LOADING

Type to search

Sekret wioski

Kasia Węglarczyk 1 grudnia 2015
Share

Wróciłam do wioski. Brat Marek przyjechał akurat do Krakowa modlić się o pokój, więc poszłam. Zimno było jak diabli i pokurczona wtoczyłam się do kościoła, marząc tylko o wciśnięciu się w jakiś kąt koło kaloryfera. Żadnego nie znalazłam, ale spotkałam przyjaciół. Usiedliśmy, patrzyliśmy w ikonę krzyża i szybko odtajałam. Wróciłam do wioski, do lata.

Siedzieliśmy wtedy razem – ja, on i On. I jeszcze z półtora tysiąca młodych ludzi, którzy jak my kończyli swoje krótkie wakacje. My dwoje mieliśmy za sobą przegadaną noc, z gatunku tych ostatnich, które zbliżają bardziej niż cały wspólny tydzień: w perspektywie rychłego rozstania mówi się dużo i szczerze, szybko zdradzamy swoje frustracje i sekretne bolączki. Odkrywamy karty w palącym pragnieniu prawdy, w nagłym przypływie intymności. Może z lęku, że potem już nie zdążymy, że mija nam jakaś okazja, kto wie, czy nie ostatnia, i nie możemy jej zmarnować. A może w dziwnym poczuciu bezkarności, przekonani, że wolno sobie pozwolić na więcej, skoro pewnie i tak już się nie zobaczymy. Tysiące kilometrów dzielące nasze światy to rzecz nie do zlekceważenia.

Sporo więc słów padło tej nocy, chaotycznych i nieprzemyślanych, wyrwanych gdzieś z głębi, z mroku. Dużo żalu i żaru, pragnienia i lęku, wstydu i rozczarowań, jakie sobie sami niezawodnie fundujemy. Wszystko to wylane, wywalone na wierzch. Nie skomentowane, przyjęte. Siedzieliśmy teraz, połączeni tą wiedzą tajemną o grzechach przeszłości, i patrzyliśmy nieśmiało w kierunku ikony, na której światło lampek grało sobie beztrosko. A my mieliśmy tyle trosk.

On przez większość życia ścigał jakieś swoje fantazje i ambicje, idąc przeważnie po trupach napotykanych osób, ale nie przynosiło mu to szczęścia ani nawet satysfakcji. Był wypalony i przeżarty goryczą. Przyjechał tu, nie wiedząc, po co; jak się przekonał, popatrzeć w oczy, w których nie zobaczył śladu osądu. To nim wstrząsnęło. Trawiło go poczucie winy. Nie umiał spokojnie odwzajemnić tego spojrzenia.

Ja przez większość życia byłam grzeczną dziewczyną z oazy, znającą wszelkie odpowiedzi i raczej z siebie zadowoloną. Przed ikoną krzyża, czując na sobie to samo spojrzenie, zobaczyłam nagle – nie teoretycznie, tylko jasno, normalnie, jak się widzi rano w lustrze swoją opuchniętą twarz – że nie jestem grzeczna ani miła i wcale nie znam odpowiedzi, a moje samozadowolenie jest cokolwiek żałosne.

Wierzę, że każdemu dany jest taki moment – niektórym szybciej, innym dopiero pod koniec drogi – gdy widzi znienacka prawdę o sobie, a jest to prawda porażająca. Dostrzegasz własną nędzę w pełnej krasie, tę straszną, beznadziejną przepaść między projektem a realizacją, odległość od ideału do bruku. To jest doświadczenie, które zmienia, po którym nigdy już nie jesteśmy tacy sami. Ale na nędzy się nie kończy, kryje się w niej coś jeszcze, i kto nie odwraca oczu zbyt wcześnie, zobaczy to. Choć nędza zdaje się nie mieć dna, dno jest, nawet drugie. Spotykasz tam cichą, wierną obecność. Spotkanie z nią niektórzy nazywają nawróceniem.

Fot. Szymon Sikora

Fot. Szymon Sikora

Podczas tej ostatniej wspólnej modlitwy, kilka godzin przed odjazdem autobusów, skuleni na przykurzonej podłodze kościoła Pojednania (nigdy nie umiałam siedzieć po turecku!), doświadczaliśmy – ja i on, i półtora tysiąca innych ludzi – co ta obecność oznacza. Odkrywaliśmy wyświechtaną pozornie prawdę, że Kościół jest wspólnotą grzeszników – tych, którym przywrócono nadzieję. Nikt nam tego nie tłumaczył, po prostu siedząc blisko i patrząc na krzyż, staliśmy się tego bardzo świadomi, na najprostszym, egzystencjalnym poziomie. To była łaska.

Postrzegam dziś Taizé jako miejsce przede wszystkim tej łaski. Przeżywaliśmy tam własną nędzę, ale czuliśmy, że nas ona nie przekreśla. I jeśli doświadczaliśmy jakiejś poruszającej jedności, to nie przez świeczki ani śpiewy, ani nie przez te nocne, cokolwiek egzaltowane rozmowy, ale dlatego, że połączyła nas ta właśnie świadomość. Przez nią stawaliśmy się sobie bliscy. Zrozumiałam to teraz, wracając na chwilę do tamtego lata i próbując uchwycić, za czym, u licha, tak bardzo tęsknię. I choć rzeczywiście więcej się już nie spotkaliśmy, nie szkodzi. Pomodliłam się o pokój i wyszłam z powrotem na miasto, na mróz.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz