Ogórki kiszone i mleczna czekolada!

Ogórki kiszone i mleczna czekolada!

 

Tego najbardziej mi tu brakuje” stwierdziła Magda, która była świecką misjonarką posługującą w Peru w latach 2010-2016. W 2013 roku uczestniczyłam w wyprawie na drugi „koniec świata”, której celem było dostarczenie jej przyborów i gier szkolnych dla dzieci, którymi się na co dzień opiekuje. W bagażu znalazło się także miejsce na takie smakołyki jak ogórek czy czekolada.

26 kwietnia, późnym popołudniem, ksiądz Grzegorz (delegat biskupi do spraw misji archidiecezji katowickiej) wraz z trójką nieformalnych (jeszcze) misjonarek, wyruszył w długą podróż do Limy, stolicy Peru, gdzie niecierpliwie oczekiwała nas Magda.

Na miejsce dotarliśmy w niedzielę, w samo południe, po czym niezwłocznie udaliśmy się na mszę święta do ośrodka dla chłopców ulicy, prowadzonego przez polskiego księdza, nazywanego przez wszystkich podopiecznych Padre Ricardo. To było dla nas zupełnie inne doświadczenie Eucharystii… nie w kościele, nie w języku, który rozumiemy i nie wśród „białych” ludzi. Pomimo tak wielu różnic zewnętrznych, wszyscy przyjmowaliśmy tego samego Chrystusa w postaci białej hostii, który przecież na całym świecie jest jeden i ten sam.

Z Limy, wyruszyliśmy w ośmiogodzinną podróż do Marco, gdzie na co dzień posługuje Magda. Jadąc załadowanym po brzegi samochodem, po wyboistych drogach Peru, nie zdawaliśmy sobie sprawy jak wiele przygód jest przed nami i jak wielu niesamowitych ludzi Bóg będzie stawiał nam na drodze. Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania pobliskiego (godzina drogi samochodem w jedną stronę) miasta Huancayo, gdzie zaplanowane było spotkanie z miejscowym biskupem. Następnie zostaliśmy zaproszeni na świąteczny obiad składający się z ziemniaków, kukurydzy, bobu i świnki morskiej (która ma nieco „niewyraźny” smak). Po takiej uczcie pora na dalsze zwiedzanie i zacieśnianie relacji z mieszkańcami wioski.

Każdego dnia podróży towarzyszyli nam także Dane i Roberto, byli podopieczni a zarazem przyjaciele Magdy. Niestety nie znali oni języka angielskiego, w którym my moglibyśmy się z nimi komunikować. Sprawdziła się jednak doskonale w tej sytuacji uniwersalność języka migowego.
Kolejny dzień to wyprawa w góry, a w zasadzie to na jedną, konkretną górę: Huaytapallana (w języku keczua znaczy: polana kwiatów), która wznosi się na wysokości 5557 m.n.p.m. Samochodem udało się nam dotrzeć na wysokość 4 tys. m.n.p.m., jednak w dalszej podróży, musieliśmy liczyć na własne siły, których nieco nam już brakowało. A to za sprawą wysokiego ciśnienia, rzadszego powietrza i objawiającej się na różne sposoby choroby wysokościowej. Pomimo tych wszystkich dolegliwości, szczyt został zdobyty!

Dzień kolejny to dla odmiany podróż na „nieco” niżej położone tereny (800 m.n.p.m.), a mianowicie do dżungli. Tam z kolei czekały na nas niespodzianki wśród dzikiej i bujnej przyrody. Nasze oczy nie mogły się napatrzeć na potężne wodospady, ogromne motyle, niewielkich rozmiarów małpy, świeże owoce, będące na wyciągnięcie ręki i na tych wszystkich niesamowitych i pięknych ludzi, zamieszkujących te tereny. Egzotyczne potrawy, soki ze świeżo wyciskanych owoców oraz piękne widoki napełniały nas i nieustannie sobą zachwycały.

Oto dotarliśmy do dnia czwartego, na który zaplanowana była wizyta w peruwiańskich szkołach. To tam miały być dostarczone zebrane w ramach realizacji projektu „Paschalny zajączek dla misji”, przybory i gry szkolne. Przywiezione w 5 walizkach przedmioty wywołały niemały zachwyt, jednak jeszcze większą euforię sprawił dzieciom widok „białych” i wspólna z nami zabawa.

Szkoły, które odwiedziliśmy są położone wysoko w górach, często dzieci aby dojść na zajęcia na godzinę 8, muszą wyruszyć z domu już o 5 rano, ponieważ jedynym środkiem transportu są ich własne nogi. W szkołach tych nie ma prądu ani bieżącej wody, brak też nauczycieli i wychowawców oraz jedzenia. I chociaż przywieźliśmy im te wszystkie przybory i gry wraz ze słodkościami, po spotkaniu z tymi dziećmi, to właśnie my wyjechaliśmy bardziej obdarowani… obdarowani ich prostotą i radością życia.

Ostatni już niestety dzień, to powrót do Limy, gdzie wciąż wiele miało się jeszcze wydarzyć.

Był to piątek, 3-go maja, a zatem święto ustanowienia konstytucji. Jak je uczcić, będąc tu w Peru? Nie inaczej jak w ambasadzie Polski, gdzie zostaliśmy ugoszczeni majówkowym grillem. Na zakończenie i niejako pożegnanie, otrzymaliśmy zaproszenia na pokaz tradycyjnych, peruwiańskich tańców, pełnych, jak cały ten kraj, barwnych i radosnych ludzi, w niesamowicie pięknych ubiorach.

W tej części Peru ludzie nie mają zegarków, za to mają czas. Tam nie ma czegoś takiego jak spóźnienie, bo jak można się nie spóźnić, nie mając zegarka? Nie ma godziny otwarcia i zamknięcia sklepu. Na drogach też wydaje się, że nikt nie przestrzega przepisów (a może ich tak naprawdę nie ma). Życie płynie inaczej, choć to przecież wciąż ten sam świat.
Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, lecz teraz mamy do czego wracać w swoich marzeniach… A są to, uwierzcie, cudowne marzenia!

 

Aldona Ronczka
Napisane przez Aldona Ronczka

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz