Jedna zdrowaśka gładzi wszystkie grzechy świata

Jedna zdrowaśka gładzi wszystkie grzechy świata

Wierzymy głęboko i niezłomnie, że jedna zdrowaśka gładzi wszystkie grzechy świata, toteż wszystko wolno, hulaj dusza, piekło jest dla innych. Byle nie dać się złapać.

JEDNA ZDROWAŚKA GŁADZI WSZYSTKIE GRZECHY ŚWIATA

W naszej rodzinie mamy wysokie mniemanie o sobie, bowiem kochamy Boga i ojczyznę, szanujemy starszych i tradycję, cenimy swoją wspólnotę. Jasno stąd wynika, kto zwykle wygrywa u nas w kolejnych wyborach. Umiłowanie prawa i sprawiedliwości wyraża się głosowaniem na partię o takiej nazwie oraz przekonaniem, że cokolwiek wyborca czyni, jest prawe i sprawiedliwe.

Patriotyzm demonstrujemy obecnością w kościele w święta narodowe tudzież oszukiwaniem własnego państwa i rodaków, demoralizowaniem współobywateli złym przykładem, lekceważeniem praw swojego kraju. Wobec dobrej władzy, którą powołaliśmy, zachowujemy identyczną nielojalność jak wobec niedobrej, która odeszła, bo przecież – obojętnie, kto rządzi – trzeba sobie jakoś radzić, takie jest życie, wszyscy tak robią. Zawsze znajdzie się piękne wytłumaczenie: zabory, okupacja, komuna… Zręcznie godzimy pobożność z nieuczciwością, oczywiście umiarkowaną; nie popełniamy zbrodni, nawet kradzieży kieszonkowych, lecz pasożytujemy ochoczo na anonimowych, bezosobowych ofiarach typu budżet, ubezpieczenie itp.; wkładamy mnóstwo inwencji w uchylanie się od zobowiązań oraz w wyszarpywanie, wyłudzanie korzyści. Wierzymy głęboko i niezłomnie, że jedna zdrowaśka gładzi wszystkie grzechy świata, toteż wszystko wolno, hulaj dusza, piekło jest dla innych. Byle nie dać się złapać.

Raffaele-Esposito/flickr.com

fot. Raffaele Esposito/flickr.com(mod.)

Dewocja, zamiast ciągnąć wzwyż, usypia sumienia, służy do samookłamywania. Łatwiej odmówić Różaniec niż odmówić sobie zysku czy oszczędności, gdy wystarczy tylko nieco sfałszować, trochę zataić, wypatrzyć dogodny moment – i już dwadzieścia złotych w kieszeni, a może dwadzieścia tysięcy.

Wybieramy naturalnie to, co łatwiejsze. Pobożny zawsze jest lepszy od bezbożnego, nawet do przestępstwa przystępuje z modlitwą na ustach: do Ducha Świętego – o dobry pomysł, do Anioła Stróża – by nie złapali, zdrowaśka – na odczynienie grzechu. Na kradzionym chlebie należy nakreślić krzyżyk, żaden wstyd jeździć do kościoła na kradzionym paliwie czy samochodem nabytym nielegalnie, gwałcąc kodeks drogowy, nawet podstawowe zasady bezpieczeństwa.

Piękny jest rodzinny obiad rozpoczęty wspólnymi modłami. Potem siadamy i nad talerzami spokojnie omawiamy sprawy bieżące: komu dać łapówkę, gdzie zdrowy ma uzyskać zwolnienie lekarskie, ile da się zarobić na przemycanych papierosach, ile kosztuje przychylność kontrolera, jak podejść obsługę punktu skupu… Rozmowa w takich okolicznościach z pewnością jest owocna. Wychodzimy tak oto na swoje zachowując przenajczystsze sumienie, a nawet więcej: poczucie wyższości nad poganami. Ci, co wcale się nie modlą, też na ogół nie gwałcą ani podpalają, Jakiż więc pożytek z pobożnych? Otóż stanowią żywy przykład hipokryzji, nie trzeba jej szukać w książkach.

Z drugiej strony, któż śmiałby podejrzewać, że ludzie ogromnie religijni, przemawiający do Boga żarliwie i wytrwale, rozmijają się z Ewangelią? Oni po prostu znają jej ukrytą, prawdziwą treść. W powszechnym przekonaniu ksiądz musi głosić pewne rzeczy z racji swego urzędu, jednak w nie sam nie wierzy. Idzie za wzorem Mistrza, a więc Jezus musiał mówić to i owo – jako Jezus, lecz myślał inaczej. Kiedy uczył „niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie, a co nadto, od diabła jest”, w duchu powtarzał „dzień bez przekrętu to dzień stracony”; wskazując „jestem prawdą, drogą i życiem” chciał dać do zrozumienia „prawda jest wtedy, gdy nie przydybią na kłamstwie”. Tak było, sądząc po postępowaniu wielu gorliwych wyznawców.

