LOADING

Type to search

Pod mocnym Smarzowskim

zafor hasan 26 stycznia 2014
Share

Sobotnie popołudnie. Mam kilkanaście stron notatek do opanowania na najbliższe egzaminy, kilka pomysłów na prace plastyczne dla moich żłobkowych bąków i sztucznie podtrzymywany przy życiu, ledwo zipiący plik z pracą magisterską. Daję sobie jednak fory i ruszamy z Jasicami do kina. Jak przystało na rodzinny, lekki weekend wybieramy film Smarzowskiego. Pierwsze minuty projekcji. Julia Kijowska wije się i wzdycha w seksualnym uniesieniu. Pod nosem myślę sobie "oho, zaczyna się". Naiwna i nieświadoma, że to najbardziej subtelne momenty tego obrazu. Emocje, słowa oraz oddechy bohaterów kłębią się przy suficie, by już wkrótce zderzyć się z podłogą i pozostać na poziomie ziemi.

 

Na sali rozluźnione tłumy. Zewsząd dochodzi do mnie odgłos mlaskania i żucia. Słyszę dokładnie, jak każde chrupiące ziarenko popcornu zostaje roztrzaskane przez zęby trzonowe siedzącego dwa krzesła dalej rudzielca. Czuję niemal satysfakcję, gdy kilkanaście minut później pierwsze fale wymiotów zalewają ujęcia na ekranie, a sąsiad nerwowo przeskakuje z pośladka na pośladek i odwraca głowę tamując własne mdłości.

Główny bohater, wiele zawdzięczając Pilchowi i Więckiewiczowi – intryguje, zmuszając do intelektualnego wysiłku. Łechta intelektualnie samoświadomością i bystrością obserwacji. Irytuje beztroską i kpiną w obliczu problemu. Targuje się z nałogiem: "Prawdę powiedziawszy, najchętniej zapiłbym się na śmierć po długim i szczęśliwym życiu". Nie jest postacią ze spotów profilaktycznych czy pogadanek dla nastolatków. Nie uosabia bezsilności ani pokory w obliczu upadku. Z uśmieszkiem przekory wsłuchuje się w slogany terapeutów, kwestionując i obalając podręcznikowe ideały: "Nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?".

Pojawiają się zarzuty, że Smarzowski sięga wciąż po te same twarze. Jednak patrząc na zabłocony i zmechacony polski czerwony dywan widać, że mnogość celebryckich twarzy nie przekłada się na ich jakość. Wyobraża sobie ktoś Żmudę-Trzebiatowską z wymiocinami we włosach albo Janiaka w przesikanych portkach? Tak więc mamy znów filigranowego Braciaka, którego człowiek chce przytulić do serca, patrząc w jego smutne, nieobecne oczy, gdy po kolejnym delirycznym ataku konsekwentnie mówi: "Ja prawie w ogóle nie piję, niekiedy przy specjalnych okazjach jakiś toast czy szklanka dobrego piwa do obiadu". Mamy Preis, która zachwycająco przeraża i obrzydza, mówiąc głosem przeżartym procentami, wydartym z głębin pijackiego żalu i upodlenia. Jest mój przeboski, rozluźniony Dorociński, który szarmancko wzrusza ramionami po złapaniu na nietrzeźwości i zawadiacko pyta: "to jakie procedury?". Pasuje nawet gryząca mnie niemiłosiernie, wiecznie obrażona facjata Kuny, która podkręca poziom kuszącej pretensjonalności.

Kolejne ujęcia, chaotycznie zmontowane sceny, świdrujące sekwencje muzyczne budzą wraz z upływającymi minutami wątpliwość, czy to narrator jest pijany, czy raczej widzowie przesiąkają lejącą się z ekranu żołądkową gorzką. Poplątane gesty, szarady wyznań i bezimienne twarze nie dają spokoju domysłom ani przewidywaniom. Alkoholowe gagi bawią tylko początkowo, bo im dalej w procentowy dramat, tym mniej obserwatorowi jest do śmiechu. Chcemy, aby menelska karuzela wreszcie się zatrzymała, świadomi poseansowego kaca.

Smarzowski nie serwuje nam kolejnej amerykańskiej opowiastki o tym, jak człowiek zdobywa się na heroiczną walkę, pokonuje narastające przeszkody i odnosi w ostatnich minutach, w glorii chwały zwycięstwo. Wielu z oglądających chciałoby pośmiać się z filmowego Jerzego i jego kompanów, z ich pijackich perypetii, a potem z ulgą happy endu poklepać ich po ramieniu w taksówce wiozącej z odwyku. Powiedzieć "dobra robota!" i wypić piwo za ich zdrowie w zaciszu domu. Zamiast tego widz otrzymuje fotoplastykon moczu, wymiocin i seksualnych pijackich kompulsji, po którym usprawiedliwienie "o kieliszek za dużo" nabiera nowego znaczenia.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Leave a Reply