LOADING

Type to search

„Pewnie przyjdzie po kopertę…”.

Ba Laski 25 stycznia 2019
Share

Powyższe zdanie, to najczęściej słyszana opinia wśród Polaków – również
katolików – w okresie kolędowym. Czy naprawdę tak jest? Czy liczy się przysłowiowa „koperta”, czy też kolęda ma inny wymiar i cel? Sprawdziłam to na własnej skórze.

14 stycznia 2019 roku, poniedziałek. Jest późne popołudnie. Za dwie godziny spodziewamy się wizyty księdza, czyli tak zwanej kolędy.

Analizując w głowie celowość takich spotkań, przypominam sobie niedawno przeczytany tekst z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Szybko go szukam. Jest! Oto cytat:

>> kan. 529 § 1: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeżeli w czymś nie domagają – roztropnie ich korygując.” <<

A zatem według prawa kościelnego proboszcz lub inny kapłan z danej parafii – pasterz – podczas spotkania chce poznawać i wspierać swoje owce, czyli wiernych.

Dotychczas przyjmowałam księdza w mojej rodzinnej parafii. Zawsze przychodził kapłan, który znał dobrze mnie i moją rodzinę i być może dlatego atmosfera była zawsze miła, radosna. Ale dziś będzie inaczej. Przyjmujemy księdza w nowym miejscu zamieszkania, w dużej parafii, w której bez wizyty duszpasterskiej kapłani nie mają szans poznać wszystkich parafian. Dlatego postanowiłam sprawdzić, czy będzie to według stereotypów, wizytacja „na pięć minut”, czy wizyta zgodna z opisem z Prawa Kanonicznego.

Póki co, zastanawiam się jak i kiedy powstała tradycja wizyt, zwanych kolędą. Szukam informacji i już po krótkim researchu znajduję bardzo ciekawe informacje, których z pewnością nie zna większość osób czekających na kolędę – choćby w na moim osiedlu.

Otóż, jak się okazało, to tradycja wywodząca się już ze starożytnego Rzymu, gdzie nowy rok rozpoczynało się odwiedzinami, które nazywano „kalendy”, czyli właśnie spotkania noworoczne. Ale nazwa „kolęda” ma inne źródło. Podobno trafiła do Polski dzięki Czechom, a oznaczało nic innego, jak pieśń noworoczną, śpiewaną podczas podobnych spotkań, jak te w starożytnym Rzymie. Zresztą i dziś kapłan z ministrantami podczas wizyty kolędowej, śpiewa właśnie kolędy. Choć nie odnoszą się jak dawniej do powitania nowego roku, ale powitania nowo narodzonego Jezusa Chrystusa.

A zatem noworoczne spotkania to nic nowego. Kolęda znana nam dziś jako spotkania z kapłanem, ma poza poznaniem parafian i rozmową o ich troskach, pozwolić kapłanowi pobłogosławić każdy dom i mieszkańców danej parafii.

Pamiętam też, że moja prababcia wspominała, że od dawnych czasów ludzie upatrywali w księdzu przedstawiciela samego Chrystusa, którego chcieli przyjąć swoim domu i sowicie ugościć. Stąd do dziś w małych miejscowościach i na wsiach, modne są obiady, na które proboszcz jest zapraszany przez parafian.

Ale cały czas czytam o spotkaniu, poznaniu, przyjęciu Chrystusa do domu na cały nowy rok. Myśląc lekko sarkastycznie o wspomnianych wcześniej stereotypach „kolędowych”, na razie nic nie znajduję o wspominanych ciągle kopertach. Zatem szukam dalej.

Znajduję zatem jeszcze informacje, że pierwotnie kościół przyjął znane w starożytności spotkania noworoczne na czas tak zwanego święta Trzech Króli. Niegdyś kapłan, dziś domownicy piszą w tym dniu na drzwiach domu lub mieszkania litery K+M+B lub C+M+B oraz aktualny rok, co z reguły jest interpretowane jako skróty imion trzech królów: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Ale tak naprawdę biorą się od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi). Jednak ze względu na ilość parafian, szczególnie w dużych miastach, czas wizyt duszpasterskich znacznie się przedłużył. Zatem księża nie mają szans odwiedzić wszystkich 6. stycznia. Co ciekawe święto Trzech Króli, jest również nazywane świętem Objawienia Pańskiego. To przesłanie pokazujące bardzo mocno celowość tych wyjątkowych spotkań.

Ale cały czas zastanawiam się dlaczego Polacy tak mało przywiązują wagę do tych znaczeń i niesamowitej symboliki spotkań kolędowych, a tak bardzo koncentrują się na tradycyjnych datkach na kościół, wręczanych podczas takiej wizyty? Czy rzeczywiście teoria i praktyka tak bardzo się rozmijają? Dziś to sprawdzę.

Na stole przykrytym białym obrusem już czekają ustawione świece, woda święcona i Biblia z „milionem” zakładek w ważnych miejscach (pamiątka z dnia bierzmowania). W głowie cały czas mam jedną myśl. Czy ludzie opierają swoje opinie na temat kolędy na własnych doświadczeniach, czy na podstawie powtarzanych stereotypów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością?

Chwilę zadumy przerywa dzwonek. Jest. Zaczyna się!

Witamy się serdecznie z kapłanem, naszym proboszczem. Modlimy się. Jest chwila skupienia. Ksiądz kreśli krzyż w powietrzu, błogosławi nas i miejsce, gdzie toczy się każdy nasz dzień. Z uśmiechem rozpoczyna rozmowę, częstuje ciastem i prosi o herbatę, bo jak mówi: „chwile sobie pogadamy”. Wbrew stereotypom, nie wychodzi z prędkością światła, z kopertą w ręce. Niestety, wielu malkontentów, narzekających na przebieg wizyt duszpasterskich byłoby teraz zawiedzionych.

Rozmawiamy długo i na wiele tematów. O remoncie kościoła, który wyszedł pięknie. O pracy, historii, teraźniejszości, marzeniach, dzieciństwie, życiu, spostrzeżeniach, ciastkach, którymi się zjadamy, popijając je herbatą. Śmiejemy się i dziwimy, bo ksiądz opowiada nam również bardzo wiele. Również o wierze, kościele i niedzielnych Mszach św. Według podpowiedzi zegara rozmawiamy półtorej godziny. Ksiądz żegna się z nami, dziękując za miłą gościnę. Przy drzwiach rozmawiamy jeszcze chwilę. W ostatniej chwili wręczam księdzu tradycyjne datki na naszą parafię. Wszyscy o tym zapomnieliśmy podczas długiej i ciekawej rozmowy. Nie dzieje się nic z miejskich opowieści o kolędach.

Skąd zatem biorą się stereotypy? I dlaczego z niektórych domów księża – podobno – tak szybko uciekają? Lub według innych opowieści, kapłani patrzą na takie spotkania tylko pod względem korzyści materialnych? Ja, ani w mojej rodzinnej, ani nowej parafii nie spotkałam się z takimi zachowaniami. Pytam znajomych, przyjaciół jak u nich przebiegły kolędy. Wszyscy mają podobne spostrzeżenia co ja.

Było miejsce na spotkanie, modlitwę, rozmowę i błogosławieństwo. Czas na poznanie się. Na sprawdzenie czy na drzwiach jest napis C+M+B oraz wspólne wypicie herbaty w miłej atmosferze. Wszystko według zasad Prawa Kanonicznego i według opisów tradycji. Hmm? Na koniec dnia, przed snem, wpada mi do głowy ostatnia myśl. Może coś w niej jest? Nie wiem. Ale może…

Może to wszystko zależy od gospodarzy? Od tego czy chcą przyjąć gościa, który reprezentuje Kogoś ważnego? Od tego, czy dla domowników ważne jest błogosławieństwo i spotkanie z drugim człowiekiem, czy podarowanie datku i najszybsze „pozbycie” się gościa, żeby mieć to „za sobą”? Być może wizyta duszpasterska jest lustrem tego kim jesteśmy i jakie jest nasze podejście do wiary? Nie wiem. Być może… Dobranoc.

Dodaj komentarz