LOADING

Type to search

W górach jest łatwiej

Kasia Węglarczyk 4 kwietnia 2014
Share

Paradoksalnie, jak to czasem bywa z dobrymi rzeczami, zaczęło się od tragedii. Dwóch górali wyszło, by wyrąbać lód z jeziora na potrzeby schroniska. Z Miedzianego Wierchu zeszła lawina. Nie wrócili.

więcej na: matkaodpowrotow.pl

Fot. Piotr Pałka

W miejscu, z którego wyruszyli, nad samym Morskim Okiem, ich bliscy ufundowali niewielką kapliczkę. Dla upamiętnienia tej tragicznej śmierci, a może raczej tych ludzi, których kochali – ale także po to, aby inni wychodzący stąd w góry mogli zawiesić na niej wzrok i przypomnieć sobie, że mogą prosić, mają kogo. Prosić o szczęśliwy powrót.

Dla wielu przygoda z Mokiem też zaczyna się od jakiegoś trudnego doświadczenia – osobistej tragedii, życiowych zawirowań czy po prostu zmęczenia. Przyjeżdżają w góry, żeby dojść do siebie, coś przemyśleć, albo przeciwnie – od kogoś uciec, coś zapomnieć. I trafiają na ten mały, ale pojemny skrawek ziemi pod starą limbą, który znosi i mieści jakoś stopy każdego przechodnia, przyjmując go i czyniąc swoim, bez żadnej selekcji. Te stopy są czasem w solidnych górskich butach, a czasem w klapeczkach, wiadomo; ich właściciele, szarzy ludzie i wielcy tego świata, doświadczeni wędrowcy i zdyszane mieszczuchy, ciągną tu z plecakiem, różańcem albo puszką piwa w ręku. Wszystkich ta gościnna ziemia przyjmuje.

Tak było dwadzieścia lat temu, gdy spontanicznie rodził się kult tej skromnej górskiej patronki, i potem, gdy się rozwijał. Nikt nie dobierał specjalnie ludzi, którzy się w to angażowali. Zjawiali się sami w odpowiednim momencie, gdy trzeba było w czymś pomóc, coś załatwić, wyremontować, napisać, sfotografować, skomponować. Trudno się doszukiwać w tej procesji dobroczyńców jakiegoś rozumnego klucza, a na pewno nie klucza osobistej świętości. Są wierzący i niewierzący, szukający drogi. Ktoś ich tu jednak sprasza, i to sprawa między Nim a nimi. Jakoś znajduje do nich drogę, dla nas niepojętą. Ale drogi Jego nie są naszymi drogami.

I tak jest dziś, gdy doroczne spotkania pod kapliczką to już stały punkt programu (w październiku Matka Boża od Szczęśliwych Powrotów – bo takie miano w międzyczasie przybrała – ma swoje lokalne liturgiczne wspomnienie). Nie wiadomo do końca, kto przyjedzie, a różni bywają. Naukowcy, artyści, studenci, rodziny z dziećmi, ludzie gór. I często po wszystkim nie wiadomo też, co działo się w sercach tych, którzy byli. Z niektórymi znamy się od lat, inni przemykają tylko jakby mimochodem i ruszają w swoją stronę. Inicjatorzy spotkań nie mają rozbuchanych ambicji duszpasterskich. Stwarzają pewne ramy: ustalony termin, msza o danej godzinie, czas na rozmowy, dużo muzyki, no i oczywiście kultowa szarlotka. Resztą – całą rzeczywistą treścią spotkania, czyli tym, co w ludziach głęboko – zajmuje się Ktoś inny. I choć jest fajnie, to przecież fajnie jest w wielu miejscach, a jednak Moko ma w sobie coś wyjątkowego. Nie wiemy tak dokładnie, co.

Czasem, nieraz po latach, słyszymy historie – niby proste, ale niewiarygodne, niepozorne, ale cudowne. Jestem przekonana, że gdyby tak popytać, tych opowieści byłoby mnóstwo. Modlimy się o dobre powroty z gór, ale też o dobre powroty w górach. Potrzebujemy wracać: do zdrowia, do siebie, do Boga. Powracać do wartości, od których odeszliśmy przez zaniedbanie czy niewierność. Powracać do pierwotnych pragnień, wyborów, których dokonaliśmy, zanim wygasła gorliwość. Powracać do talentów, które przysypaliśmy, codzienne rozmieniając się na nieznaczące bzdury. Powracać do drugiego człowieka, któremu odmówiliśmy czasu i czułości. Te wszystkie powroty, prośby o nie i uzyskane odpowiedzi stanowią prawdziwą historię kapliczki. Bo powrót nie zawsze jest cofaniem się, bywa krokiem naprzód.

Moko, październik 2013 r.

Fot. Gosia Jurasz

Lubię z tego miejsca patrzeć na panoramę Tatr i rozpościerające się u ich stóp jezioro. Jak miasto jest środowiskiem naiwnej wiary w potęgę człowieka, tak góry pomagają przywrócić proporcje, spojrzeć trzeźwiej. Szczególnie lubię, gdy gromadzimy się wokół głazu, na którym sprawowana jest Msza św. Czasem musimy trochę poczekać, gdy jest kolejka chętnych do spowiedzi. Rozmawiamy o tym, że wyjście z sakramentami w obszar stworzenia wymaga wielkiej odwagi. Pierwszy na to zdobył się niegdyś Wojtyła, wyczuł tę potrzebę otwarcia, wyjścia z sacrum poza mury. Dziś, dla nas to jeszcze ważniejsze. I dobrą patronką na te czasy – nieprzytomnie pędzące, rozedrgane – jest cicha Matka Powrotów.

Zawsze byłam odrobinę sceptyczna wobec „obrazów łaskami słynących”, czy wobec samego tego określenia. Dlaczego przez jeden, choćby najpiękniej pomalowany czy wyrzeźbiony kawałek drewna Bóg miałby bardziej działać? W takich miejscach, jak Moko zaczynam jednak rozumieć, o co chodzi. Są przestrzenie szczególnie pobłogosławione, gdzie Jego obecność bardziej namacalnie się odczuwa. Ona nawarstwia się tam przez doświadczenie dobra, przez dziesiątki tych małych historii ludzi, którzy zaznali tam Jego ingerencji. W takich miejscach łatwiej jest wierzyć i szczerze prosić. I chyba w tym tkwi rzeczy sedno.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz