LOADING

Type to search

Wielbłąd w uchu igielnym. Czy pieniądz jest Twoim wrogiem?

Agnieszka 27 sierpnia 2013
Share

Ewangeliczna historia bogatego młodzieńca, który przychodzi do Chrystusa po radę, jak się zbawić (Mt 19, 16-29), przyjęta dosłownie i wyjęta z dalszego kontekstu łatwo może ulec zniekształceniu i wywołać lęk przed gromadzeniem dóbr materialnych. Tymczasem, jak sama nazwa wskazuje, są to dobra. To nie ich posiadanie może stanowić przeszkodę duchową, lecz nadmierne przywiązanie do nich, w myśl zasady gdzie skarb twój, tam serce twoje (Mt 6, 21). Można być człowiekiem zamożnym i dojść do świętości. Przykłady znajdujemy choćby w osobach kanonizowanych i beatyfikowanych królów oraz książąt.

Jak więc rozumieć tę Chrystusową naukę? Tak oto, że nie ma nic złego w pracowitości i zaradności, które owocują dużymi wpływami majątkowymi. Nie jest również niczym nieprawidłowym przekazywanie takich dóbr w spadku kolejnym pokoleniom. W dalszej części Mateuszowej Ewangelii Jezus wyjaśnia, że chodzi o zdolność do wewnętrznego opuszczenia takich dóbr, tak samo jak osób bliskich (braci, sióstr, ojca, matki, dzieci, ale także pola). Dlatego Nauczyciel mówi do Swoich uczniów: „[…] każdy, kto ze względu na Mnie (czyli stosując się do nauki Chrystusa – przyp. A.Ż.) opuści dom […], stokroć więcej otrzyma i będzie miał udział w życiu wiecznym” (Mt 19, 29).

Na czym zatem ma polegać owo ewangeliczne opuszczenie? Na takim uporządkowaniu hierarchii wartości, które umieści dobra materialne na właściwym im miejscu (za osobistym rozwojem psychiczno-duchowym czy choćby zdrowiem, nadwyrężanym przez pracoholików). Następnie na wyrobieniu w sobie takiego dystansu do majątku, że nie będzie zbytnio „bolała” jego utrata wskutek zdarzenia losowego czy podzielenia się własnymi dobrami z innymi. Do tego właśnie Chrystus zachęcał bogatego młodzieńca: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj swój majątek i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem wróć i chodź za Mną” (Mt 19, 21).

Ewangelista odnotował, że młodzieniec odszedł zasmucony tym, co usłyszał. A nie usłyszał przecież zachęty, by spieniężyć cały majątek, niczego sobie nie pozostawiając. Nie usłyszał również rady, by uzyskanymi tą drogą pieniędzmi podzielić się z obcymi. A może ubogich znalazłby we własnej rodzinie? Jezus chciał pouczyć go w sprawie dwóch ważnych aktów woli: nabycia stałej gotowości do rozstania się z tym, co przyziemne, a zatem tym, co trzyma przy ziemi (warunek konieczny dobrej śmierci), a także uzyskania zdolności do dzielenia się z innymi tym, czego posiada się w nadmiarze. Z tym drugim aktem związana jest przemiana mentalna, polegająca na uznaniu, że powodzenie finansowe, które przynosi dobra praca, jest dobrem od Boga danym po to, aby podzielić się nim z potrzebującymi. Tak myślący i postępujący „wielbłąd” jest w stanie przejść przez ucho igielne.

Istnieją środowiska, które nie widzą miejsca we wspólnocie wiernych dla osób zamożnych. A przecież Kościół powinien gromadzić i paść duchowo wszystkie owce, również te, którym powodzi się finansowo. Nikt nie ma prawa utożsamiać wiernych jedynie z osobami ubogimi, które ledwo wiążą koniec z końcem. Nie tylko „bogacze” potrzebują Kościoła, także Kościół potrzebuje oddanych „bogaczy”, wcale nie tylko w kontekście planowanego odpisu podatkowego na cele sakralne. Potrzeba mniej wytykania palcami osób majętnych, a więcej akcji w rodzaju „Rekolekcji wielkopostnych dla ludzi biznesu” przeprowadzanych przez ks. Jacka Stryczka. Ci, którym finansowo się wiedzie, mogą wesprzeć dobrą radą mniej zaradnych, tak, aby ideały naszej wiary znajdowały odzwierciedlenie zarówno w sferze sacrum, jak i profanum.

 

 
Następny artykuł

Dodaj komentarz