LOADING

Type to search

Wiara na mundialu

Eryk Markowski 9 lipca 2014
Share

Wielu z nas ma problemy ze świadectwem. Tłumaczymy się tym, że „co sobie ludzie pomyślą” lub po prostu wewnętrznie coś nas blokuje. Szukamy wtedy wzorców, ludzi, którzy odważnie i śmiało przyznają się do Chrystusa. Wczoraj w godzinach nocnych, oglądając telewizję mieliśmy przykład takiej prawdziwej wiary. 

8 dzień lipca, rok 2014, godzina 22:00. Rozpoczynamy pierwszy półfinał tegorocznych Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Gospodarze, czyli Brazylijczycy, podejmują naszych zachodnich sąsiadów – Niemcy. Spotkanie od początku jest zapowiadane jako niesamowicie wyrównane, spotykają się w końcu dwie najbardziej utytułowane reprezentacje na świecie. Większość osób wieszczy dogrywkę, może rzuty karne. Brazylia do spotkania podchodzi osłabiona brakiem dwóch kluczowych dla tej reprezentacji zawodników – kapitana Thiago Silvy oraz Neymara. Niemcy wręcz przeciwnie – trener ma do dyspozycji wszystkich piłkarzy.

W końcu wybija godzina 22:00, słyszymy pierwszy gwizdek sędziego – ruszyli! Nie mam zamiaru relacjonować przebiegu całego meczu, napisano już o tym bardzo wiele. Ci, którym czasem zdarza się obejrzeć jakiś mecz wiedzą, że niektórzy piłkarze, szczególnie z krajów afrykańskich i latynoamerykańskich wychodząc na murawę robią znak krzyża, klękają, rozkładają ręce. Krótko mówiąc – modlą się. Nie przejmują się tym, że na stadionie obserwuje to 60 tysięcy osób różnego wyznania, że przed telewizorami zasiada parę MILIONÓW ludzi. Oni po prostu zawierzają siebie, mecz, kolegów i przeciwników Bogu. Dla mnie zawsze to było wyjątkowe świadectwo wiary. Jednak to, co zrobili wczoraj niektórzy Brazylijczycy wręcz mnie urzekło. Ale do rzeczy.

Przypomnę tylko wynik meczu – Brazylia przegrała z drużyną Niemiec aż 1:7. I przegrała zasłużenie. Jednak nie o tym chciałem pisać. Brazylijczycy podbili moje serce tym, że gdy przegrywali 0:6,0:7 to nie poddawali się. Walczyli chociaż o tego jednego, „honorowego” gola. I udało im się to zrobić. Po końcowym gwizdku sędziego kamery pokazały nam jednak to, co sprawiło, że dla mnie Brazylia wcale nie przegrała. O co chodzi? Zobaczcie sami.

Brazylia 1

 

Widzimy tu kapitana reprezentacji Brazylii Davida Luiza oraz pomocnika Luiza Gustavo, którzy po pogromie jaki sprawiła im reprezentacja Niemiec, nie uciekli przed gwizdami własnych kibiców do szatni zawstydzeni. Zwrócili się w najlepszą stronę. Oddali wszystko Bogu. Za to mają mój ogromny, dozgonny szacunek.

Wpis zakończę pytaniem do własnego sumienia – jak często ja wstydzę się w autobusie przeżegnać przejeżdżając koło kościoła? Jak często wstydzę się modlić publicznie? Jak często nie chce mi się nawet w domu, we własnym pokoju, porozmawiać sam na sam z Ojcem?

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

3 Komentarzy

  1. Adrian Wawrzyczek 10 lipca 2014

    Szacun dla D. Luiza!

    Odpowiedz
  2. Mirek 10 lipca 2014

    Próbując przezwyciężyć ten niby strach przed przeżegnaniem się w autobusie, watro zadać sobie pytanie „Czy nie jestem już jak ten obłudnik – przybierający ponurą minę gdy pości”. Bo co to za świadectwo gdy żegnasz się nabożnie siedząc w autobusie podczas gdy wokoło inni stoją? Moim zdaniem przed daniem takiego „świadectwa” warto rozejrzeć się dokoła, aby nie szukać Boga w mijanym właśnie kościele tylko w twarzach ludzi, którzy stoją tuż obok mnie. Nie chcę się licytować (Boże oświeć mnie jeżeli się mylę) ale dla mnie ustąpienie miejsca komu innemu znaczy dużo więcej niż nabożnie „machnięty” znak.

    Odpowiedz
    1. Eryk Markowski 11 lipca 2014

      Zgadzam się, że lekką hipokryzją byłoby przeżegnanie się przejeżdżając autobusem koło kościoła, gdy obok nas stoi np kobieta w ciąży. Takie drobne gesty świadczą o tym, co człowiek ma w środku, czy żyje drugą częścią przykazania miłości „a bliźniego swego jak siebie samego”.

Dodaj komentarz