LOADING

Type to search

Senne marzenia

Cempla 28 lutego 2013
Share

Później na brzeg pierwszy, potem na drugi, by znów na pierwszy. Ten pierwszy był z góry brzuchatym, ale faktycznie płaskim wybrzeżem – żwir i piasek, kamienie na kaczki. Drugi – wysoki, niezbyt za to szeroki. To tam prowadziły te niesamowite stopnie. Korzeń drzewa na skarpie drugiego brzegu pełzał po sypkiej pochyłości, dzielił się i łączył sam z siebie. Zachwyciła go ta pozorna przypadkowość. To do niego to była mowa natury. Nikt inny przecież nie zauważył.

A innym razem, sierpniowym popołudniem, zapatrzył się w zapach trawy na wzgórzu nad Krakowem. Ciepło usypiające, dotyk Słońca na twarzy, morze złocistych barw w panoramie rozmazanych wież kościołów starego miasta. 'A może byśmy tak polecieli?' Ziemskie akwarium było puste. Tylko oni i ciepłe odcienie, a potem nagle sacrum biało-zielonych choinek. Jakieś krzesełka nieczynne… i lot magiczny nad chłodnym cichym lasem. Lot do góry, gdzie stoi drewniane górskie sanktuarium. Drzewna kaplica i zamglone zbocze. Na północy zostało popołudniowe słońce, a tu jest kraina wiecznego poranka… rześkiego wschodu, mlecznej mgły w otchłani, białego słońca, dostojnych smoczych igieł przypruszonych śniegiem.

Zebrał w końcu te owoce niesforne i popakował do swej latającej łodzi. On ją napędzał swoim lotem. W stronę słońca odpłynęli po mgle. Po asfaltowej alejce wspomnienia. Pomyślał 'Jeszcze wrócę na wzgórze i nad rzekę', ale świt szary wdarł mu się w myśl, koniec pięknego snu, i uśpił marzenia.

Następny artykuł

Leave a Reply