Siostra Faustyna, pisząc „Jezu, ufam Tobie”, zapewne dopowiadała „ale bardziej własnej przebiegłości, aż taka głupia nie jestem”. Niejeden czciciel Bożego Miłosierdzia dowodzi tej hipotezy czynem. Chyba nawet lepiej od Chrystusa wiemy, na czym polega chrześcijaństwo, podobnie jak lepiej od przepisów i znaków drogowych wiemy, na czym polega bezpieczna jazda autem, lepiej od przeróżnych ustaw – komu należy się zasiłek i renta, lepiej od instrukcji – co i kiedy opryskiwać pestycydami, lepiej od straży pożarnej – jak wypalać trawę. Niech nie wciska się z pouczeniami, bo przecież nie zna życia, z którego prawdziwymi problemami my się borykamy.

Gdyby z powodu zbyt krótkiego stażu nie uzyskał emerytury, rozmnożyłby sobie cudownie pieniądze, i po kłopocie. Gdyby rozbił nieubezpieczony samochód, cudownie by go skleił, albo wyczarował nowy. Nawet kiedy przyjaciel Mu umarł (nawiasem: z powodu Jego własnej niefrasobliwości, bo zwlekał), wskrzesił go sobie, ot tak, z równą prostotą z jaką my kupujemy zapałki, gdy się skończą. Oto odkryta przez nas istota chrześcijaństwa: pobożność rekompensuje każdą niewierność Pismu, i to z nawiązką, ryczałtem. Taka jest nasza wiara, taki mamy obraz Kościoła. To wiara ojców. Oni są autorytetem, wiara jest wtórna; ważniejsza osoba głosiciela niż sama treść orędzia; wierzymy, bo tak kazali, bo oni tak wierzyli. (Co by było, gdyby Mieszko, Olga z Włodzimierzem i Jagiełło uparli się przy wierze ojców?)

Więzi międzypokoleniowe i respekt wobec starszych są tak silne, że przejmujemy od nich wszystko, nie wybrzydzając. Zwyczajna jest sytuacja, gdy zatroskana matka podniesionym głosem strofuje syna „z kim się tak upiłeś, przecież taty nie ma w domu!”. Potocznie sądzi się, że do wódki namawiają źli koledzy; okazuje się, z mlekiem ojca można wyssać skłonność do pijaństwa. Obłuda przechodzi z pokolenia na pokolenie. Dziatki nasiąkają nią od kołyski, wzrastają w jej atmosferze, dostają przykład od najbliższego otoczenia; w krew wchodzi im przekonanie, iż wszelkie prawo dane jest wyłącznie ludziom na udręczenie i kto żyw, je łamie. Podrósłszy zauważają, że prawo Boskie to też prawo. Wówczas rodzice, nie tracąc zadowolenia z siebie, obwiniają media mętnego nurtu, „onych”, zepsute czasy. W domniemanej sekretnej, autentycznej wersji Nowego Testamentu najwyraźniej nie występuje zdanie „kto jest niewierny w sprawach drobnych, będzie niewierny w poważnych”. W aurze powszechnej pogardy dla prawa zdarzają się incydenty niemiłe: z komina za płotem uchodzi śmierdzący dym, w jakimś biurze ktoś najwyraźniej pomógł losowi i ten los okazał się dla nas niełaskawy, inny kreatywnie zastosował procedurę, na czym nam akurat nie zależało. Donosicielstwo jest ohydne, zresztą narażalibyśmy się na rewanż. Dla urzędników, funkcjonariuszy, referentek i sekretarek trzeba mieć wyrozumienie, tyle razy okazali nam życzliwość pomagając losowi albo twórczo rozwijając procedurę, w majestacie papieru, pieczątki i podpisu dostosowując pojęcie prawdy do wymogów sytuacji. Sami swoi, dręczeni przez te same kłopoty co my; jeżdżą podobnymi pojazdami po tych samych drogach, przekraczają te same ciągle linie, ignorują te same zakazy

Patrzymy na siebie co dzień. Nikt nie czuje się władny jako pierwszy rzucić kamieniem. Jednak czasem boli serce wobec krzyczącej nieuczciwości i bezprawia. Cóż począć, taki już jest świat. Innego nikt nie widział ani nawet sobie nie wyobraził. Nikt dotychczas nie wpadł na pomysł, by przynajmniej część energii zużywanej na pobożność skierować na wierność.

Slawomir Patlewicz
Napisane przez Slawomir Patlewicz

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz