LOADING

Type to search

Ratunek dla ciała i ducha

27 marca 2018
Share

Obecnie wiele uwagi poświęca się sobie – swojemu wyglądowi, zdrowiu, poczuciu zadowolenia i szczęścia. Wieloma drogami próbuje zdobyć się wiedzę, jak to osiągnąć: przez Internet, znajomych, książki, artykuły, warsztaty, kursy i szkolenia. Mam hopla na punkcie zdrowego stylu życia: właściwego jedzenia, działania – sposobu życia, sprzątania, kupowania kosmetyków oraz środków czystości, itd. Wiele uwagi poświęciłam temu, by mieć odpowiednią dawkę ruchu, by m.in. z racji ochrony środowiska, jeździć rowerem a nie samochodem, by pamiętać o właściwym oddychaniu zwłaszcza w czasie stresu, by pozbyć się i toksyn i pasożytów, by zatrzymywać się tu i teraz, skierować organizm na to, co daje życie, siłę i witalność oraz oczywiście samozadowolenie.

W pewnym momencie wpadłam w chaos. Nagromadzenie informacji i bodźców spowodowało, że niczym wieloryb chwytałam wszystko jak leci, co w konsekwencji przez swą obfitość stało się nie do strawienia. Zabrakło sita, które by przesiało to i owo. Mój rozum okazał się niewystarczający. Musiał pojawić się autorytet. Ktoś, za kim można pójść. Kto wie lepiej. Sama dla siebie nie jestem dobrą wyrocznią, zwłaszcza w świecie duchowym.

Zastanawiałam się kogo posłuchać? Kto jest nie tylko mądry, ale ma też „światło”?  Pojawiła się taka osoba. Ktoś mnie zaprosił na post Daniela. Rekolekcje. Swoiste 10 dni  na warzywach i owocach wg wskazań dr Ewy Dąbrowskiej. Trudne do przejścia dla kogoś, kto lubi jeść. Komu ślinka cieknie na myśl o chrupiącym świeżym pieczywie z prawdziwym masłem i może miodem. Komu pachnie jajecznica, też na boczku. Kto pałaszuje jabłecznik z gałką lodów, tudzież tiramisu, o cappuccino nie wspomnę. I mnóstwo innych rzeczy.

Uwielbiam jeść!!! Uwielbiam delektować się smakami, zapachami, kultywować swobodne, miłe rozmowy połączone z delektowaniem podniebiennym. By z tego zrezygnować na jakiś czas, trzeba mieć silną wolę, ale by wytrzymać – przede wszystkim konkretną intencję. Łatwiej to zrobić w towarzystwie – łatwiej, gdy wszyscy jedzą to, co ja i nie pachnie mi nic zakazanego. I gdy ktoś inny przygotowuje posiłki, przynajmniej na początku, bo jestem zwolniona  z wymyślania odpowiedniego menu.

W Zaborówcu (bo tam skierowałam swe postowe kroki) zapewniona była też opieka duchowa. Był to swoisty czas rekolekcji, odnowy ciała i ducha. W ramowym planie dnia oprócz posiłków serwowana była gimnastyka, herbatka, modlitwy, msza święta, wykłady na temat zdrowego żywienia, a to wszystko okraszone nowymi znajomościami pod patronatem św. Urszuli Ledóchowskiej, patronki radości serca. Życzliwe spojrzenia, wzajemne zrozumienie zwłaszcza w kryzysie ozdrowieńczym, wsparcie w trudzie poszczenia, wyrzekania się. Wspólne odczuwanie głodu, bólu głowy, słabości, wyziębienia. Rozmowy przy herbatce, dystans do siebie podczas gimnastyki na świeżym powietrzu.

Przez pierwsze 3, 4 dni miał nadejść kryzys ozdrowieńczy, potem miało być już tylko lepiej. Dowiedziałam się m.in., że aby mieć energię, trzeba jeść surowe warzywa, bo one  zawierają enzymy. Że gdy ciągnie nas do słodyczy, to brakuje nam pewnych mikro/makro elementów, które uzupełnimy, jedząc warzywa. Decydując się na słodycze, ciągle będziemy odczuwać głód, tylko dostarczenie odpowiednich składników zmieni stan rzeczy. Głodówka (do 800 kalorii) ma na celu przestawić nas na odżywianie wewnętrzne, podczas którego organizm zjada swoje złogi, czyli można np. wyleczyć się z alergii, wyregulować hormony, zapobiec chorobom nowotworowym tudzież autoimmunologicznym, zadbać o odporność (bo przecież ona zależy od stanu jelita grubego).

Kiedy poszperałam w książkach olśniło mnie, że są 4 rodzaje jedzenia: 1. biotwórcze, czyli rozwijające życie 2. bioaktywne, podtrzymujące życie 3. biostatyczne, zwalniające procesy życiowe 4. biobójcze, niszczące życie. Żywność przetworzona należy do dwóch ostatnich. Niby prosta informacja, ale zszokowała mnie. Jak wiele zależy od tego, czym się karmimy…

Ten czas nie był dla mnie łatwy. Niektóre osoby wyciszają się, wyjeżdżają z wielkim pokojem serca, dystansem do problemów. Mnie Bóg pokazał, co mam w sercu i to nie było łatwe. Jest to łaska, ale do przyjemnych nie należy.

Czas postu był dla mnie też szczególny dlatego, że w jego trakcie w bardzo poważnym stanie zagrożenia życia trafiła do szpitala bardzo ważna dla mnie osoba. To cud, że mając 84 lata przeżyła operację trwającą ponad 4 godziny i mimo że podczas pobytu w szpitalu zapadła na zapalenie płuc, wyszła z tego i to naprawdę dosyć szybko. Dar od Boga. Święty Kapłan, tak bardzo potrzebny, pokazujący, jak kocha Bóg, pomagający w drodze do świętości, do nieba. Modliliśmy się intensywnie, współcierpiąc, towarzysząc w cierpieniu, często  płacząc i to chyba bardziej nad sobą niż nad Ojcem.

To był intensywny czas oczyszczania nie tylko ciała, ale i ducha. Bo w świecie duchowym nie ma neutralności: albo jest coś dobre, albo złe. Jestem albo tu, albo tam. Zimna lub gorąca. W poczuciu ukochania lub porzucenia, bycia zaopiekowaną czy pozostawioną samą sobie. Trudna prawda o mnie, bo trudno przyjąć swoją małość, bezsilność, niekiedy prymitywność. Jednak na szczęście jest Ktoś, kto czuwa. Kto podtrzymuje i pomaga. I daje moc, a to można odkryć, odmawiając sobie tego i owego, i próbując się wyciszyć. Czym się karmię? Co zjadam? Toksyny, tłuszcze trans, szkodliwe cukry, chaos, powierzchowność, wieczny pośpiech? Decyzji nie podejmuję raz na zawsze, ale non stop. Ciągle i nieustannie.

Tags:
Następny artykuł

Dodaj komentarz