LOADING

Type to search

W-art- O być Bożym Szaleńcem!

27 lutego 2018
Share

Co łączy Stacje7 i aktorkę? To pytanie przyszło do mnie jako pierwsze i nim pozwolę sobie zainaugurować mój pilotażowy tekst na tym wyjątkowym blogu. W odpowiedzi chciałabym usłyszeć : Boży pierwiastek. Jak jest naprawdę? Nie mi oceniać. Tymczasem zapraszam w podróż „Bogu-blogującą” – ufając, że warto.

Jeszcze chwilę temu trudno byłoby mi uwierzyć, że zostanę blogerką. Niezbadane są wyroki boskie:-)  To hasło mogłoby przyświecać całemu mojemu życiu. Tyle jest istotnych wydarzeń do opisania a ja postanowiłam zacząć od historii o sobie… Mam nadzieję, że to pierwszy raz  i zarazem ostatni. W sercu na egocentryczne myśli o auto- artykule , szumi głos sumienia: „wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje”»(1 P 5, 5).
Dzielę się osobistym świadectwem drogi,  mając nadzieję, że wszystko co robię ma głębszy sens – nie tylko dla mnie.
„Słowa, słowa, słowa..”, że wyjmę Hamletowi z ust to przesłanie a na kontrze dostaję: „na początku było Słowo a Słowo było u Boga” (J 1).

Zacznijmy opowieść, podejmując próbę szacunku dla słowa. Nie będzie to łatwa ścieżka. Przecierajmy szlaki. Wychowałam się na podlaskiej wsi, wśród lasów i łąk,  nad rzeką… Najbliższy teatr był oddalony ok 40 km od rodzinnej miejscowości. Miłością do teatralnej rzeczywistości – pośród tej sielskiej scenerii nadnarwiańskiej osady – zapałałam już od dziecięcych lat. Najpierw występowałam m.in.  jako Maryja w Jasełkach, samą zawodową scenę zobaczyłam jednak zdecydowanie później. Pierwsze recytacje przy tablicy na lekcji polskiego, szkolne akademie, przedstawienia … Pomimo aprobaty nauczycieli i większości kolegów zdarzały się momenty trudne, kiedy wbrew niezrozumieniu niektórych sięgałam po światło Melpomeny, które przyciągało mnie ku sobie. Poszłam za nim.  Po drodze, która do łatwych nie należała – dostawałam znaki Boskiej obecności. Pisząc pracę magisterską na Wydziale Sztuki Lalkarskiej  w Białymstoku (filia Akademii Teatralnej w Warszawie) wybrałam temat mało zawodowy – patrząc nań środowiskowym spojrzeniem: „Teatr wewnętrznej prawdy Karola Wojtyły. Na rozdrożu wyborów między aktorstwem i kapłaństwem”.  Jak był mi bliski ten wątek papieskiej biografii, wiem prawdopodobnie tylko ja i Ten, który mnie Sobie taką wymyślił.

Jeszcze na ostatnim roku studiów zagrałam premierę w Teatrze Powszechnym w Radomiu, po czym wyjechałam – jak to stwierdziła moja babcia -„na koniec świata” czyli do Zielonej Góry. Teatr Lubuski to ważne miejsce na mojej zawodowej mapie.  Zanim tam trafiłam odrzuciłam jeszcze propozycję jednej ze szczecińskich scen, która akurat „potrzebowała takiej buzi”. Tymczasem w Zielonej Górze było … zielono pod wieloma względami ;-) Otwierały się nowe horyzonty. Pracowite wakacje 2005.

W mieście znajdował się kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Tam modliłam się m.in. kiedy przed samą obroną wspomnianej wcześniej pracy magisterskiej – ta – wysłana pocztą zaginęła. Finał historii był szczęśliwy dla mnie. Jednak tego samego dnia 30 września 2005 r. , maturzyści z I LO w Białymstoku jadąc na Jasną Górę ulegli śmiertelnemu w skutkach wypadkowi. To tragiczne wydarzenie wyryło się piętnem w mojej pamięci na zawsze. Wychodziłam wówczas z Akademii Teatralnej, po szczęśliwej obronie pracy magisterskiej. Dlaczego łączę te dwa fakty? Oprócz funkcjonującej obok siebie świadomości różnorodności życiowych zdarzeń odnajduję analogię do swojej historii… Blisko rok później trafiam z teatralną koprodukcją spektaklu do Częstochowy. Miasto bliskie mi o tyle, że pielgrzymowałam po wielokroć (przez czternaście dni) z diecezji drohiczyńskiej w te strony, przed tron Matki Boskiej Częstochowskiej.

Do „świętego miasta” – jak zwykli niektórzy mawiać przyjechałam ponownie, już zawodowo w 2006 r. na chwilę… tylko na spektakl… Moment podjęcia decyzji odnośnie pozostania tu – był wyjątkowo trudny. Od tamtego czasu minęło już ponad 10 lat. Częstochowa stała się moim drugim domem, miejscem pracy twórczej.

Po drodze zagrałam wiele spektakli, kilka mniejszych ról telewizyjno-filmowych, podjęłam sporo wymagających zawodowych decyzji, które motywowane były moim wewnętrznym sumieniem, wyznawaniem wartości. Wyniosłam je prawdopodobnie z podlaskiego, rodzinnego domu, gdzie świat jeszcze nie zdążył stanąć na głowie.

Ponadto pracując nieprzerwanie na etacie w częstochowskim teatrze ukończyłam Krakowską Szkołę Filmu i Komunikacji Audiowizualnej/Szkołę Scenariuszową a także Terapię pedagogiczną z arteterapią na Wydziale Sztuki Akademii J.D. w Częstochowie. Wszystko po to, by (oprócz porywów serca) mieć merytoryczne podstawy pracując około terapeutycznie w przeróżnych środowiskach z jakimi dane mi było się spotkać. Działałam arteterapeutycznie naprawdę w wielu miejscach począwszy od kawiarni,  przedszkoli (państwowych, prywatnych), przez szkoły; podstawówki, gimnazja, licea – od artystycznego po mundurowe (uczniowie, nauczyciele), seniorzy, parafie, Młodzieżowe Domy Kultury (Częstochowa, Radomsko), biblioteki po najbliższe memu sercu placówki „wyższej potrzeby”. Te miejsca wynajdowałam sama, potem ludzie już mnie odnajdowali, zapraszali. To najwyższa nagroda za tego rodzaju pracę.

Na studiach arteterapeutycznych poznałam s. Alicję, służebniczkę. Pewnego razu  zapytałam czy mogłabym przyjść do dzieci z lalkami teatralnymi, których mam – dzięki uprzejmości p. L. Nagłowskiej – córki lalkarza – kilkadziesiąt w swojej kolekcji (to już osobna historia wędrującej lalkarki).

W ten sposób rozpoczęłam przyjaźń z Domem Małego Dziecka w Częstochowie. Przy okazji powstały „Bajkowe Jasełka”, happeningi – zwłaszcza godne uwagi, integracyjne: „Genesis – stworzenie świata” i „Tolerancja na świat/ło” z dziećmi z Domu Małego Dziecka i podopiecznymi Ośrodka Wychowawczo-Rewalidacyjnego dla Dzieci i Młodzieży Niewidomej i Niedowidzącej. Inicjowałam też w teatrze Teatranki, Kreatywki – zajęcia twórcze dla dzieci, młodzieży… spotkania integracyjne dzieci zdrowych i z dysfunkcjami. Te ostatnie były motorem mojego działania. Odkąd pamiętam szukałam ludzi, którym mogę dać odrobinę siebie. W jednym z Domów Dziecka spotkałam dziewczynkę wykorzystywaną seksualnie przez ojca. Podjęłam próbę stworzenia scenariusza, odegrania zdarzeń, emocji… Byłam tylko ja, lalki i tragiczna historia. Tak powstał monodram „SkazaNa”. To był ciężki czas pod wieloma względami, abstrahując już nawet od natłoku zajęć. Jednak warto było. Najcenniejsza zapłata za ten trud to podziękowania ludzi, którzy mieli za sobą tak traumatyczne doświadczenia oraz psychologów pracujących z tym tematem na co dzień. Plakat do spektaklu stworzyła sama bohaterka. Poprosiłam dzieci z Domu Dziecka,  żeby namalowały zabawkę nie podpisując jej. Nie musiałam pytać czyj był charakterystyczny, nad wyraz dojrzały rysunek lalki.

Z lalkami trafiłam też do Hospicjum Dar Serca. Tam po wielu rozmowach z uczestnikami warsztatów teatralnych powstał scenariusz także pisany życiem. Pacjenci z historią onkologiczną otworzyli przede mną swoje serca, posypały się opowieści, odsłoniły pamiętniki….Tak wspólnie stworzyliśmy spektakl „RakoTWÓRCZOŚĆ”. Teatr najwyższej próby. Ukazujący chorobę  z różnych stron, przewrotnie, podkreślający kreatywny czynnik w obliczu diagnozy i przede wszystkim niosący nadzieję. Jestem z nich wszystkich bardzo dumna. Słowa nie obejmą. Nawet nie próbuję. Zapraszam na spektakl. Obiecuję łzy ze śmiechu i wzruszenia…

Mogłabym jeszcze dalej popełniać to pisanie… Jeśli dotarłeś drogi czytelniku do tego momentu to gratuluję i obiecuję, iż opowiem Ci już tylko (w kontekście tekstowej rozpiętości) i aż (w kontekście świadomości) o ludziach bezdomnych. Ci, których spotykałam na swojej drodze mieli poorane doświadczeniami twarze a na nich tym samym mapy życia. Jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, czułam od dłuższego czasu wewnętrzną potrzebę pomocy, wykraczającej poza darowanie przysłowiowego kawałka chleba.

Mogłam się podzielić tym co mam. Spektakl z udziałem bezdomnych chodził mi po głowie od dawna, ale ten, kto choć raz rozmawiał z „ludźmi ulicy”, wie jak trudna jest w ich wypadku dyscyplina a próby teatralne jednak wymagają pewnej systematyczności. Wzięłam sprawę w swoje ręce. Przez internet znalazłam rzecznika osób bezdomnych. W ten sposób trafiłam do Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Agape. Zaczęliśmy organizować przedświąteczne zbiórki; artykułów spożywczych, odzieży, środków czystości, termosów itp. Nawiązały się kontakty. Powstały imienne paczki odpowiadające na konkretne zapotrzebowania. Bezdomnych przebywających w schroniskach pod Częstochową w Lubojence i Mariance zaprosiłam do udziału w spektaklu. Przyznam, iż obawiałam się trochę zestawienia mojego – jakby nie patrzeć trywialnego wizualnego wizerunku artystki w kapeluszu z (w przeważającej większości) mężczyznami po przejściach. Niesłusznie.

Droga była kręta i trochę pod górkę, bo materiał, na którym pracowaliśmy delikatny i wrażliwy. Niemniej sam efekt budujący i uskrzydlający. Powstał spektakl „WYSTAWIENI”. To był rok 2016, grudzień. Gala Częstochowskiego Wolontariatu. Rok Brata Alberta. Ludzie sceny życia – domni- bezdomni z ujmującą szczerością podzielili się swoimi połamanymi historiami, przemyśleniami – z widzami. Idąc w ślad za tym połamali chlebem. Było tuż przed Wigilią. W tle wybrzmiewały słowa utworu: „życie nie tylko po to jest, by brać, życie nie po to by bezczynnie trwać, bo aby żyć siebie samego trzeba dać…”

Jeszcze przed premierą 13 września 2016 r. urodziłam córkę. Wcześniej miałam plany, żeby wyjechać z „dobrego miasta” jak nazwał kiedyś Częstochowę św. Jan Paweł II. Zostałam. To tu w niezwykłych okolicznościach, ponad dwa lata wstecz, w filharmonii  częstochowskiej poznałam swojego męża Dawida, ale to już na inną opowieść… o modlitwie śp. s. Miriam (cioci mego męża), przełożonej z Łagiewnik i przyjęciu Szkaplerza MB przeze mnie… Wątek może nie koniecznie na teraz… Choć Bóg też tu niewątpliwie działał… za pośrednictwem Maryi. W święto Matki Boskiej Częstochowskiej podjęliśmy decyzję o ślubie. W dzień Wniebowzięcia NMP wzięliśmy do serc przed Bogiem List św. Pawła do Koryntian. Nasza córka ma na imię Sara Maria. W tym miejscu chciałabym podziękować memu poślubionemu, dzięki któremu mogę się również realizować prywatnie i zawodowo.

Pisząc te słowa nasłuchuję czy w ciszy nocy nie płacze dziecina. Nasz największy skarb. Moja najważniejsza,  życiowa rola – MATKA. Długo przyszło mi na nią czekać, ale wierzę głęboko, że „wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem…”

Zgłaszając się na Akademię Dziennikarstwa miałam marzenie, by posiąść warsztatowe podstawy do tworzenia reportaży o ludziach, których spotkałam i w przyszłości los może jeszcze postawi na mojej drodze…

Tymczasem niespodziewanie 22 października br. poproszono mnie o poprowadzenie audycji w katolickim radio FIAT. Dwie godziny na żywo, zaproszeni goście. Wybrałam temat przewodni: Dzień Praw Rodziny. Zaprosiłam matki: doulę, aktorkę oraz agentkę celną z doświadczeniem choroby nowotworowej. Rozmawiałyśmy m.in. o prawach kobiety – matki,  o wyborach pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Ważne spotkania. Wartościowy czas.

Zaproponowano mi radiową współpracę. Tymczasem z powodu wymogu cykliczności ostatecznie niedzielnej audycji – zrezygnowałam. Na rzecz czasu dla rodziny. Pomimo dziejstw wszelakich mam wyznaczony azymut, staram się podążać we właściwym (jak mi się zdaje) kierunku.

13 to moja szczęśliwa liczba, podobnie jak 7 – cyfry przypisane nazwisku z uczniowskich dzienników, numerom mieszkań, parkingów, rodzinnego domu, dniu urodzin córki itd.

Tu i teraz zdaję egzamin z życia. Wracając po urlopie macierzyńskim do pracy teatrze w Częstochowie, grając na planie serialu w Krakowie, dojeżdżając do Akademii Dziennikarstwa w Warszawie i mając przede wszystkim trzynastomiesięczne dziecko (!) – można stwierdzić, że jestem szaleńcem. Mam tylko nadzieję, że Bożym. Zawsze staram się iść za głosem serca. Kiedyś powierzając wszystko Panu otrzymałam bezcenny dar : zapowiedź nowego życia. Podobny temu szept usłyszałam w tym roku, w okolicy terminu objawień fatimskich: „Chodź za mną…”
Odpowiedziałam: „oto ja – poślij mnie…
Aktorka, scenarzysta, pedagog-arteterapeuta

Dodaj komentarz