LOADING

Type to search

Praktykujący niewierzący

Kasia Węglarczyk 24 maja 2013
Share

Nie kłopoczmy się przesadnie „wierzącymi niepraktykującymi”. Jeśli nawet stoi za tym szczera troska o nich samych, to przede wszystkim chyba warto pamiętać, że Pan Bóg troszczy się o nich o wiele bardziej. Dla nas palącym pytaniem pozostaje to, czy my – praktykujący, a nawet szczególnie zaangażowani w owe praktyki, zwłaszcza ci – jeszcze wierzymy.

„Prawie każdego poranka budzę się jako człowiek niewierzący” – wyznaje John Eldredge w znakomitej książce „Podróż pragnień” (pozycja dla mnie z wielu względów równie ważna, co jego sławetne „Dzikie serce” i „Urzekająca”, a być może nawet ważniejsza, bo dotyka spraw jeszcze bardziej podstawowych). Podkreśla konieczność ciągłego odświeżania pamięci wiary, odwoływania się na nowo do tego, co stoi u podstaw życia duchowego: pragnienia, jakie tli się w głębi serca każdego człowieka, większe, niż na co dzień skłonni jesteśmy przyznawać – i któremu Bóg wychodzi na spotkanie.

W różnych wariacjach, raz za razem powraca w środowiskach okołokościelnych dyskusja na temat statusu osób określających się mianem „wierzących niepraktykujących”, czy raczej na temat prawomocności samego tego określenia. Zasadniczo kierunek namysłu jest taki: wiara wymaga jakichś form uzewnętrznienia; jeśli ktoś odżegnuje się od praktyk religijnych lub są mu one obojętne, czy można tu jeszcze mówić o wierze? Z tym wiąże się potrzeba diagnozy socjologicznej: ile mamy w Polsce rzeczywistych katolików, i jak to się ma do statystyk opartych na deklaracjach? Troska o te kwestie jest naturalnie w pewnym stopniu uzasadniona (choć otwiera się tu wiele pytań: co to znaczy „wierzyć prawdziwie”, czy da się – i czy wolno – to mierzyć, jak w ogóle rozumieć „praktykowanie wiary”…). Nie sądzę jednak, by naprawdę było to największym zmartwieniem Kościoła, ilu ma aktywnych członków. Nie kłopoczmy się przesadnie „wierzącymi niepraktykującymi”. Jeśli nawet – w co chcę wierzyć – stoi za tym szczera troska o nich samych, to przede wszystkim chyba warto pamiętać, że Pan Bóg troszczy się o nich o wiele bardziej. Dla nas palącym pytaniem pozostaje to, czy my – praktykujący, a nawet szczególnie zaangażowani w owe praktyki, zwłaszcza ci – jeszcze wierzymy.

Oczywiście, także i ten problem można postawić na płaszczyźnie ogólnosocjologicznej, w szczególności choćby „klerykalnej”: czy wiara przenika nasze struktury? Zdarza mi się powiedzieć czasem o jakimś duchownym: to dobry kapłan, wierzący – jakby nie było to wcale oczywiste (bo i faktycznie nie musi być). Można więc myśleć generalnie o Kościele jako instytucji, stawiać tezy o hipokryzji, ubolewać nad rutyniarstwem proboszczów czy płytkością formacji w seminariach. Można też – co jeszcze bardziej samonarzucające się, i co wielu autorów precyzyjnie czyni – wskazać na dewaluację wiary dokonującą się dziś często poprzez jej zideologizowanie, wykorzystywanie do celów politycznych czy tym podobnych. Można w końcu pochylić się nad zagadnieniem „pobożności ludowej” i pozastanawiać się trochę nad autentycznością niektórych pobożnych praktyk.

Wszelako nie o to chodzi, żeby się obyć generalizacjami. Pod tym względem publicystyka nie zawsze jest pomocna, lubi bowiem zdradziecko przenosić zagadnienie z „ja” na „oni”. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że są to wszystko łatwe sztuczki naszego umysłu, obliczone na to, aby ze sfery wiary odesłać nas ku bezpiecznemu terenowi religijności, aby – mówiąc językiem Eldredge’a – uniknąć wymiaru serca. A właśnie serce powinno nas tu zająć najbardziej, bo ono jest areną spotkania.

Co na płaszczyźnie serca oznacza, że grozi mi „praktykowanie bez wiary”? Myślę że tak jak rozmaite są powody, dla których religia może odpychać, tak równie zróżnicowane są te, dla których może przyciągać. Pomińmy już zwykłą pogańską interesowność, pragnienie załatwienia sobie jakichś konkretnych spraw doczesnych czy wiecznych przez zapalenie świeczki przed obrazem (choć i to w każdym z nas zapewne siedzi). Moje religijne zaangażowanie może wynikać z czegoś daleko mniej uświadamianego, generalnie – z desperackiej potrzeby uchwycenia się czegoś w chaotycznej, zdekonstruowanej rzeczywistości. Z potrzeby bezpieczeństwa, hierarchii, jakichś określonych ram. Z potrzeby formy, rytuału. Z potrzeby jasnych wytycznych moralnych. Z potrzeby tożsamości, przynależności, posiadania wspólnoty, dzielenia z kimś dziedzictwa. Z potrzeby wyższości i poczucia bycia wybranym – jak celnie mawia mój kolega, dla „wybornego samopoczucia”. W gruncie rzeczy znajdujemy tu tę samą interesowność, to samo przykrawanie sacrum do moich osobistych braków. Właśnie owo wyborne samopoczucie może być sygnałem, że z wierzących przeszliśmy już na pozycję li tylko praktykujących; ono bowiem oznacza zerwanie kontaktu z wewnętrznym pragnieniem. Zapominamy, że stoimy wobec tajemnicy Osoby, która domaga się osobowej odpowiedzi, i czynimy Boga po prostu jednym z otaczających nas przedmiotów.

Pewien mój znajomy kapucyn powiedział kiedyś o rekolekcjach prowadzonych dla osób zaangażowanych w życie Kościoła, że przypominają prostowanie bananów. Im kto bardziej zaangażowany, tym trudniej się nawrócić. Tymczasem jeśli za ojca wiary uznajemy Abrahama, to ze względu na to, że nie poprzestał na wybornym samopoczuciu, ale ruszył za głosem. Zaufał i ruszył. Nawiązał więź. Poszedł za spotkaną Osobą. Tylko tyle i aż tyle, bo jeśli o tym tak dogłębnie pomyśleć, to ciarki chodzą po plecach. Z pewnością nie znajdę tu stabilizacji, bezpieczeństwa ani gwarancji rozwiązania kłopotów natury teoretycznej i praktycznej. To wkroczenie na teren rzeczywistości, która jest tajemnicą, która przekracza i rozsadza wszelkie konstrukcje. I jeśli jutro rano po przebudzeniu pomyślę, wzorem Eldredge’a, czy jestem na to gotowa, to bardzo możliwe, że podzielę jego intuicję.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz