Kobieto! Jesteś słońcem!

Kobieto! Jesteś słońcem!

Są na tej planecie takie poniedziałki, które naprawdę potrafią przyprawić o zawrót głowy. I nawet pomimo tego, że na zewnątrz nie leży biały puch, a temperatury nie sięgają minus dziesięciu stopni, to i tak czasem czuję, że świat cudownie wiruje. Ktoś powiedziałby, że przydarzyła mi się historia niczym z jednej z tych komedii romantycznych, które kończą się bardzo przesadzonym happy end’em (w sumie, które się nim nie kończą?). Tak opowiadając poniższą historię koleżance, dowiedziałam się, że warto, żebym ją opowiedziała komuś jeszcze. Bo daje nadzieję, że są na świecie mężczyźni działający, dżentelmeni, którzy są po prostu mili.

Był to jeden z tych poniedziałków, które nie są ani bardzo dobre, ani jakoś szczególnie złe. Po prostu są. Wstajesz, nie myślisz o niczym szczególnym. Wstajesz, żeby zrobić tysiące rzeczy, które są tego dnia do zrobienia. Więc zaczynasz od śniadania, wypicia dobrej kawy, spojrzenia w lustro, pocieszenia, że jakoś to dzisiaj będzie. Czasem wychodzisz z domu i zaskakuje Cię słońce, a czasem pada niemiłosiernie, a Ty nie masz nawet parasola… Ale idziesz przed siebie. Ze swoimi troskami, niepewnością, z kilkoma naprawdę dobrymi ludźmi przy boku. To był właśnie taki poniedziałek. Pędziłam na uczelnię (mam ponad godzinę drogi od wyjścia z domu, więc sami już rozumiecie, że trzeba nie lada samozaparcia do studiowania!) i nawet do głowy nie przyszłoby mi, że ten dzień będzie się jakoś szczególnie różnił od innych. I nie chodzi tu o rutynę, bo bardzo lubię swoje życie, ze wszystkim co się z nim wiąże. I nawet, gdy są chwilę, że mam ochotę schować się pod najgrubszą pierzynę od babci, to wiem, że jutro przyniesie jakieś blaski.

Tak też było tamtego dnia. Wychodząc z domu miałam całkiem nie najgorszy humor, zdążyłam w metrze odmówić jutrznię, przeczytać Ewangelię z dnia, przeczytać kilkanaście stron książki, przeczytać jakiś artykuł i popatrzeć na ludzi, jadących w najróżniejsze miejsca Warszawy. Jednak docierając na uczelnię, ten całkiem niezły humor, zamienił się w smutek i niedowierzanie. I wiem, że być może maczał tutaj swoje macki Zły (ba! jestem przekonana!), ale sprawiło to tylko tyle, że wchodząc na teren uczelni musiałam najpierw zajrzeć do kaplicy (to naprawdę duży dar studiować w miejscu, gdzie zawsze możesz wejść i pogadać z Kimś mądrzejszym od siebie). I właściwie po wyjściu z niej czułam się o dziwo jeszcze gorzej niż przed wejściem. Nie dostałam żadnych odpowiedzi. Ogłuszająca pustka od znaków zapytania sprawiła, że musiałam pójść na zajęcia… Kto z nas wierzących, tak miał nie raz? Na pewno znajdzie się tutaj trochę takich osób. Także wracając z uczelni tramwajem zastanawiałam się po prostu nad sensem tego świata i gdzie ja w nim się znajduję. Szczerze? Nie wymyśliłam nic szczególnego.

ALE! Kiedy wysiadałam z tramwaju nr 17, zaczepił mnie chłopak. Byłam naprawdę zdziwiona, że to zrobił, bo ja tego dnia nie podeszłabym do samej siebie. Nie czułam, że wyglądam szczególnie ładnie i na twarzy też raczej nie miałam uśmiechu, a zamiast tego coś na kształt znaku zapytania. Podszedł i poprosił o numer. O! Jakież było moje zdziwienie tego popołudnia. Mnie ktoś poprosił o numer? Przecież nie wyglądam jak gwiazda, nawet nie umalowałam się tego dnia… Byłam bardzo zdziwiona, ale numer dałam, bo wydawał się naprawdę dobrym człowiekiem. Nawet nie liczyłam na to, że odezwie się.

Cały morał z tej historii jest taki, że wiedziałam i teraz wiem to jeszcze bardziej, że nic co się stało w tamten grudniowy poniedziałek nie pochodziło ode mnie. W tej kaplicy modliłam się o zupełnie inną relację. Prosiłam, żeby Bóg postawił mi na drodze kogoś, kto zobaczy mnie tak, jak On mnie widzi. I postawił. Tylko nie sądziłam, że stanie się to tak szybko… Ma niezły humor, prawda? Sytuacja mnie ubawiła do łez. Postawił mi człowieka, który dostrzegł moje piękno w zwyczajności. Pomimo braku radości w tym dniu, pomimo braku makijażu, pomimo wielu czynników.

Po tym krótkim spotkaniu zobaczyłam iskierkę nadziei! Że na każdą z nas czeka taki ktoś, kto w każdej chwili może nam przypomnieć o naszym pięknie. Dziewczyno! Jesteś piękna! Ze swoimi wadami, które za wszelką cenę próbujesz ukryć; ze swoim brakiem pewności; stwierdzaniem przynajmniej raz w tygodniu, że nie nadajesz się do relacji; z całym bagażem smutków przeszłości – jesteś CUDOWNA! I piszę Ci to ja, której życie naprawdę nie rozpieściło, dało niezłego kopa (nawet kilka), ale nadal w tej codzienności dostrzegam iskierki nadziei!

Pewnie zapytacie czy ten chłopak napisał? W sumie to już nie jest najważniejsze, ale o tym być może w następnej historii :)

Marta Kobylska
Napisane przez Marta Kobylska

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz