LOADING

Type to search

Z dolnej zakrystii

kamil 21 września 2014
Share

Kiedy myślę o właściwym porównaniu, przed oczami staje mi centrum NASA przed wystrzeleniem kolejnego wahadłowca. Wszystko niby zapięte na ostatni guzik, niby każdy wie, co ma robić, ale emocje biorą górę. Im wyżej stoisz, im większa jest Twoja odpowiedzialność – tym bardziej drżą Ci kolana.

Tak właśnie się czuliśmy, gdy czekaliśmy na godzinę zero w dolnej zakrystii.

Kościół pod wezwaniem świętego Michała Archanioła w Sopocie ma dość specyficzną bryłę. Prostokątny, betonowy blok, przecięty tu i ówdzie ścięgnami okien i kolorowych witraży. Dwa kościoły, górny i dolny. Każdy ze swoją zakrystią, a pomiędzy nimi trzecia, pełna szaf. Miejsce przygotowania i oczekiwania nas – ministrantów.W czasie szczególnych świąt czekaliśmy właśnie tam, aż któryś z najstarszych lektorów zejdzie do nas i poleci wejść na górę, by ustawić się do procesji.

Oczywiście w tygodniu spędzaliśmy tam mniej czasu, wystarczyło powiesić kurtkę i ubrać komżę, potem zejść, sprawdzić kolor ornatu i dobrać kołnierz. W zimie trzeba było się spieszyć, żeby nie zamarznąć – dobry proboszcz podarował służbie jeden grzejniczek, nastawiony permanentnie na full turbo. Cisnęliśmy się przy nim niczym bezdomni z amerykańskich filmów przy płonących beczkach. A jednak przychodziliśmy, trwaliśmy i służyliśmy. Po kilku latach zacząłem się zastanawiać – dlaczego?

Dlaczego jako siedmioletni knyp w czasie kolędy zaczepiłem księdza o możliwość zostania ministrantem, obdarowując go zabawną anegdotką o wygadanym karyplu? Udało mi się odpowiedzieć na to pytanie. I zrobiło mi się bardzo wstyd.

Bo to nie jest dobry powód, by wstawać rano i służyć przy ołtarzu. To nie jest dobry powód, by dorastać w bezpośredniej bliskości Tajemnicy, stopniowo dorastając do świadomości zaszczytu, do jakiego jest się dopuszczonym. To nie jest dobry powód by poznawać fantastycznych ludzi działających w Kościele, świeckich i duchownych. To nie jest dobry powód, by zostać na zawsze wśród znajomych skojarzonym z Kościołem i odpowiadać jeszcze bardziej niż „zwykły ” katolik za jego dobre imię.

Bo ja chciałem być kimś. Patrzyłem ciekawie na tych ładnie ubranych – wyjątkowych! – chłopaków, którzy robili różne rzeczy w czasie mszy. Też zachciałem taki być. Być tam, gdzie coś się dzieje. Zadziwiająca arogancja u dziecka, prawda?

A jak mogłaby się rozwinąć, gdybym nie został ministrantem i nie nauczył się przez te kilkanaście lat odrobiny służebnej pokory?

Strach pomyśleć.

1 Komentarzy

  1. Mateusz Berger 26 września 2014

    Pokora i dystans do siebie to również przywoływanie sobie temu podobnych anegdotek z przeszłości ;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz