LOADING

Type to search

Wielkie otwarcie

Kasia Węglarczyk 18 marca 2014
Share

Do dziś pamiętam tę spowiedź, choć minęło wiele lat, wiele rozmów, wiele wyznań. Zadałam wtedy jedno z najtrudniejszych pytań w moim nastoletnim wówczas życiu. Czy przebaczyć to znaczy także przestać cierpieć? Nie śpieszył się z odpowiedzią, ale był jej pewien. Popatrzył na mnie z powagą i powiedział krótko, nie tłumacząc: tak, ostatecznie tak.

Nie spodziewałam się tego. Nie planowałam nawet o to pytać, nie po to przyszłam. Umówiłam się – z dala od kratek konfesjonału, inaczej niż zwykle, z kimś kto był dla mnie autorytetem, jednym z nielicznych – żeby mieć trochę czasu dla siebie, wyjątkowego, zarezerwowanego specjalnie na moje duchowe potrzeby. Przeżywałam w końcu bolesne – nie pierwsze, ale pierwsze tak poważne – rozczarowanie drugim człowiekiem. Więc może po prostu pragnęłam, żeby ktoś się nade mną poużalał, z perspektywy czasu muszę to bezlitośnie przyznać. A on nie, skubany, i jeszcze tak mnie poprowadził w tej dziwnej skupionej rozmowie, że na własne życzenie usłyszałam to, czego słyszeć nie chciałam. Wprost, bez żadnych zabiegów łagodzących.

Ta odpowiedź jakoś we mnie utkwiła, choć jej sens dotarł do mnie dopiero kilkanaście lat później, przy okazji innego spotkania. Tym razem nie spowiednik, lecz terapeutka. I nie odpowiedź, lecz pytanie. Niezwykle brutalne. Dlaczego pani chce cierpieć? Co pani to daje?

To fakt: nieraz załatwiamy sobie przy pomocy cierpienia różne sprawy. Nie mówię o fizycznej chorobie, raczej o rozpamiętywaniu doznanych krzywd. Można w ten sposób obejść własne kompleksy, poczuć się ważniejszym, pomanipulować trochę otoczeniem, umiejętnie sterując cudzą litością i poczuciem winy. Ale żeby tak prosto z mostu imputować mi, że ja chcę cierpieć? Jakby to był mój wybór? Jeśli ktoś mnie zranił, przeżywam stratę, osamotnienie, to naprawdę nie są miłe doznania. Ktoś, kto miał być zawsze wierny, zdradza. Ktoś, kto był tak blisko, odchodzi. Ktoś, z kim dzieliłam najważniejsze wartości, wybiera inną drogę. Niewyobrażalne staje się nagle realne. Pewnie, że wolałabym tego nie przeżywać. Nie jest jednak łatwo zapomnieć, przejść do porządku dziennego nad czymś, co tak boli.

Fot. Anna Michalska

Fot. Anna Michalska

Mimo wszystko wzięłam sobie do serca to pytanie, choć zdało mi się nieco obraźliwe. Może czułam, że to trwa zbyt długo. Za długo roztrząsam stare sprawy, za bardzo wstecz się oglądam. Więc po co cierpię, co mi to daje? Myślę, że czasem po prostu wygodnie jest chwycić się swojego zranienia, żeby nie pójść dalej. Przyzwyczajam się do niego, oswajam je, czynię moim sposobem na życie. To wcale nie znaczy, że mi z tym dobrze, przeciwnie. Męczę się, ale w bezpiecznych, znanych ramach. Wolę trzymać się starej biedy, która przynajmniej nadaje mi jakiś kierunek, niż wypłynąć na nieznane wody. Każde przebaczenie jest przecież nowym otwarciem. Nie wiadomo, co ono przyniesie. Trochę strach. A nieprzebaczenie – zapewnia mi klarowną tożsamość, status pokrzywdzonego.

Nie jest takie oczywiste, jak by się wydawało, że chcę być szczęśliwa. Jezus, zanim uzdrowi chromego nad sadzawką, pyta: czy chcesz być zdrowy? Co to za pytanie – chłop leży tam trzydzieści osiem lat, czeka na cud, nie ma nawet siły dowlec się do sadzawki, ale czeka, jest tam – jasne, że chce! Często myślę o tym chromym, to mój nieoficjalny patron. Jezus pyta: czego chcesz? Chce usłyszeć świadomą odpowiedź. Chce, aby ten człowiek poczuł własne pragnienie, pragnienie wolności, życia w pełni, bo może przez te wszystkie lata zdążyło już przygasnąć? Może leży tam tylko z przyzwyczajenia, ospały, pozbawiony nadziei? Może już w ogóle nie chce wyzdrowieć? Leżał prawie czterdzieści lat i nagle musi wstać, zrobić krok – na pewno się boi. A gdyby tak machnąć ręką? O tym właśnie mówię, to w sobie wtedy odkryłam: lęk przed układaniem sobie życia od nowa bywa silniejszy niż pragnienie uzdrowienia.

W ten sposób jednak zaczynam definiować siebie poprzez moje rany, stając się ich zakładniczką. Oddaję władzę nad swoim życiem złu, śmierci, nicości, które w istocie hołubię. Ostatecznie stawką jest zatem wolność – nie tylko drugiej osoby, której nie pozwalam odejść w pokoju, ale moja własna. Przebaczenie jest w tej perspektywie uwolnieniem. To coś więcej niż przestać mieć żal. To przestać kurczowo trzymać człowieka, który mnie zranił, i przestać kurczowo trzymać się tej rany. Znaleźć inny pomysł na siebie niż ona, odważyć się ją porzucić, bo nie można ruszyć w podróż, nie puszczając poręczy schodów. Jeśli przebaczam, nie robię tego w geście jakiejś duchowej „łachy”, po to, by ten drugi znał moją hojność. Ja w tym momencie walczę o to, kim jestem.

Mam świadomość, że o własnych siłach łatwo tę walkę przegrać. Jednak Jezus umarł i zmartwychwstał; śmierć nad Nim nie ma już władzy. A skoro tak, nie ma też władzy nade mną. To nie jest jakiś tam oderwany frazes. To ma bardzo konkretne egzystencjalne znaczenie: to znaczy, że zło w moim życiu nie jest rzeczywistością ostateczną. I jeśli w każdym cierpiącym spojrzeniu człowieka jest Jezus ukrzyżowany, to w każdym spojrzeniu przebaczającym – Jezus zmartwychwstały.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz