Piętnaście tysięcy na godzinę

Piętnaście tysięcy na godzinę

O miłości do Boga, ludzi i do drukarni opowiada s. M. Tomasza Sollich CSL

 

s. Maria: Czy 25 lat życia zakonnego to dużo?

s. Tomasza: Względem wieczności? To mało! Czas tak szybko zleciał, że nawet nie wiem kiedy. Kiedy byłam młodsza i miałam w sobie zapał i werwę nie zwracałam uwagi na upływający czas, potem może trochę to życie zakonne się dłużyło (śmiech).

 

Jak rozpoczęła się siostry przygoda z loretankami?

Zaczęło się tak trochę niechcący. Pisałam pracę na temat spotkań młodzieży  i potrzebowałam materiałów. Codziennie przejeżdżałam obok kościoła św. Floriana w Warszawie (obecnie katedra) i coś mnie podkusiło żeby tam zajrzeć. Myślałam sobie, że może jest w pobliżu jakaś biblioteka, z której mogłabym skorzystać. Zaszłam więc do katedry. Spotkałam tam loretankę, która była zakrystianką. Zapytałam o bibliotekę. Siostra skierowała mnie do klasztoru. Udałam się tam z nadzieją, że coś fajnego znajdę. Z klasztoru jednak z powrotem skierowano mnie do katedry.  Miałam spotkać się z siostrą katechetką, która mogłaby udostępnić pomocne materiały. Były tam jeszcze inne siostry, wśród nich siostra w białym welonie, nowicjuszka s. Michaela. Pomagała w zakrystii. Zaczęłyśmy rozmawiać o życiu, o Bogu, o powołaniu. Potem poszłam z siostrami zanieść obiad jakiejś potrzebującej osobie… i tak się zaczęło. Chciałam wybrać sobie klasztor jak najdalej od domu, a tymczasem znalazłam go po drodze do szkoły! Pan Bóg zrobił mi dowcip!

 

Lubiła siostra chodzić do kościoła…

Najpierw to musiałam wrócić do Kościoła.  Nie można było mnie tam zapędzić. Rodzice próbowali, ale ja miałam zawsze full obowiązków. Pranie, sprzątanie, uczenie się. Uczyłam się w technikum i pracowałam jednocześnie, więc tego czasu faktycznie miałam mało. Wykorzystywałam to jako wymówkę, co bardzo trapiło rodziców. Zamiast iść do kościoła często chodziłam pod kościół, albo z przyjaciółmi na jakąś polankę. Potem to się zmieniło.

 

Co wpłynęło na tę zmianę?

Zmarła moja babcia. Miałam wtedy 17 lat. To było dla mnie takie  zatrzymanie. Zupełnie inaczej spojrzałam na świat. Zaczęłam chodzić do kościoła i modliłam się. Trafiłam na wspaniałego spowiednika, który bardzo mi pomógł. Najbardziej jednak pamiętam rekolekcje adwentowe prowadzone w parafii. To były takie rekolekcje dla mnie. Zauważyłam, że jest Jezus! Dał mi takiego mocnego kopniaka, że nie można było inaczej, jak tylko się w Nim zakochać! Zaczęłam chodzić na spotkania modlitewne wspólnoty, teraz już nie trzeba było mnie namawiać do wyjścia na Mszę świętą.

 

Jak zareagowali najbliżsi?

Rodzice stukali się w głowę: „Co ona wyprawia?”. Nie bardzo wierzyli w to moje nawrócenie. Na ślubie mojej siostry sąsiad zapytał kiedy będzie mój ślub. Odpowiedziałam, że nie będzie, bo idę do klasztoru. Usłyszałam: „Tak, ty i klasztor!? Trzeba byłoby najpierw zabrać motor, samochód i wszystkich chłopaków”. Faktycznie, bardzo lubiłam jazdę motorem i samochodem i trochę szkoda było mi to wszystko zostawić, ale zostawiłam. I nie żałuję.

 

W klasztorze podejmowała siostra różne obowiązki, ale takim najbardziej ulubionym była praca…

…w drukarni. To było dla mnie coś, co bardzo pokochałam. Kiedy jako młoda siostra nowicjuszka usłyszałam, że została zakupiona nowa maszyna offsetowa do naszej drukarni, zaraz chciałam nauczyć się na niej drukować. Powiedziałam to s. Ekonomce i usłyszałam żartobliwe zdanie: „O, kochaniutka, jeszcze dużo kibli musisz posprzątać zanim to będzie możliwe”. Wiedziałam, że muszę cierpliwie poczekać. Czas nowicjatu, to jeszcze nie działania apostolskie, ale czas wytężonego rozeznawania i modlitwy. Modliłam się zatem i czekałam.

 

I doczekała się siostra?

Pamiętam, że na drugim roku nowicjatu pojechałyśmy do Rembertowa, gdzie mamy wydawnictwo i drukarnię. Byłyśmy posłane do pomocy. Przyglądałam się jak siostry drukują. Uczyły się wtedy drukować na nowej maszynie. Ja siedziałam na parapecie, bo myłam okna, i zerkałam na to, co siostry robiły i czego uczył prawdziwy fachowiec z Niemiec. Też tak chciałam! Najwyraźniej wolą Bożą było to, abym po pierwszej profesji wróciła do Rembertowa i pracowała w drukarni. Teraz ja uczyłam się drukować i przechodziłam chrzest bojowy!  Było nas wtedy trzy siostry przy maszynie drukarskiej: s. Damiana, s. Renata i ja. Oj, wiele się wtedy działo!

 

Na czym ten „chrzest bojowy” polegał?

Ciężka praca. Drukowałyśmy wtedy dużo, nawet po nocach. Ludzie chyba jakoś więcej czytali i książki były potrzebne. Maszyny nie były takie jak teraz, więc prędkość druku tamtej „babci” była od 5-6 tys. obrotów na godzinę,  teraz jest 13-15 tys. na godzinę.  Zresztą, same jeszcze się uczyłyśmy, a to  wiązało się z wolniejszą pracą. Wtedy drukarnia stawała się dla nas kaplicą, dosłownie. Modliłyśmy się przy pracy i to był błogosławiony czas przeznaczony dla Jezusa. Potem dostałam w „prezencie” nową maszynę drukarską dwukolorową, na której od nowa musiałam się uczyć drukować. Myślałam: „Panie Jezu, co Ty wyprawiasz? Znowu mam się wszystkiego uczyć?!”. Mimo trudów byłam szczęśliwa. To był czas kiedy Pan przemawiał przez te drukowane książki. Były też spore nakłady: 15-20 tysięcy egzemplarzy. Każdy chciał mieć taką świeżutką książkę. Był to 1993 rok, rynek wówczas nie był przesycony, a książka czytelnikowi „smakowała”.

 

To był dla siostry dobry czas?

Wspaniały! Ale Pan Jezus przygotował dla mnie jeszcze coś innego. To, co jest najważniejsze w życiu.

 

A co jest najważniejsze?

Jego miłość, cierpienie i krzyż. Zachorowałam na trudną chorobę, toczeń rumieniowaty układowy. To choroba, na którą nie znaleziono jeszcze lekarstwa i nie da się jej wyleczyć. Można leczyć jedynie objawy. Toczeń atakuje wszystkie narządy, cały organizm choruje. Wtedy właśnie wszystkie choroby na raz spadły na mnie…

 

Jak sobie siostra z tym poradziła?

Znalazłam umocnienie na rekolekcjach ignacjańskich. Słuchałam konferencji jezuity o. Mokrzyckiego. One dały mi wiele do myślenia. Napisałam wtedy własny akt oddania się Jezusowi. Noszę go do dziś przy sobie. Wiem, że bez Jezusa i bez Jego bliskości byłoby ze mną krucho. Nie wytrwałabym w tych początkach choroby, a najbardziej to martwiłam się jak ja wrócę do pracy w drukarni. Wróciłam, ale na krótko… Musiałam powiedzieć: „Twoja wola, Panie Jezu!”. Potem choroba agresywnie się rozwijała, otarłam się o śmierć. Przeżyłam. Bóg dał mi kolejną szansę. W tym czasie bardzo odczułam wsparcie, jakie daje wspólnota. Teraz inaczej wszystko rozumiem. Bóg wybiera człowieka do cierpienia, ale i błogosławi w tym cierpieniu.  Nie pożegnałam się z drukarnią, chociaż jestem teraz furtianką, to żyję wydawnictwem i drukarnią, kocham je bardzo. Nie wyobrażałam sobie zmiany domu. Jestem tu 25 lat, w jednym miejscu i dziękuję Bogu za to, że przełożeni rozumieją tę moją miłość do drukarni.

 

Ludzie, którzy przychodzą do klasztoru w Rembertowie spotykają na furcie uśmiechniętą siostrę Tomaszę. Czy mimo choroby i cierpienia można się cieszyć życiem?

Nawet nie da się inaczej! Przecież jest Jezus! Nie wyobrażam sobie tego, aby nie uśmiechnąć się do drugiego człowieka, albo go jakoś nie zaczepić. W taki sposób mogę dać innym Jezusa! Na świecie nie ma tylko samych problemów, jest dobro, jest miłość, jest Bóg. Zawsze powtarzam młodym siostrom: „Ludzie cię obserwują. Uśmiechaj się!”. Lubię wyjść pierwsza do drugiego człowieka. Kiedyś na spacerze ze współsiostrą zrobiłam taką „zaczepkę”. Szła mama z wózeczkiem. Zagadnęłam ją tak zwyczajnie i z życzliwością, skończyło się na tym, że poprosiła o modlitwę. Moja współsiostra zapytała skąd znam tę Panią? Nie znałam jej, ale dla mnie każdy człowiek to skarb. Siostry mówią, że mam bardzo dużo przyjaciół, wszyscy mnie znają.  To moja forma apostolstwa słowem, dobrym słowem. Bóg zabrał mi zdrowie, ale dał dobrą pamięć. Jeśli obiecuję modlitwę to pamiętam i po prostu się modlę.

 

s. Tomasza Sollich CSL– technik elektronik, 25 lat w Zgromadzeniu Sióstr Loretanek, przez 13 lat pracowała w loretańskiej drukarni. Od ponad dziecięciu lat cierpi na nieuleczalną chorobę autoimmunologiczną: toczeń rumieniowaty układowy.

 

Rozmawiała s. Maria Miannik CSL

Maria CSL
Napisane przez Maria CSL

2 Odpowiedzi na komentarz

  1. Awatar
    Styczeń 17, 2018

    Praca w drukarni jest szkodliwa, opary wydostajace się z maszyn są toksyczne i to mogło spowodować chorobę.

    Odpowiedz

  2. Awatar
    Styczeń 06, 2018

    Siostro Tomaszo, bardzo dziękuję za świadectwo wiary. Potwierdzam, że radość życia, uśmiech Siostry przyciąga i ośmiela do kontaktu, bo dane nam było spotykać się w… szpitalu.
    Bardzo dziękuję również za modlitwę, o którą nie raz Siostrę Tomaszę prosiłam.
    Pozdrawiam serdecznie wdzięczna Bogu za Dar Siostry.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz