LOADING

Type to search

Zaproszenie Boga

Palabra Palabra 14 kwietnia 2013
Share

Kolejny obrazek z „po” zmartwychwstaniu. Uczniowie pracują po prostu, jakby wracając do wyuczonego i wcześniejszego ich trybu życia – do rybackiego rzemiosła. Jezus nie daje jednak za wygraną. Przychodzi ponownie – Zwycięzca, wielki i niepokonany, ze znakami męki, a jednocześnie tak bardzo ludzki.

Nie poznali Go – nie pierwszy zresztą raz (wystarczy przypomnieć obrazek, kiedy uczniowie – Bogiem a prawdą to po prostu uciekali – do Emaus). Wie, że zawalili tej nocy – nic nie złowili, wracali do brzegu z pustymi rękami. Niesamowity widok – zniechęcona grupka, zmęczona powracająca do brzegu w pierwszych blaskach porannego słońca, i wyłaniający przed nimi Jezus na brzegu. Prosi o pokarm – wiedząc, jaką dostanie odpowiedź. Dlatego radzi – zarzućcie sieci po prawej stronie, a znajdziecie. Tym razem nie było dyskusji – po co, na co, przecież próbowaliśmy… – i po prostu to zrobili. Dopiero, kiedy złowili ogromną ilość ryb (na marginesie – archeologowie zbadali, że w tych czasach w tamtym regionie żyło właśnie 153 gatunków ryb!) – poznali Go. Wtedy w Emaus – na łamaniu chleba, tutaj – po udanym połowie. To jest Pan! Piotr, jak zwykle, reaguje emocjonalnie i w sposób, nie da się ukryć, dość oryginalny – najpierw się odziewa, potem rzuca w jezioro – chciał szybciej dotrzeć do Pana?

Na brzegu czeka ich coś absolutnie normalnego – gotowe palenisko do przygotowania posiłku ze złowionych ryb, nawet jedna rybka się już na nim piekła. Przygotował to Jezus, który czeka na nich. Kolejny cudowny połów, tym razem dokonany już przez Zmartwychwstałego, kolejny błogosławiony posiłek w towarzystwie Zwycięzcy śmierci. Nikt nie pytał, nikt nie próbował „zagadnąć” – wszyscy wiedzieli, że to On właśnie.

A potem ten niesamowity dialog Pana z Piotrem – dwa pytania „czy miłujesz” z odpowiedzią „tak, kocham”, aż wreszcie pytanie „czy kochasz” i „tak, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że kocham”. Jakby powtórny chrzest bojowy, przysięga wierności od Skały, która okazała się do tej pory nie tak stabilna, jak by się to wydawać mogło – bo dość łatwo Piotr zaparł się Jezusa właśnie trzy razy w dniach poprzedzających mękę Pańską. Wtedy bał się – widział Boga i Człowieka zarazem, który najwyraźniej przegrywał i za chwilę miał umrzeć na krzyżu. Teraz jednak wiedział też i wierzył zarazem, że On zmartwychwstał, i te wszystkie – w tym właśnie tamto – wydarzenia kolejno to potwierdzają.

Przyszła pora na deklaracje. Kościół nie bez powodu budowany był i jest nadal przez wieki przez osoby wcale nie kryształowe i święte od urodzenia, ale mające całkiem sporo za uszami – Bóg ma poczucie humoru i potrafi odmienić i wyprostować najbardziej pokręcone drogi życia (św. Franciszek, św. Ignacy i wielu innych) i z ich właścicieli uczynić ludzi po prostu świętych. Może dlatego, że są oni później jeszcze bardziej wiarygodni? Piotra zaś rola była wyjątkowa – on miał być pierwszym, który stanie na czele Kościoła, można powiedzieć: od Piotra zależało, co się z tym Kościołem stanie (może nie do końca – w końcu jest też Duch Święty, ale instytucjonalnie całkiem sporo). Przyjął, otworzył się na swoje powołanie – bycia pasterzem owiec i baranków. Ostatecznie wybrał, poszedł za Jezusem.

Jaki z tych słów płynie morał dla nas? Ano taki, że Jezus przychodzi do każdego, często po wielokroć – co akurat nie oznacza, że można Go lekceważyć, wychodząc z założenia „ee, następnym razem”. Przychodzi tak, że często Go nie rozpoznajemy i tylko konkretny gest, znak, fakt powoduje, że wtedy – albo i po fakcie, później – orientujemy się, że to On sam do nas przyszedł. W różnej formie – w drugim człowieku, w słowie, w czymś co mamy tendencję nazywać zbiegiem okoliczności, czasami w cierpieniu (wtedy jest najtrudniej). Mówi się – jak trwoga, to do Boga – ale ten obrazek ewangeliczny pokazuje, że On także sam wyczuwa i staje obok, kiedy coś nie wychodzi – tak, jak tamtym nie wyszedł połów nocny. Przychodzi po cichu i podpowiada, coś tam sugeruje, naprowadza – nie, nie rozwiązuje wszystkiego sam, nie rozplątuje mieczem węzłów gordyjskich, ale wskazuje, jak do rozwiązania dojść. Tylko najpierw trzeba się otworzyć, chcieć Go zauważyć, dalej posłuchać i wysilić się, aby zrozumieć. Bo bardzo często rozwiązanie jest o wiele prostsze, niż by się wydawało – tylko że za mocno nie pasuje do naszej wersji, planów i zamiarów, więc to odrzucamy zupełnie bez sensu.

Poza tym, Jezus przychodzi w codzienności. Pewnie, dobrze jest czasami oddalić się, znaleźć czas na zadumę rekolekcyjną, oddech od tego, co zwykłe. Ale Pan przychodzi do człowieka w tym miejscu i sytuacji, gdzie on się znajduje – do każdego. Nie jak wróżka, wielki zły bóg, ale Bóg miłości, Bóg będący sam miłością – np. właśnie przysiadający się do posiłku, wsłuchujący się w ludzkie problemy, próbujący dyskretnie zwrócić uwagę: pogadaj ze Mną, powiedz co cię trapi, otwórz się – pomyślimy, nie zostawię cię samego, zaufaj Mi. Tak do bólu zwyczajnie. Bo – pozostając Bogiem, Stwórcą i Zwycięzcą, nie przestaje być człowiekiem i przyjacielem każdego człowieka.

Trzeba być jednak uczciwym – wobec siebie i Niego. Jeśli się na coś decydujesz – to bądź konsekwentny i trwaj w tym. Zaproszenie Boga jest ciągle aktualne, ale odpowiadanie na nie ma sens tylko wtedy, gdy jest to decyzja podjęta w pełnej wolności, a jednocześnie nie dla „świętego” spokoju, a z zamiarem rzeczywistej przemiany, budowania na Nim (jak ten słaby Piotr) jak na skale. Bóg cię traktuje jak najbardziej poważnie – a ty Jego?

Dodaj komentarz