LOADING

Type to search

W Watykanie straszą, a na plebanii rock’n’roll

Brol 4 marca 2013
Share

Każda prasa rozwodzi się ostatnio nad ustąpieniem Benedykta XVI z tronu Piotrowego i wyborem nowego papieża. Teraz szczególnie spekulacje przybierają na sile, bo sede vacante ("bezkrólewie") pobudza do marzeń, pt. "Kogo chciałbym zobaczyć w białym kubraczku". Z jednej strony słychać rozpaczliwy krzyk i modlitwy, żeby tylko papież nie był czarny, z drugiej – byle nie Włoch. Pierwsza opcja oznacza bowiem koniec świata (chociaż już kard. Ratzinger groził nam czarnoskórym człowiekiem w herbie), natomiast Ojciec Święty ze słonecznej Italii niesie ryzyko hermetycznie zamkniętego chrześcijaństwa w Europie, której stolicą stałyby się Włochy.

Pisząc ten post, wyglądam przez okno i widzę szary dym. Nowy papież? Nie, to sąsiad pali w piecu. Przez chwilę siedziałem wbity w krzesło, jak zabawka w kinder niespodziankę. Wizja nagłego wyboru Ojca Świętego przeraziła mnie nie tylko dlatego, że jedynym członkiem konklawe był mój sąsiad. Przestraszyłem się decyzji, która zmieni świat. Jeśli papieżem zostanie kandydat z północy, znowu biedne południe zostanie zaniedbane; jeżeli w Watykanie zasiądzie kardynał z południa, kto zatrzyma fale laicyzacji i sekularyzacji w Europie? Po krótkim namyśle doszedłem jednak do zbawczego wniosku. Przecież na piedestale Kościoła nie powinien stać następca św. Piotra, ale sam Kościół. Czyli kto?

Co najmniej raz na 6 lat każda parafia w Polsce powinna być wizytowana przez biskupa przełożonego. Tak też się stało przed kilkoma dniami w okolicznych kościołach mojego rejonu. Poszedłem więc rozentuzjazmowany na mszę powitalną, z nadzieją doświadczenia czegoś nowego. Może biskup przemyci przy okazji jakąś ważną informację nt. wyboru przyszłego papieża, choćby po łacinie. Ceremonia się rozpoczęła. W niektórych momentach wierni, nie znając rytuału, siedzieli zamiast stać. Wtedy cały spocony ksiądz proboszcz przynaglał ich ręką zza pleców biskupa. Nie ma się czemu dziwić – pomyślałem. W końcu to jego przełożony. Stałem jednak niespokojnie, nie mogąc doczekać się kazania. Dlatego, gdy nadszedł upragniony moment, nastawiłem wszystkie swoje receptory na księdza biskupa, by wyłapywać słowa jak tarcza antyrakietowa pociski. I szok.

"Musicie naśladować ufność Maryi, wiarę Setnika i miłosierdzie Jezusa" (czyt. jadąc w jednym zaprzęgu z Bogiem, oddać Mu lejce; nie bać się niczego, bo Stwórca może wszystko – wystarczy poprosić; pomóc leżącej koleżance lub koledze wstać – jeśli upadnie ponownie, pofatygować się z pomocną dłonią raz jeszcze). Biskup z surową twarzą okazał się całkiem niezłym kaznodzieją. Jeśli takie mądrości głosi na kazaniu, to wyobrażam sobie jaki rock'n'roll musiał panować na plebanii. Następnie zaczyna dziękować parafianom za każdą pracę włożoną w rozbudowę terenu kościelnego. Mówi o każdorazowym akcie dokładania duchowej cegiełki do budowania Kościoła. Uświadamia, że my, chrześcijanie, jesteśmy ważni. My tworzymy Kościół na świecie, dlatego On ciągle istnieje. W pewnym momencie poczułem się jak członek rodziny Adamsów. Każdy z nas jest inny, czasem dziwny, ale wszyscy tworzymy jedność, wspólnotę. Pożałowałem, że nie wziąłem ze sobą dyktafonu.

Gdzie Watykan, konklawe, Benedykt? Zastanowiło mnie to, chociażby dlatego, że mszę odprawiano w podziękowaniu za pontyfikat niedawnego papieża. Mimo wszystko poczułem ulgę. Dosyć spekulacji, przewidywań, kręcenia geograficzną butelką "na kogo wypadnie". Przynajmniej w mojej głowie musi zapanować spokój. Pomoże mi on budować prawdziwą relację z Kościołem, opartą na oddolnej pracy. Natomiast tych, co są na górze, zostawiam Temu na górze. Amen.

Następny artykuł

Dodaj komentarz