LOADING

Type to search

Siła kultu

3 listopada 2018
Share

Zobaczyłam ją niedzielnego, październikowego popołudnia. Stała na wzgórzu pośród nagich, bezlistnych drzew, obścielona kobiercem złoto-pomarańczowych liści. Błyszczała w  słońcu. Powietrze pachniało mchem i wilgotną ziemią. Czerwone napisy na tabliczkach ostrzegały przed niedźwiedziami. Za jej plecami, ponad dachem pięła się biała droga. Biegła wprost na zielone jeszcze szczyty gór porośniętych kolorowymi drzewami, których korony przywodziły na myśl czerwono purpurowe poduchy. Na tej drodze majaczyły punkciki ludzi, jedni szli do góry inni wracali. Był ciepły, świetlisty dzień. W dole został pośpiech i strach, smród spalin, wrzask aut i chaos miasta.

Opowiedział mi o niej tato. – Wyobraź sobie, że Staszki (kuzyni), rzekł – pojechali na odpust w Bieszczady. Co tam jest takiego niezwykłego, pomyślałam, że mieszczuchy ruszyli tyłki z kanapy? Pojechałam i ja.

 Cerkiew w Łopience

W formie murowanej stanęła na miejscu cerkwi drewnianej w pierwszej połowie XVIII wieku. W jaki sposób cudowny obraz Matki Boskiej Łopieńskiej trafił w jej mury nie wiadomo. Krąży kilka legend opowiadających o tym, że sama Matka Boska wybrała to właśnie miejsce. Kult jej wizerunku (Matki Boskiej dobrej miłości) trwa około trzysta lat. Wokół cerkwi rosną tak leciwe lipy. Odpust odbywał się trzy razy do roku i za każdym razem gromadził ogromne tłumy, bo na ówczesne czasy Łopienka była jednym z największych sanktuariów maryjnych w Bieszczadach. Przybywali tu pątnicy z całej Galicji, z okolic Śląska, Słowacy i Ukraińcy, Węgrzy, a nawet Żydzi z Krakowa handlujący solą.

Wieś Łopienka już nie istnieje

Pozostał cmentarz, fundamenty chat, zdziczałe drzewa owocowe, ale świątynia ciągle trwa na tym samym miejscu, z tym samym cudownym oddziaływaniem. Ostatni odpust odbył się w 1943 roku, „Akcja Wisła” sprawiła, że wieś zniknęła z mapy, ludzi przesiedlono, ale obraz ocalał. Podobno oficer zarządzający akcją zawiózł ikonę do księdza  w Polańczyku, gdzie znajduje się do dzisiaj. W Łopienkach wisi kopia. Po wojnie cerkiew stała się ruiną. Tylko dzięki spontanicznym akcjom wolontariuszy, historyków, profesorów i studentów zaangażowanych w ochronę zabytków została odbudowana.

Pierwszy odpust po II wojnie odbył się w 2000 roku

W tym roku zaś 2018 (jak za dawnych czasów) w pierwszą niedzielę października odpust zgromadził tak wielki tłum ludzi, że zabrakło komunii i księża dzielili jedną hostię na maleńkie części, żeby dla wszystkich wystarczyło. Cerkiew jest otwarta przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na drzwiach wisi kartka z napisem: naciśnij klamkę i wejdź, potem zamknij drzwi. To tutaj młodzi ludzie biorą śluby, tutaj przyjeżdżają robić sobie zdjęcia. Turyści i pielgrzymi przybywają w to miejsce żeby ukoić serce i tego ukojenia autentycznie doświadczają. W obłoconych butach, w przepoconych koszulach, bez niedzielnych różowych policzków, bez szpilek i wyprasowanych garsonek ludzie czują jedność. Oddychają Bogiem, uśmiechają się do człowieka obok, bo Bóg przychodzi do nas takich jakimi jesteśmy i o każdej porze dnia i nocy.

Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że teoretycznie kult od 1943 roku powinien przestać istnieć. Nikt nie śmiałby marzyć, że to uwielbienie dla Maryi odnowi się po pięćdziesięciu siedmiu latach, wszak zapominamy o sprawach codziennego życia nawet po jednym dniu. Tymczasem maleńka cerkiew będąca teraz pod kuratelą ks. Piotra  Bartnika Dwernika nadal roztacza swój kojący wpływ na ludzkie serca, nadal tętni w niej życie choć zdawałoby się, że nic nie jest wieczne.

Autorka, czytelniczka, blogerka.

Tags:

Dodaj komentarz