LOADING

Type to search

Średnia klasa świętości

Mnemosyne 19 listopada 2018
Share

W szóstym rozdziale Księgi proroka Izajasza czytamy takie oto słowa: Ujrzałem Pana siedzącego na wysokim i wyniosłym tronie, a tren Jego szaty wypełniał świątynię. Serafiny stały ponad Nim; każdy z nich miał po sześć skrzydeł; dwoma zakrywał swą twarz, dwoma okrywał swoje nogi, a dwoma latał. I wołał jeden do drugiego: Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały. Izajaszowa wizja nieba – w kontekście uroczystości Wszystkich Świętych – stanowi jakby jej rewers i awers. Rewersem jest śpiew serafinów: Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Nie wiem czy wiecie, iż pierwszym znaczeniem słowa, które wyraża świętość jest hebrajski termin: kadosh tzn. inny, odmienny. A więc w dosłownym tłumaczeniu, serafiny krzyczą: Inny, inny, inny jest Pan zastępów. Inny od czego, od kogo? Od tego, co znam, od tego co do tej pory wyobrażałem, myślałem o Bogu. Ponieważ wielkości Boga, Jego majestatu, Jego chwały nie da się zamknąć w żadnym pojęciu, w żadnym wyobrażeniu, w żadnej myśli – na tym polega transcendencja Boga.

Ta transcendencja stanowiła od pierwszej chwili, kiedy istota ludzka uświadomiła w sobie pragnienie, głód Boga, nie lada kłopot. Ponieważ człowiek od zawsze miał w sobie to nieodparte pragnienie, potrzebę niejako „dotknięcia” Boga, zasmakowania czegoś z tej Inności. I właśnie Uroczystość Wszystkich Świętych jest takim „dotknięciem” – i to jest jej awers. Ponieważ w życiu świętych zarówno tych, których heroiczność życia Kościół dostrzegł – wynosząc ich na ołtarze – jak i tych, których świętość życia dokonywała się po cichu, anonimowo, była jakimś odbiciem tej niepojętej świętości Boga. Innymi słowy ich świętość była wprawdzie bladym, niedoskonałym, ale jednak odbiciem tej Inności Boga. Albowiem w życiu każdego z nich stawała się namacalna jakaś konkretna cecha, czasem kilka z tego co nazywamy wew. życiem samego Boga.

Jadąc w ubiegłym tygodniu samochodem miałem włączone Radio Kraków. Puszczali akurat piosenkę Dżemu pt. Jak malowany ptak. Za oknami auta dawała się we znaki mocno jesienna aura. Panował chłód, padał zimny deszcz. Mijałem wtedy nasz parafialny cmentarz. Westchnąłem w myślach – jak to mam w zwyczaju – wieczny odpoczynek… Ku mojemu zdziwieniu zaciekawił mnie refren tej piosenki, kiedy Rysiek zaczął śpiewać: Czy przyjmiesz mnie mój Boże, kiedy odejść przyjdzie czas? Czy podasz mi swą rękę? A może będziesz się bał? Słysząc te słowa płynące z głośników, wiedziałem już o czym będzie homilia we Wszystkich Świętych.

Myślałem wiele o tej niepojętej Inności Boga. Próbowałem odkurzyć w pamięci życiorysy świętych, którymi karmiła się moja dziecięca, ale i także dorosła pobożność. Wspominałem świętość a więc inność, św. Faustyny, św. o. Pio, św. Charbela. Przypominałem sobie o wielu cudach dokonanych przez nich: dar bilokacji, stygmatów, leczenia śmiertelnych chorób, dar oglądania Boga itp. Niestety ze smutkiem musiałem stwierdzić: Ja tak nie mam! Jest zupełnie odwrotnie. Z każdym mijającym rokiem jest mi coraz trudniej znosić tęsknotę za tym pragnieniem „dotknięcia” – chociaż przez chwilę – czegoś z tej Inności Boga. Dzięki czemu w momentach zniechęcenia miałbym do czego wracać. Zamiast tego coraz częstsze napady uczucia pustki, jakiegoś trudnego do wyjaśnienia, opisania poczucia pozornej nieobecności Boga. Rozglądam się wtedy – niczym w ciemny pokoju w których nagle zgaśnie światło – za czymś, czego mógłbym się złapać. Niestety w tej panice nie zawsze chwytam się spraw Bożych. Coraz częściej ta ciemność, której nie potrafię spokojnie znieść, która kąsa pytaniami sięgającymi szpiku kości: I co masz z tej wiary? Z tego kapłaństwa? Popatrz wokół. Ludzie już nie wierzą! Ludzi nie obchodzi to co chcesz im o Bogu powiedzieć? Oni już Cię nie potrzebują! To wszystko sprawia, że coraz częściej chwytam się – szukając po omacku włącznika światła – wszelkiej maści podejrzanych znieczulaczy, które – jak zapewniają – przyniosą szybką ulgę. Ale ulgi nie ma! Pojawia się natomiast wstyd oraz ogromny wyrzut sumienia, który tak dobrze oddają słowa śpiewane przez Ryśka Riedla: Czy przyjmiesz mnie mój Boże, kiedy odejść przyjdzie czas? Czy podasz mi swą rękę? A może będziesz się bał? Swoją drogą podobno napisał te słowa, kiedy dowiedział się że jest nosicielem wirusa HIV, o którym ludzie w latach 80-tych twierdzili, że można się nim zarazić przez dotyk, stąd te znamienne słowa: Czy podasz mi swą rękę? A może będziesz się bał?

Myślę, że w głowach wielu z nas, kiedy pochylamy się w zadumie nad grobami bliskich kłębią się wątpliwości podobne do moich. Myślę, że wielu z was – podobnie jak ja – pogubiło się w tej wieloznaczności świata w jakim przyszło nam żyć. Myślę, że wielu z was – podobnie jak ja – jest już zmęczonych mozolnym przedzieraniem się przez te wszystkie gąszcze, światło-cienie mieszaniny dobra i zła jaki nam zaserwował współczesny świat. Serce mi także podpowiada, że wielu z was pragnie, aby dzień dzisiejszy szybko się skończył. Ponieważ dla kogoś, kto żyje na tyle długo w półmroku tego świata, zbyt duża dawka światła drażni, przynosi niepokój oraz kolejne wyrzuty sumienia. Jak w takim stanie kontemplować Inność Boga i Jego świętych sług?

Przez ostatnie trzy dni wraz z jesienną aurą pojawiła się znów stara „przyjaciółka” pustka. Znów chodzenie po omacku. Znów próba złapania się czegokolwiek. I znów kolejny upadek. Znów słowa Dżemu brzmią mi w głowie jak wyrzut sumienia: Czy przyjmiesz mnie mój Boże… Czy podasz mi swą rękę? A może będziesz się bał? Nie wiedziałem, że kiedy ja w poczuciu przegranej poszedłem spać, ktoś walczył nadal. Z tej walki zrodziły się słowa, które otrzymałem na maila dokładnie o 02.31 w nocy. Myślę, że one mówią więcej o świętości we współczesnym świecie, niż cukierkowe hagiografie świętych, jakimi karmiono nas w dzieciństwie. To jest coś, co papież Franciszek nazywa klasą średnią świętości, która jest w zasięgu każdego z nas:

Tak sobie siedzę i strasznie mi ciężko. Przechodziłam to już nie raz i teoretycznie wiem, że to minie. Momentami rodzi się we mnie nawet chęć, żeby przeczekać ten czas udając, że w ogóle mnie on nie rusza. Z drugiej strony bardzo mi niewygodnie i rodzi się we mnie bunt. Dlaczego tak jest? Gdzie Ci ludzie? Dlaczego wszystko się zmienia, blaknie? Gdzie ta radość, chęć działania? Dlaczego wszystko jest takie puste? Dodatkowo przytłacza mnie myśl, że jako chrześcijanin, dziecko Boga powinnam nosić pokój w sercu. Przeglądając bogactwa Internetu wpadam na cytat: „W duszy zjednoczonej z Bogiem jest nieustanna wiosna”. No cóż, ja chyba w takim razie wypadam blado… Co mogę na to poradzić? Nie rozumiem skąd te chwile pustki, ale może pod zewnętrznym płaszczykiem radości jakoś przez nią przebrnę. Tylko tam gdzieś w środku strasznie mnie uwiera. Jakby sobie tu poradzić….? Wiem, pójdę spać, wtedy nic się nie czuje….. Eh, jednak nie… To może serial? Ot na przykład „Diagnoza”. Co niedobry? Pewnie że dobry. Odcinek pierwszy, drugi i tak leci (aktualnie 7). I co? I nic. Oprócz tego, że teraz to już nie tylko uczucie pustki, ale też wewnętrzne uczucie roznoszenia. Jakby złość i rozżalenie nie mogły się we mnie pomieścić. I to wielkie „NIC”, które zdaje się zewsząd mnie otaczać. Jak może być tak pusto?

I w tym momencie pojawia się światło. Nigdy nie ma całkowitej pustki, zawsze nad tym wszystkim jest On. Mój Jezus. Prawda tak oczywista, a jednocześnie tak trudna do odkrycia. Myślę sobie, że On patrzy na mnie teraz, a w Jego oczach widać litość. Co we mnie widzi? Być może małe rozkapryszone dziecko, któremu trzeba zabrać wszystkie zabawki po to, aby choć na chwilę skupiło na Nim wzrok. A ja poruszając się jak we mgle usilnie staram się tego nie dostrzegać. Który to już raz? Która to już Jego wskazówka? „Nie buduj na ludziach ani na sobie samej. Nie na tym podstępnym przekonaniu, że sama dasz radę, bo beze mnie nie dasz. Na Mnie buduj, ze Mną rozmawiaj, prowadź ze mną szczerą, prawdziwą relację. Nie zwódź Mnie, bo ja ciebie kocham.” No cóż, nadal ciężko mi pojąć, że moje chwile pustki mogą być momentami, w których Mój Jezus najbardziej za mną tęskni, najgłośniej do mnie mówi. Mało tego, do tej pory nie mogę uwierzyć w swój własny głód. Zapycham się fast foodami jakie ofiaruje mi świat, nie patrząc na to, czego naprawdę potrzebuję. Próbuję być dostrzeżona przez ludzi podczas, gdy On patrzy na mnie cały czas.
Ta prawda stała się dla mnie tak oczywista, że aż pomijana. Ale On dobrze to wie, dlatego funduje mi taki research. Zabiera wszystkie rozproszenia, abym mogła skupić się na Prawdzie. Niesamowite jak trudno czasami spojrzeć na Prawdę.

Ostatnim dopowiedzeniem – ową kropką nad przysłowiowym „i” – do tego wyznania, niech będą słowa św. Teresy Benedykty od Krzyża, która napisała:

W najciemniejszej nocy powstają najwięksi prorocy i święci.

Tags:
Poprzedni artykuł

1 Komentarzy

  1. Steskniona za Zbawicielem 30 listopada 2018

    Są tacy co wierzą, czekają, ufają u chcą więcej, proszę im dac choć okrusznę więcej tego co mają…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz