LOADING

Type to search

Wiara na Alasce – okiem Europejczyka

PIOTR KUKOWKA 5 lutego 2019
Share


W niedalekiej przeszłości miałem okazję wybrać się do Ameryki i spełnić swoje marzenia. Od dziecka oglądało się Stany Zjednoczone poprzez filmy, programy, dokumenty, ale nigdy nie miało się okazji przekonać jak ten świat wygląda naprawdę. Wreszcie nadarzyła się okazja. Pojawiła się możliwość skorzystania z amerykańskiego programu dla studentów Work & Travel i polecieliśmy z grupą przyjaciół spełnić swoje marzenie z dzieciństwa!

Lecimy do Nowego Świata!

Cała wyprawa w jedną stronę trwała ponad 26h. Lecieliśmy z Katowic, przez Frankfurt, San Francisco, Anchorage i docelowo do małej miejscowości Girdwood na Alasce. Pierwsze wrażenia to niedowierzanie, że naprawdę już tam jestem. Pamiętam jak przed wylotem parokrotnie śniło się, że nareszcie doleciałem, ale potem te uczucie, że to tylko sen… Drugie wrażenie to zaskoczenie, co do odbioru ludzi. W europie wydaje się, że ludzie są poważni, zamknięci w sobie, w miejscach publicznych – służbiści. A przylecieliśmy to czuć, że to jest inny świat, jak to mówią „Nowy Świat”. W pewnym miejscu na lotnisku nie umieliśmy się chwilowo odnaleźć, to od razu ktoś z obsługi lotniska podszedł, porozmawiał, chciał pomóc, luźne sformułowania ‘okey dokey’, miłe słowo na pożegnanie – dla mnie to niespotykane w europie.

Hi! How are you?

Z miejsca gdzie mieliśmy przebywać przyjechał starszy Pan specjalnie po nas. Sympatyczna rozmowa i otwarte serca – to nasze ‘pierwsze wrażenie’. Ludzie tamtejsi żyją nieśpiesznie, poświęcają sporo czasu dla drugiego człowieka i na podziwianie dziewiczej natury. Zaskakujące było też to, że mieszkańcy Alaski zauważali człowieka. Tak po prostu. Każdego napotkanego człowieka traktowali jako kogoś ważnego, któremu warto poświęcić chwilę. Niezależnie czy jest się obcokrajowcem czy tutejszym rozmowa wyglądała podobnie. Idąc chodnikiem nie było sytuacji by się minąć bez pozdrowienia ‘Hi, how are you’…

Sacrum na Alasce

W niedziele chodziliśmy na jedyną katolicką Mszę świętą w tym dniu, do malutkiego drewnianego kościoła. Fakt, jak ze statystyk wynika, katolików nie ma za wiele w Stanach, ale kościół nie był pusty. Wnętrze kościoła było urokliwe. Pomimo, że skromne było czuć, że to miejsce święte. Siedząc w ławkach spoglądało się w stronę niewielkiego ołtarza, a nad ołtarzem zamiast witraży, ogromna szyba do samego sufitu.  Przez to wielkie okno rozpościerał się widok na ogromne i majestatyczne góry pokryte lodowcami. Miało się uczucie, że Msza święta odbywa się na łonie natury, w centrum  boskiego stworzenia. Czasami nawet dało się zobaczyć ‘rdzennych mieszkańców’ przechadzających się wokół świątyni – czarne niedźwiedzie baribale czy nawet łosie!

Oprawa muzyczna również byłą ujmująca, zawsze ktoś się znalazł kto grał nam pianinie albo gitarze. Spokojna muzyka przeplatana ciszą i spokojem to idealne warunki do przeżywania tajemnicy eucharystii.

Spotkanie z kapłanem

Mszę świętą odprawiali księża, którzy przyjeżdżali ze stolicy stanu – Anchorage. Zazwyczaj był to ojciec John, rodowity Amerykanin, ale też byli księża innej nacji, z Filipin albo Meksyku. Osobiście byłem zachwycony tym, jak księża prowadzili liturgię. Oczywiście nie chodzi mi tu o jakieś ‘fajerwerki’, a o spokój i pobożność w trakcie nabożeństwa. Liturgia słowa w innym języku była dla mnie nowym odkryciem. Język ‘biblijny’ angielski zupełnie inaczej brzmi niż powiedzmy ‘filmowy’ amerykański. Genialnie oddawał powagę Słowa Bożego. Jeśli ktoś posługuje się językiem obcym w przynajmniej komunikatywnym stopniu polecam z całego serca posłuchać albo przeżyć na żywo. Dlaczego? Ja poprzez język angielski zrozumiałem niektóre fragmenty Pisma świętego w głębszy sposób. Przykład: „i wszystko przez Niego się stało”  – w polskim myśleniu przychodzi na myśl, że On – Bóg – jest przyczyną wszystkiego. A w angielskim jest użyte słowo through – co można rozumieć jako, to że stworzenie przez Niego się stało i w Nim ma istnienie. Taka moja interpretacja, w twardej teologii nie czuję się silny.

Kazania księży zawsze polegało na analizie całej niedzielnej liturgii słowa. Nie było to samodzielne wydumane przemyślenia kapłana, a tylko drobiazgowe pochylenie się na treścią Słowa Bożego. Tego myślę nam może czasami brakować w naszych lokalnych parafiach. Kapłan objaśniając poszczególne czytania zawsze umiejętne przenosił je na amerykańskie realia. Przykład, skoro uważamy się za chrześcijan, nadawajmy naszym dzieciom również chrześcijańskie imiona. Dla mnie to było zaskoczeniem, bo u nas do niedawna nie było z tym kłopotu, a oni mają jednak temat do przemyślenia. Byliśmy tam w okresie Bożego Ciała. Ksiądz próbując opowiedzieć o wspaniałości tego święta, poprosił nas, żebyśmy opisali jak w Polsce odbywają się obchody tego święta. Byli zaskoczeni, że tak barwnie i radośnie przebiegają procesje w Polsce, dzieci rzucają polnymi kwiatkami, odwiedzamy barwne ołtarze zbudowane przez lokalną społeczność. U nich takich celebracji raczej nie doświadczysz.

Znak Pokoju po amerykańsku

Znamy Amerykanów z ich ekspresyjnej religijności. Niektórzy podśmiewali się, że w ich (protestanckich) kościołach się tańczy i dużo generalnie się dzieje, a u katolików to tylko trzeba wstać, usiąść, wstać, usiąść czy uklęknąć – jak dla nich nuda. Fakt, w katolickim kościele jest spokojniej, choć i tak nieco inaczej niż w Europie. Na przykład w trakcie ‘znaku pokoju’ w Polsce podaje się rękę albo tylko spogląda na wiernych stojących obok. A niektóre amerykańskie małżeństwa przytulali się albo obdarowywali się skromnym pocałunkiem. W Polsce raczej by się to w głowie nie mieściło.  Nie mi oceniać co lepsze, ale ciekawe spostrzeżenie.

Po skończonej Mszy świętej ksiądz przy wyjściu ze świątyni starał się żegnać każdego z osobna, zamieniając parę miłych słów, dziękując za obecność. Bardzo mi się to podobało, wiadomo do zrobienia to jest tylko przy małej parafii, ale tak czy owak znakomicie scala to lokalną społeczność.

Wracaliśmy do kraju z poczuciem, że Ameryka – Alaska to interesujący kraj. Rzeczywiście sporo jest protestanckich odłamów Kościoła, ale mieliśmy wrażenie, że jest mniej ludzi wrogo nastawionych do wiary niż w Europie. Można wytykać amerykanom różne niedoskonałości, ale ciężko im odmówić, że to ludzie pozytywni. Liczę, że kiedyś będę mieć możliwość tam wrócić, cudnie tam było, każdemu polecam się przekonać o tym samodzielnie.

1 Komentarzy

  1. Jakub 20 lutego 2019

    Alaska, our wonderland. God bless you Peter.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz