Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu…

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu…

            Siądę obok Ciebie i opowiem Ci pewną historię. Dlaczego? Ano, bo głupio tak nic nie mówić. Bo mogę zaledwie tyle, a może aż? Bo muszę Ci się wygadać. Mój punkt widzenia. Moje obrazki, i dźwięki, i myśli, radości i smutki. Bo może wysłuchasz i mi wytłumaczysz, doradzisz, przytulisz? Albo po prostu razem pomilczymy.. Gotowy? Zaczynam! :)

Gorący albański poranek wdziera się przez lekko uchylone okno, aby każdego z naszej piątki inaczej zbudzić. Bo przecież każdy jest inny i do każdego co innego trafia. Ja pod powiekami wyczuwam drobniutki piasek, ciało mam dziwnie zmęczone, ale wciąż jeszcze gotowe na nowe wyzwania. O, na zegarku właśnie wybiła 6:15, czyli idealna pora by podnieść głowę z poduszki i wstać na Jutrznię. Zdecydowanie nie należę do miłośników wyłażenia z łóżka w przedświcie. Niemniej satysfakcja gwarantowana. Bo wyłazisz, by się spotkać i aby oczekiwać razem. I aby pośpiewać lekko zachrypniętym głosem trochę – też. Tak więc wstaję, w głowie nie mam żadnych oryginalnych myśli, bo wiem, że i tak zbudzę się dopiero w Kościele. To jest pora na to, aby znów pokonać swoje lęki, zmęczenie i słabostki. To taka pora, kiedy śpisz przed Bogiem i taka ta twoja modlitwa – bez-myślna, bez-słowna, przychodzisz i tyle. Przychodzisz na krótkie Cześć, to ja, na krótkie pobłogosław dzisiejsze sprawy. Bo nie mam już, Boże, siły na wielkie rozważania, na poważne strategie, kluczowe bitwy, dogłębne przemyślenia, na co myślą inni, na tysiące słów. Jestem – to wszystko. Wszystko i nic i oby wystarczająco. Nieustannie spragniony Twojego błogosławieństwa.

 

Tymczasem mija druga niedziela od powrotu z tego dalekiego-bliskiego świata, jakim jest Albania…Budzę się już bez piasku pod powiekami, a moje ciało jest jakby bardziej moje. Wstaję i myślę, czy to wszystko zdarzyło mi się naprawdę? Bo jakieś takie odległe i zamglone wydaje się. Gdy ktoś pyta o tę Albanię, to chciałoby się opowiadać o rzeczach tylko ładnych, radosnych i dobrych. Ale jak tak o nich opowiadać, gdy za tymi kryją się kolejne, jeszcze piękniejsze? Od czego tu zacząć a na czym skończyć? Bo wydaje się, że końca tu nie ma, a każde słowo nie oddaje w pełni tego, co chciałabym Ci przekazać odbiorco.

 

To, co mogę Ci na pewno powiedzieć, to że są chwile, gdy wyobraźnia naprawdę przeszkadza. Czasem chciałoby się bardzo prosto i konkretnie wymyślić i zrobić coś dla tego drugiego, mniejszego. A tu nie można. Nie da się. Coś blokuje. Był plan, starannie wymyślony, a my ucieszone wolontariuszki, że już za chwil parę wcielimy go w życie, a tu..klops, kiszka! Trzeba być spontanicznym, nie planować, a automatycznie, wręcz z prędkością światła reagować. W mig łapać dziecięce reakcje, gesty, bardzo szybko uczyć się drugiego człowieka. Bo czasu nie ma. Bo jest tylko ponad miesiąc. Co to jest miesiąc? Na początku niemiłosiernie długo, potem jednak, o dziwo, za krótko. Kto by pomyślał? Za krótko na pomyłki, bo jest tyle do zrobienia, do nauczenia, do stworzenia mniejszymi i większymi rękami – razem.

 

Albania dużo daje od siebie, ale też trochę zabiera, przede wszystkim, to co jest ci w danej chwili zbędne. Uczy spontaniczności, cierpliwości, pokory. Że nie zawsze jest tak, jakbym sobie tego życzyła, że to mój plan jest najlepszy. Albania daje codziennie solidną porcję śmiechu, przytuleń, małych radości, kilka łez wzruszenia. Zaskakuje na każdym dziecięcym kroku! Czasem idziesz przed siebie i bezmyślnie uśmiechasz się. Do siebie, do drugiego, do powietrza nawet! Ktoś popatrzyłby z boku i pomyślał „wariat”. Albania to taki kraj trochę na wariackich papierach. Ale zaskakująco szybko wchodzisz w jego rytm. Stajesz się dziwakiem na jej warunkach. Warunkach, które z biegiem czasu naprawdę zaczynają ci pasować.

 

Albania to czas jedności i wspólnoty. Wspólnych śniadań, prac ogrodowych, gotowania obiadów, debatowania nad każdą najmniejszą drobnostką dnia codziennego przy jednym, wspólnym stole. To czas burzy mózgów, niedospania, robienia tak, żeby coś wytłumaczyć temu drugiemu, ale aby przy tym nie zrobić mu przykrości, bycia z drugim człowiekiem dla samego bycia z nim. Przytulania, żartów bardziej lub mniej udanych, akceptacji, że ten drugi, to taki sam jak ja, a jednak jakby z innego świata…:)

 

 

Dzika Albania to czas refleksji. Bo patrzysz na dzieci i widzisz w nich siebie. Sprzed kilku(nastu) lat. Bo kiedy cieszą się – to na całego! A gdy się złoszczą to tylko na chwilkę. Im więcej z nimi czasu spędzasz, im częściej razem coś tworzycie, nawet jeśli efekt końcowy odbiega od twojego pierwotnego zamysłu, to wtedy tym bardziej stają ci się bliskie i takie jakby na wpół twoje. Wzajemnie się oswajacie. Gdy wybija 16:30, każdy z was – i one, i ty, oczekujecie wzajemnie na siebie, wiecie, że to czas dla was. Bardzo szczególny czas. To tylko krótkie trzy godziny zajęć każdego dnia, ale jakie ważne! I nie zawsze są to gry, tańce czy śpiewy. Czasem są to rozmowy i to rozmowy nie zaczęte przez ciebie, ale przez nie. Dla nich bardzo ważne, chociaż dla ciebie na początku mogą wydawać się błahe. Jednak idziesz w to. Wbrew sobie, swoim zadaniom na dzisiejszy dzień. I choć czasem język cię zawodzi, myśli nie nadążają, to pozostają jeszcze gesty. Cała gama gestów! Oj, naprawdę nie wiem, co zrobiłabym bez tej mimiki i gestykulacji! A każdego dnia po zajęciach i wspólnej modlitwie myślisz sobie Daj im, Boże, żeby wyrosły na mądrych i dobrych ludzi. Błogosław im. Prowadź. Zatroszcz się. Także o tych starszych, ich rodziny, przyszłość, ale przede wszystkim tu i teraz.

 

Misja albańska jest niezwykłym darem. Nie da się jej zmierzyć, zważyć, przeliczyć na cokolwiek. Ta pierwsza jest bardzo wyjątkowa, a kolejne wciąż niepowtarzalne. Gdybym miała Ci ją do czegoś przyrównać, z pewnością byłoby to małe marzenie wyciągnięte z najgłębszych czeluści serca. Przecież nosimy w sercach Boże marzenia nie po to, żeby pozostać marzycielami, prawda?

 

Dwa tygodnie od powrotu to mało, ale też i bardzo dużo. Albania tylko rozpoczęła pewien etap, który teraz trzeba kontynuować. Codziennie wstajesz i pytasz siebie: ale jak? Jak pogodzić, Panie, Twoją wolę z tym, co właśnie tutaj dzieje się? Z tym, co staje się na moich oczach, a ja stoję z rozdziawioną buzią i czuję jakbym była poza tym wszystkim? To tylko życie po-albańskie dochodzi do głosu. Moje też już dochodzi, czasem nawet szepnie, burknie, przemówi, choćby i zdawkowo – grunt, że języka w gębie nie zapomniało. Czasem milknie zawzięcie i muszę je namawiać do mówienia – zwykłe udzielenie głosu nie wystarczy. Przy zwyczajnym udzieleniu głosu peszy się, czerwieni, buraczy i zamyka w sobie – szczelnie, skutecznie, na amen. Namawiam więc, jak mogę, albo wprost przeciwnie – wcale nie. Ale jeżeli nie, to wtedy trzeba oczekiwać, aż się wydarzy. Poczekać, aż zgraja myśli dojdzie do głosu, aż uporządkuje się w szereg, dwuszereg, tudzież cokolwiek uporządkowanego i dającego się nazwać, określić, zdefiniować. Trzeba czasu. Trzeba dać sobie czas – dać sobie coś, co do mnie nie należy, pozwolić sobie na tę koniecznie potrzebną rozrzutność. Niemożliwe jest wiedzieć wszystko już, albo – jeszcze lepiej – zanim pojawi się wątpliwość. I przy tym całym wewnętrznym chaosie myślisz sobie, że tak bardzo chce ci się żyć, ponieważ każdy nowy-stary bałagan jest już inny, choć przecież tak niezaskakujący. Mój i już nie mój. Jestem starym, ale trochę nowym człowiekiem. I boję się powiedzieć, że może gdzieś w tym wszystkim zaczynam wreszcie „wierzyć”, nie tylko „powielać”. Choć przecież wciąż mogę się mylić. Ale jedno jest pewne: pobudki po powrocie są zupełnie inne, ale zasypiam wciąż mając w głowie mieszankę kolorowych obrazów w postaci dziecięcych uśmiechów, niezrozumiałego albańskiego języka i ten widok gór – niepowtarzalny i tak bardzo, ale to bardzo, bardzo utęskniony… :)

Marta Kobylska
Napisane przez Marta Kobylska

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz