LOADING

Type to search

Zryw, co system zawiesił i krzyk obudził…

Agnieszka Nazarko 10 maja 2019
Share

Kurz powoli opada, ogień zapalony na polach intelektualnych bitew powoli zamienia się w pył, zdarte gardła wracają do formy, a dzwonki w szkołach brzmią ponownie w uszach nauczycieli, uczniów i rodziców. Jednak emocje, nieustający szereg pytań i nowości w sprawie kwietniowego strajku nauczycieli rozbrzmiewają od czasu do czasu w powietrzu opinii publicznej pomimo jego zawieszenia.

Spór o podwyżki dla urzędników państwowych jakimi są nauczyciele od tygodni nadal dzieli polskie społeczeństwo. Słowo, przeciwko słowu, argument przeciwko argumentowi. Prezes ZNP, Sławomir Broniarz, podkreślający styczniową datę poinformowania o strajku zbiorowym, przeciwko minister edukacji narodowej, Annie Zalewskiej apelującej o nienarażanie dobra polskich szkół. Jedni chcą zmian i 1000 złotych podwyżki, drudzy spokoju młodego pokolenia. Facebook zasypywany jest postami oburzonych rodziców zestresowanych przyszłością dzieci tak jak i nauczycieli odczuwających brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony rządu. Batalia wydaje się nie mieć ani końca, ani dna. Wiele dialogów przewodniczących zaowocowało w regularne odsuwanie się ewentualnego porozumienia. Dokąd to wszystko prowadzi? Czy da się załagodzić spór satysfakcjonując obie strony? Z punktu widzenia córki nauczycielki z ponad dwudziestoletnim stażem, wzorowej uczennicy do dnia dzisiejszego i osoby przygotowującej młodzież do egzaminu ósmoklasisty jednocześnie, śmiem twierdzić, że nastąpiło tu ewidentne zapomnienie starożytnego uczonego jakim był Arystoteles – autor zasady złotego środka.

Rodzice wychowali mnie tak, że szanuję tak samo panią woźną i panią dyrektor. Przez lata obserwowałam i doceniałam nauczycieli z pasją, którzy w ciągu 45 minut wpajali mi do głowy sprawy ważne, sprawy przydatne. Po dzwonku obwieszczającym koniec lekcji miałam w głowie kolejny puzzel ogromnej układanki. Obserwowałam nauczycieli przygotowujących po godzinach uczniów do osiągnięcia perfekcji w różnych dziedzinach. Mówi się, że przecież mogą porzucić zawód, zacząć pracę w korporacji i w ogóle to nikt nie zmuszał ich do takiej kariery zawodowej. A co jeśli tym ludziom najzwyczajniej zależy na młodym człowieku? Zależy im na Janku, Oli, Zosi? Obserwowałam też pracę pani Krysi, szkolnej woźnej, która nigdy nikomu nie szczędziła miłego słowa w przygnębiający poniedziałek i pogaduszek z dziewczynami po lekcjach. W końcu obserwowałam swoją mamę, która w niedzielny poranek odbierała telefony rodziców, która tonęła w stercie zbędnej, chowanej później głęboko w szafie gabinetu dyrektora papierologii, która przez niekończące się obowiązki nauczyciela, nie mogła być mamą, tylko nauczycielem w domu. Mówi się też, że pieniądze to nie wszystko. I tu też tak jest. Nauczyciele nie walczą tylko o wyższą wypłatę, walczą o szacunek do swojego zawodu, który zresztą dawno gdzieś zaginął i jest skutecznie podważany przez dzieci i naiwnych nieraz rodziców. Nauczyciel przestał być autorytetem. Jest dziś pierwszą osobą, którą oskarża się o najmniejsze niepowodzenie dziecka. Pedagog, to też człowiek. Spoczywa na nim odpowiedzialność za kilkanaście żyć przez kilka godzin dziennie. Obarczany nieustannym podważaniem kompetencji, zarzutami i brakiem szacunku traci zdrowie i komfort psychiczny. W celu obliczenia rzeczywistego czasu nauczyciela w pracy, do osiemnastu godzin etatu należy dodać przygotowywanie wycieczek, przedstawień, popraw, zebrań, rad, dyskotek i różnych tego typu przedsięwzięć. Porównywanie kwestii płatnych dwumiesięcznych wakacji do dwudziestu kilku wolnych dni pana Kowalskiego w ciągu roku wydaje się być niedorzeczne tak jak porównanie odpowiedzialności za czyjeś życie z wypełnianiem biurowych dokumentów i pracy w Excelu. Jest to urlop w pełni zasłużony. Zasłużony dla zdrowia psychicznego. Dziś zawód nauczyciela stoi pod znakiem zapytania. Młodzi ludzie z szeregiem tytułów i mocnym przygotowaniem pedagogicznym mają słaby i nieadekwatny do włożonego wysiłku start. Ta doświadczona część środowiska nauczycieli posiada zaś długą listę absurdów pogarszających wykonywanie tego zawodu oraz wzmagających niechęć do niego, autorstwa pani minister Zalewskiej.  Dlatego fale pedagogów z symbolem czarnego wykrzyknika na pomarańczowym tle na ulicach miast nie powinna nikogo dziwić.

Ta druga strona mojego medalu przedstawia Bartka i Daniela – ósmoklasistów, których miałam okazję przygotowywać do egzaminu z języka angielskiego. Kiedy pojawiła się perspektywa zapowiadanych strajków wystarczyło spojrzeć na miny i zmianę w zapale chłopców do pracy, aby zauważyć wpływ tych właśnie wydarzeń. Podczas przygotowywań widziałam brak pewności, niezadowolenie i zrezygnowanie przed startem, wymalowane na twarzach tych bystrych i ambitnych uczniów. Ta niepewność do samego końca wydawała się przeszkadzać i wpływać najbardziej. I tu chyba można ostrożnie zgodzić się minister edukacji narodowej. Strajk wpłynął na uczniów. Wpłynął źle. To zachwianie nie tylko w usystematyzowanym do tej pory przebiegu nauki ale też dotykające kwestii egzaminów ósmoklasistów oraz egzaminu dojrzałości jest, mówiąc kolokwialnie ale jasno – nie fair wobec młodzieży. Samo przyznanie szefa ZNP o ewidentnym zagrożeniu matur wydaje się być irracjonalnym chwytaniem się brzytwy przez tonącego. Może nie takich środków należało użyć? Oczywiste jest, że strajk był i jest kontrowersją samą w sobie. Natomiast w pewnym stopniu było to uderzenie w stronę młodego pokolenia, które chcąc nie chcąc, zostało wrzucone do jednego worka – jako grupa, która pierwsza, zaraz przed rodzicami, nie szanuje nauczycieli i ich pracy. I tak zniknęły te dzieci, którym zależało na nauce, które wykazywały szacunek, które się angażowały.  Do jednego worka zostali wrzuceni sami pedagodzy. Dlaczego państwo ma dopłacać nauczycielowi, który brakiem odpowiedniego podejścia i obiektywizmu sprawia, że na samo słowo „szkoła”, dziecko reaguje negatywnie? Ci, którzy nie potrafią przekazać wiedzy  wymagając „gruszek na wierzbie” sprawiają, że portfele rodziców stają się cieńsze, bo jedynym ratunkiem na przetrwanie szkolnej gonitwy są drogie korepetycje. Może bardziej praktyczne wydawałoby się przeprowadzenie strajku nie ingerując w to stabilności, spokoju i przyszłości  polskiego ucznia? Nauczyciele apelują o zmiany do rządu, nie dzieci.

Aktualne pole walki po starciu obu stron przedstawia chowający się jeszcze za filarem strajk włoski, który wprowadza realizowanie absolutnego minimum z obowiązków nauczycieli. To wydaje się być i sprawiedliwe i nie. Nauczyciele czują się znieważeni przez rząd. Stąd inna forma strajku, która powinna szybko pokazać skutki, szczególnie przy zbliżającym się zakończeniu roku szkolnego. To kolejny sposób uświadamiania społeczeństwa o rzeczywistej pracy nauczyciela i konkretna odpowiedź do sformułowania, że praca pedagoga to „praca tylko przy tablicy”. Dopiero w tym momencie nauczyciele będą robić tyle, ile pozwala im na to osiemnastogodzinny, czyli rzeczywisty” czas pracy. To równa się z życiem szkolnym bez wycieczek, ostatecznego poprawiania ocen, czy występów teatralnych. Szaro-bury, dający do myślenia scenariusz. Z drugiej strony owego strajku ponownie stoją dzieci, dla których minimalna działalność nauczycieli może zaowocować w brak możliwości popraw ocen, co może nieść za sobą przykre skutki. Jednak pierwsza strona medalu podnosi wysoko rękę stawiając pytanie, czy strajk wpłynąłby jakkolwiek na opinię publiczną, przedstawicieli rządu i mógłby przynieś jakiekolwiek zmiany, jeśli miałby miejsce podczas wakacji lub choćby zwykłego miesiąca nauki ?

To są dwie strony medalu jakim jest strajk nauczycieli. To co je łączy, to fakt, że w każdej z nich jest racja. Moja osobista perspektywa skacze ze strony na stronę, zostając na dłużej przy pierwszej z nich. Nadal podkreślam tęsknotę za Arystotelesem. Może jego mowa o dążeniu do osiągania żądz zachowując pewne normy przydałaby się na posiedzeniu okrągłego stołu?

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz