LOADING

Type to search

Żyjemy, dobra nasza!

Hanna 30 marca 2013
Share

Ta piosenka, którą pewnie część z was kojarzy ze śpiewów scholi na Mszach młodzieżowych czy pielgrzymek, chodzi mi po głowie od wczoraj. Tak, Chrystus umarł – ale żyje! To, co przeżywamy obecnie, to wspomnienie tamtych wydarzeń – wspomnienie, co oznacza, że rzecz już się wydarzyła. Ergo – On żyje. Dzisiaj. Leży w grobie, ale żyje. I przychodzi, mimo naszych słabości, niechęci, świątecznego kieratu.

Nie mogę się jej pozbyć z myśli od wczoraj. Zwłaszcza pierwszego wersu – „Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych”… Bo czy na pewno tegoroczne obchodzy najważniejszego chrześcijańskiego święta sprawiły, że te drzwi zostały otwarte? A może jedynie przetarliśmy szybki, ewentualnie uchyliliśmy lufcik i zdjęliśmy kłódki, ale jednak ich do końca nie otworzyliśmy? A Chrystus już się nie bawi w podchody, nie puka i nie czeka – On przychodzi, tak po prostu, nie przejmując się zamkniętymi drzwiami. Przychodzi, rozkładając szeroko ręce, które wciąż noszą ślady Jego Męki i jak do swoich uczniów mówi: „Pokój wam”. Przybiegniemy do niego czy będziemy zaprzątać sobie umysł zastanawianiem się, jak to zrobił?

Bo odpowiedź jest prosta. Miłością.

I jeszcze dwa odniesienia, które nasunęły mi kolejne refleksje, kiedy czytałam blogi innych autorów.

Mikołaj Tomczyk pisał o przymusie robienia czegoś („Św. Pasja od Krzyża, czyli nic nie muszę”). Takim wewnętrznym, nawet nieświadomym, objawiającym się za to w mowie. To mi po raz kolejny przypomniało, że dawno, dawno temu obiecałam sobie jedną rzecz: będę szczera ze sobą. Chcieć to móc, tak? A zatem jeśli tylko bym bardzo chciała, to bym mogła. Zasłanianie się „muszę”, jest marną wymówką. Dla mnie oznacza tylko tyle, że człowiek ma przynajmniej minimalne chęci wykonania jakiegoś zadania. Obowiązku – może to być poczucie odpowiedzialności, zdrowy rozsądek, świadomość, że jeśli nie wypełni się zobowiązania, jacyś ludzie zostaną zranieni; ale to wszystko jest naszym wolnym wyborem. Przyznanie się przed samym sobą do tego, że na coś nie ma się aktualnie ochoty, pozwala zmienić swoje nastawienie – czy to do drugiego człowieka, czy to do siebie samego lub otaczającego nas świata.

Drugiego wpisu dokonał Kuba Żebrowski – „Nie tego, lecz Barabasza”. I w zasadzie nie tyle o treść mi chodzi, co o postać. Barabasz. Zbrodniarz. A czy tak naprawdę ktoś dokładnie śledził jego uczucia po tym, co się stało? Jego losy? Chrystus był centrum historii – wszak dokonało się zbawienie! I to jest słuszne. Ale co czuł Barabasz? Czy się nawrócił? Czy uświadomił sobie w pełni, co się naprawdę stało?

Kiedyś wpadła mi w ucho piosenka Jacka Kaczmarskiego, „Kara Barabasza”. Nie przytoczę tu w całości tekstu – jest on jednak podzielony na kilka części i opowiada o tym, co mogłoby się stać po ukrzyżowaniu Chrystusa, z perspektywy Barabasza.

„W karczmie z widokiem na Golgotę można się dzisiaj napić z łotrem”, zaczyna opowieść Kaczmarski. Wino, które się leje, jest krwawo-złote, wieść szybko obiega miasto, że zbrodniarz, który się od krzyża ledwo wyłgał, też dzisiaj tam będzie pił. Gospodarz zaciera ręce – w końcu im więcej ludzi, tym większy zysk. Ludzie się cieszą – „żyjemy, dobra nasza! Co z życia chcesz, za życia bierz; pijmy za Barabasza, Barabasz pije też.”

W pierwszej chwili Barabasz nie wierzy w to, co się stało. Dla niego krzyż był czymś pewnym. Był mordercą, łotrem, zbrodniarzem. Nie miał prawa uniknąć kary. Zwłaszcza, gdy obok postawiono dobrego, niewinnego człowieka, który nigdy nikogo nie skrzywdził. Barabasz zatem siedzi w milczeniu, nie do końca pojmując rzeczywistość. Wokół piją ludzie – mieszczanie, żebracy, żołdacy. „Bawi się całe miasto hucznie, Namiestnik dał dowody łaski” – to też mi się podoba, ta perspektywa; jakby śmierć Pana była jedynie pewnym epizodem, trochę przerażającym, gdy ciemności okryły ziemię (tym razem – tekst Szymona Hołowni, my rzeczywiście bylibyśmy w stanie przejść do porządku dziennego nawet nad kręcącą się w drugą stronę Ziemią), ale przecież to minęło. Jest dobrze. Zbliża się święto. Bawmy się i pijmy…

A Barabasz tego nie robi. Do czasu. Siedzi milczący, pełen niedowierzania. Aż wreszcie…
Wybucha śmiechem pełnym radości, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że ocalał. Żyje! Po mieście rozchodzi się kolejna wieść, ludzie się radują, a Piłat nie może zasnąć.
Aż wreszcie dochodzimy do ostatniego momentu. Świt. Sobota. Chrystus złożony do grobu, nie ma Go. Umarł. Zginął za nas. „W karczmie z widokiem na Golgotę blask świtu po skorupach skacze. Gospodarz przegnał precz hołotę i liczy zysk. Barabasz płacze…”

Barabasz płacze. Po początkowym niedowierzaniu (skazali sprawiedliwego, a uwolnili zbrodniarza! A może przyjdą po mnie? Może to tylko jakaś chora zagrywka polityczna? Kto by mi okazał łaskę?), przychodzi czas na radość (żyję! Wypuścili mnie! To prawda! Ukrzyżowali tamtego! Żyję!), która trwa dopóki nie pojawi się refleksja. Tak myślę, że ta refleksja po stronie Barabasza musiała się pojawić. Może nie po stronie pijących razem z nim – dla nich to był kaprys Piłata, ot, trudno, zabili jakiegoś nieszkodliwego wariata czy fałszywego proroka, a skoro z krzyża nie zszedł, to pewnie mieli rację. Ale Barabasz stał obok Chrystusa na sądzie. Widział, jak tłum się burzy, słyszał, jak wykrzykuje jego imię. Uwolnić Barabasza. Ukrzyżuj Go, a uwolnij Barabasza.
W przeciwieństwie jednak do Judasza, Barabasz nie przyczynił się aktywnie do śmierci Chrystusa. On po prostu był, miał szczęście stać obok Zbawiciela. Miał szczęście zrozumieć, co się wydarzyło, jako jeden z pierwszych.

Oczywiście, to tylko moje skojarzenia. Nie wiem, co rzeczywiście miał na myśli Kaczmarski, ale w tym momencie nie jest to istotne. Taki obraz mi się nasunął po przesłuchaniu tej piosenki. Bo po łzach Barabasza jest jeszcze końcówka: „Żyjemy, dobra nasza! Co z życia chcesz, za życia bierz; pijmy za Barabasza, Barabasz człowiek też.”

To jest według mnie piękne. Chrystus nie potrzebuje klucza, by wejść do czyjegoś serca – ale z czystej grzeczności… Nie, wróć. To nie jest grzeczność. To Miłość.
Z czystej miłości czeka, aż mu te drzwi otworzymy. Tylko czasem, gdy człowiek boi się odpowiedzieć na pukanie i udaje, że nie słyszy, naciska klamkę.
Przychodzi mimo drzwi zamkniętych i daje nam swój pokój. Może warto wyjść przynajmniej do przedpokoju?

Dodaj komentarz