LOADING

Type to search

Share

Opowiadają, że Arthur Conan Doyle zażartował sobie kiedyś z dwunastu znajomych, wysoko postawionych londyńczyków. Każdemu wysłał zwarty telegram o identycznej treści: „Wszystko się wydało. Uciekaj”. Podobno w ciągu doby wszyscy wyjechali z kraju.

Natrafiłam na tę cudowną anegdotę przygotowując pewnego razu wystąpienie na temat działania zła w świecie. Być może w opinii wielu ilustruje ona fakt, że nikt z nas nie ma naprawdę czystego sumienia, że każdy ma jakiś mroczny sekret, który ukrywa lub chciałby ukryć przed światem. Dla mnie to jednak przede wszystkim opowieść o wstydzie – i o tym, jaką mamy wizję siebie samych.

Moja osobista wersja tej opowieści jest inna. Jej bohaterem jest kontroler biletów. Jadę tramwajem i nagle słyszę nad głową słynne „proszę przygotować bilet do kontroli”. Mam bilet, ale mimowolnie podskakuję, serce zaczyna bić jakoś szybciej. Znasz to? Ja znam doskonale. Nie lubię być sprawdzana. Czasem bawię się w grę zwaną trywialnie „zwąchaj kanara”. Przyznam nieskromnie, że mam całkiem sporo trafień, w zimie blisko sto procent (poznaję po kurtkach). To też jest opowieść o wstydzie. O lęku przed obnażeniem.

Fot. Anna Michalska

Mówi się czasem nawet o „syndromie oszusta”. Znani mi porządni psychologowie są wprawdzie nieufni wobec wszelkich „syndromów” (przepadają za nimi tylko gazety), bo takie ujęcie upraszcza diagnozę i stereotypizuje. Niemniej coś jest na rzeczy. Niektórzy borykają się z tym w większym stopniu niż inni. Jak hochsztaplerzy, którzy podstępem doszli do czegoś, na co nie zasłużyli, żyją w strachu, że prawda w końcu wyjdzie na jaw. To wersja skrajna, ale w skromnym codziennym wymiarze to zjawisko jest – jak sądzę – powszechne. Sprzyja mu kultura kredytu, w której możemy mieć wszystko – ale tak naprawdę nie jest to nasze. Życie na kredyt, gdy dysponujemy tym, czego ani nie otrzymaliśmy w bezinteresownym darze, ani na to nie zapracowaliśmy, jest wszak formą usankcjonowanego oszustwa, samooszustwa przynajmniej. Tyle dygresji kulturowej.

Dochodzę do wniosku, że zło – osobowe zło – działa przede wszystkim uderzając w moją tożsamość. Zostawmy na razie wady i grzechy, które oczywiście są. Chodzi o coś bardziej pierwotnego: o to, kim jestem, kim się czuję, i na czym to poczucie siebie buduję. Dobra nowina jest taka, że jestem córką Boga, królewską córką, i nie należy tego rozumieć naiwnie. Nie bawimy się w Kościele w księżniczki. Jak odnowić tę prawdę, żeby odrzeć ją z ckliwości, żebyśmy zrozumieli, jak jest fundamentalna i wciąż aktualna? Jak to przełożyć na dzisiejszy język, dzisiejsze doświadczenie, skoro nikt już dziś nie poważa królów? Kim jestem – córką Kulczyka, ulubienicą Billa Gatesa, muzą Armaniego? Doradzam Obamie, dziedziczę po Hiltonie, gram w piłkę z Messim, śpiewam w duecie z Michaelem Bublé (tak!). Każdy może tu sobie podłożyć coś sugestywnego, swoje własne tłumaczenie. To więź decyduje o tym, kim jestem. Jestem arcycenna; jestem najważniejsza dla Najważniejszego. Oto chrześcijański punkt wyjścia.

Skoro tak, to gdzie się podział mój VIP-owski status? Czemu tak się czuję, jakbym całe życie jechała na gapę? Jakbym grała rolę, udawała kogoś lepszego, kogoś, kim nie jestem, i zaraz miała zostać zdemaskowana, ośmieszona, pociągnięta do odpowiedzialności? Jakby wszystko miało się wydać. Jakie wszystko?

Mój przyjaciel z Anglii, który przez wiele lat wiódł życie takie, jakie wiedzie tam przeciętna łaknąca rozrywki i pozbawiona nadziei młodzież, aż znienacka skonfrontował je z Ewangelią – zwierzył mi się raz, że kiedy wchodzi do kościoła, czuje się niegodny. Prawda o nim samym nie jest dla niego wyzwoleniem, ale utrapieniem, właśnie dlatego, że był pozbawiony tego startu, jakim jest poczucie więzi. Nie czuje się kochanym synem, czuje się słabym facetem, który utracił kontrolę nad życiem, liczbą opróżnionych butelek, straconych posad i złamanych serc. I choć fakty są faktami, to jednak ten, kto mu ciągle podszeptuje: jesteś nikim, jesteś niegodny – jest ojcem kłamstwa.

Myślę, że każdy z nas boryka się z takimi małymi, prywatnymi kłamstwami, które w pewnym momencie pozwalamy sobie wcisnąć, a które czasem stają się w naszym życiu dominującą narracją. Że jestem beznadziejny, nic niewart, że nic mi się nie udaje, albo przeciwnie – że muszę być doskonały, ciągle coś komuś udowadniać, że – najbardziej przewrotne – muszę się starać zasłużyć na miłość… Ojciec kłamstwa, dążąc obsesyjnie do zerwania naszej relacji z Bogiem, uderza w ten sposób w jej słaby punkt – w moje poczucie wartości, w moją tożsamość. Złe są te natchnienia.

Jeśli jednak w pytaniu, kim jestem i ile jestem warta, oprę się na tym, czyim jestem dzieckiem i kto za mnie umarł – śmiało spojrzę co rano w lustro, mimo iż będę jak najbardziej świadoma zła i słabości we mnie tkwiących. Właśnie to pozwoli mi przyjąć prawdę o mnie, nawet trudną, w wolności, bez udawania. W przeciwnym razie czeka mnie samoubóstwienie albo rozpacz, a najpewniej jedno i drugie, po kolei. Jedno i drugie zamyka na miłosierdzie, sprawia, że nie umiemy lub nie chcemy go przyjąć. A czyż na czymkolwiek innym, niż przyjmowanie miłosierdzia, polega chrześcijaństwo?

Tags:

You Might also Like

2 Komentarzy

  1. max 3 października 2014

    A ja myślę że z tą niegodnością coś jest. Łk 14,26 pisze „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”.
    Nie chodzi oczywiście o wojowanie z najbliższymi czy odrzucanie ich ale raczej o to że jeżeli nie zauważam różnicy że Bóg jest lepszy od nas wszystkich – ode mnie (to oczywiste) ale nawet od mojej matki (wszak to ją z reguły kochamy najbardziej) to nic tu po nas.

    Myślę że wchodząc do kościoła powinniśmy zdawać sobie sprawę z naszej niegodności i cieszyć się że Dobry Bóg pozwala nam ze sobą przebywać. Zatem twój przyjaciel jest – moim zdaniem – w dobrym miejscu.

    Odpowiedz
    1. Kasia Węglarczyk 5 października 2014

      Pytanie, czy on się cieszy? Wiadomo, że jesteśmy niegodni. Jednak horyzont chrześcijański jest taki, że pomimo tej niegodności jestem wybrana, cenna, kochana, i to mnie ratuje od rozpaczy. Moja niegodność nie jest paradoksalnie taka ważna, bo w ogóle to nie ja jestem tu punktem odniesienia. Jeśli moja niegodność wpędza mnie w rozpacz, pozostaję skupiona ciągle na sobie. A nie o to wszak chodzi, lecz o skupieniu na Kimś innym. I to On decyduje, kim jestem, a nie moje poczucie godności czy nie.

Dodaj komentarz

Related Stories