień w Fatimie, mamy Różaniec do Granic.

Rano przed samym odjazdem nie obyło się jednak bez pewnych przeciwności i nerwów. Nagle zaczęły mi ginąć różne rzeczy, które sobie przygotowałam na wyjazd: czapka i plecak z jedzeniem na cały dzień (ostatecznie wyjechałam bez tego). Miałam też drobne „perturbacje” zdrowotne (polała się nawet trochę krew…), zwłaszcza żołądkowe. A pies gospodarzy, u których spałam nieźle mnie wystraszył gdy wychodziłam z domu, szczekając a nawet skacząc na mnie i lekko kąsając w ramię. Ale to wszystko było tak naprawdę drobnostką, zupełnie drugoplanowe i w żaden sposób nie wpłynęło na moje przeżywanie tego dnia.

Dopiero po powrocie do Poznania tak naprawdę miałam okazję zapoznać się z tą falę krytyki odnośnie „Różańca…”, jaka przetoczyła się przez liberalno-lewicowe media – że „kontrowersyjny dzień modlitwy przy granicach”, że „budowanie murów wokół siebie”, że akcja o „anty-muzułmańskim charakterze”, że skierowana przeciwko „biednym, uchodźcom, szukającym pomocy, schronienia, dachu nad głową”… Zatem kolejny powód, aby oskarżyć polski Kościół o islamofobię. Przykro mi było to czytać i przykro zwłaszcza z powodu tych, także spośród moich znajomych, którzy identyfikując się jeszcze jakoś z Kościołem katolickim, ulegli tej nagonce.

Czy jesteśmy islamofobami? Cóż, nie będę odpowiadać za innych, ale jeśli ktoś chce mnie tak nazwać to proszę bardzo, takie łatki są bez znaczenia i spływają jak woda po przysłowiowej kaczce. Niech nazywają mnie islamofobem ponieważ widzę zagrożenie islamizacją Europy. Niech nazywają mnie islamofobem ponieważ zależy mi, aby Polska i Europa zachowała tożsamość chrześcijańską. Niech nazywają mnie islamofobem ponieważ modlę się do Matki Bożej na różańcu…

Nie dość wyjaśnień organizatorów, że nie modlimy się przeciwko komuś, ale za kogoś czy o kogoś, aby to służyło dobru – przeciwnicy tej akcji i tak wiedzą swoje. A jeśli już przeciwko czemuś, to nie personalnie przeciwko konkretnym ludziom, ale przeciwko złym ideologiom. Bo, nie ukrywajmy – to jest walka ideologiczna i duchowa, w której różaniec jest naszą najpotężniejszą bronią. Nie jest on zagrożeniem dla nikogo, poza złem. No ale jeśli ktoś na co dzień utożsamia się z zupełnie innymi wartościami niż te, jakie głosi Kościół, takimi, które nazywają zło dobrem, a dobro złem, to akcje takie jak „Różaniec do Granic” zawsze będą wywoływały w nim opór i niezrozumienie.

Różaniec ma w ogóle też w sobie coś takiego, że często wywołuje takie wściekłe ataki. Prawie rok temu zamieściłam na fejsbuku mema, który miał być odpowiedzią modlitewną na „Czarne protesty” organizowane wówczas przez przeciwników projektu „Stop aborcji”. Post wzbudził takie kontrowersje jak chyba żaden wcześniej, a na mnie i nie tylko na mnie wylała się fala krytyki i hejtu, łącznie z takimi przekleństwami jak: „Niech ją zgwałcą i urodzi chore dziecko, które zaraz po porodzie umrze. Ciekawie co wtedy…” Ale nie trzeba się tu nad sobą rozczulać ani przestraszać takim szczekaniem, bo wiemy kto tak naprawdę za tym stoi. Trzeba iść dalej i robić swoje.

Inni krytykanci inicjatywy woleliby naszą wiarę „zamknąć do wstydliwie zakrywanej prywatności, aby w przestrzeni publicznej nie było miejsca dla krzyża Pana Jezusa Chrystusa” – jak powiedział w sobotę arcybiskup Marek Jędraszewski podczas Mszy Świętej w Zakopanem. Ktoś zatroskany pyta, czy nie byłoby bardziej ewangelicznie, gdyby każdy się pomodlił w swojej izdebce zamiast jak ten faryzeusz wystawać na rogach ulic, żeby się ludziom pokazać! Przywołuje się przy tym Mt 6, 5-6. Otóż, nie! To zupełne przeinaczenie sensu tego napomnienia, wynikającego z niezrozumienia czym jest obłudna modlitwa na pokaz, a czym potrzeba dawania świadectwa swojej wiary, która nie jest już moją prywatną sprawą, ale czymś, co mam obowiązek przekazać dalej (kolejnym pokoleniom, innym ludziom, narodom itd.). Czyż hasłem tego roku liturgicznego nie jest „Idźcie i głoście”, które przypomina, że każdy ochrzczony jest powołany przez Boga do zaangażowania się na rzecz głoszenia światu Ewangelii? Dlaczego, podczas gdy moi znajomi są dumni z uczestnictwa w akcjach typu „Czarny protest” lub publicznie wyrażają swoje poparcia dla ideologii z nim związanych nie wahając się wrzucać na fejsbuka swoich zdjęć z tego wydarzenia, ja mam się wstydzić swojego uczestnictwa w „Różańcu do Granic”? Przeciwnie, dla mnie popieranie „Czarnego protestu” jest powodem do największego wstydu i tragedią…

Nie chcę jednak, aby negatywne emocje, które pojawiły się po przeczytaniu tych krytycznych wypowiedzi zostały we mnie jako dominujące wspomnienie z tego dnia. Cieszę się, że takie inicjatywy jak „Różaniec do Granic”, czy „Wielka Pokuta”, zwłaszcza, że organizowane przez świeckich katolików, mają dziś miejsce i odnoszą sukces. To odpowiedź na to, o co prosi Matka Boża w Fatimie. Wielokrotnie też w przeszłości mieliśmy dowód na to, że gorliwa i publiczna modlitwa o Jej wstawiennictwo potrafiła nie raz zmienić bieg historii. Cud pod Lepanto z 7 października 1571, kiedy flota chrześcijańska pokonała wielokrotnie większą flotę muzułmańską ratując tym samym Europę przed islamizacją – jest jednym z tego przykładów. A psy niech szczekają i kąsają – karawana jedzie dalej.

Autor: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Fot. VICONA  / CC BY-NC-ND 4.0

VICONA
Napisane przez VICONA

VICONA - blog fotograficzny Doroty Porzucek o tematyce religijno - społecznej. Więcej informacji na www.vicona.pl

1 Odpowiedzi na komentarz

  1. Awatar
    Październik 13, 2017

    Akcja „Różaniec do granic” była przedsięwzięciem bez precedensu. I co moim zdaniem bardzo ważne, inicjatorami tej akcji byli „szeregowi” polscy katolicy. Kilka godzin stania z Różańcem w ręku i wspólnej modlitwy przy nie sprzyjającej pogodzie osób zróżnicowanych ze względu na profesję i wiek MUSI budzić respekt.Tym samym Polacy oznajmili po raz kolejny światu, że tylko Ich stać na taką manifestację przekonań. A modlili się przecież i w intencji właśnie świata.Wiem i jestem przekonana, iż Każdy uczestnik tej milionowej akcji modlitewnej miał świadomość potęgi tej formy modlitwy; wszak kamienie poruszyć może ! Niezależnie, wszystko co Piękne jest trudne, i wszystko co Trudne jest takie Piękne.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz