LOADING

Type to search

Pasjonująca relikwia Pasji

O. K. 3 marca 2013
Share

W Wielką Sobotę, 30 marca tego roku ważąca tonę hermetyczna, kuloodporna gablota, wypełniona w 99,5 procent argonem (by zabijać bakterie żyjące w środowisku tlenowym) i w 0,5 procent tlenem (by zabijać te które żyją w beztlenowym), ze zdalnie regulowaną w środku temperaturą, ciśnieniem i wilgotnością, zostanie hydraulicznie podniesiona i umieszczona w drugiej, większej gablocie służącej do wystawień. Na określony znak w turyńskiej katedrze pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, zabłysną świata, włączone zostaną kamery telewizyjne. Na jedną godzinę. W tym czasie miliony telewidzów na całym świecie będą mogły podziwiać najcenniejsze, najniezwyklejsze, najbardziej przebadane i najbardziej tajemnicze lniane płótno w dziejach. Będzie to jego drugi telewizyjny pokaz w historii -pierwszy odbył się 23 listopada 1973 r.

A wszystko to wyłącznie za osobistą zgodą emerytowanego już papieża Benedykta XVI, do 28 lutego będący formalnym posiadaczem Całunu Turyńskiego. Odziedziczył go po swoim poprzedniku na tronie piotrowym, papieżu Janie Pawle II, a ten z kolei objął je w posiadanie na mocy ostatniej woli ostatniego władcy Włoch z dynastii sabaudzkiej, byłego króla Humberta II, zmarłego na wygnaniu w 1983 roku. Była to rodzinna świętość Casa di Savoia, od czasów Ludwika I Sabaudzkiego. Zakupił go nieoficjalnie w 1453 roku od pewnej ekskomunikowanej wdowy, ostatniej z niegdyś dumnego rodu. Czym naraził się kanonikom z pewnej małej kolegiaty w Lirey w Szampanii, uważających się za prawowitych właścicieli płótna. Udobruchał ich w końcu obietnica odszkodowania (którego i tak nigdy nie wypłacił).

Skąd owa wdowa miała to płótno? Sama twierdziła że płótno stanowiło "conquis par feu "jej dziadka, bohatera, który podczas bitwy z anglikami pod Poitiers w 1356 roku oddał własne życie za życie króla Francji Jana II. Co dokładnie znaczy określenie "conquis par feu" nie bardzo wiedzą nawet dzisiejsi Francuzi, a najbardziej przekonujące wyjaśnienie mówi że znaczy to mniej więcej tyle: "odziedziczyłam to po dziadku i nie wciskajcie nosa w nie swoje sprawy". Faktem jest, że tajemnicze pojawienie się Całunu w Lirey w połowie XIV wieku w posiadaniu francuskiego rodu de Charny, fundatorów lokalnego drewnianego kościółka (który z miejsca stał się kolegiatą) budziło podejrzenia. Jak również i zazdrość o zyski uzyskane dzięki napływającym pielgrzymom, nabywającym m.in. specjalne medaliony z wizerunkiem płótna, na którym odbiły się przód i tył sylwetki nagiego poranionego człowieka. Jeden taki medalion wyłowiono z Sekwany w połowie XIX wieku, natomiast zaledwie kilka lat temu odkryto fragment foremki służącej do wyroby tego typu medalionów.

Nie wiemy jaki motyw kierował biskupem diecezji Troyes (któremu podlegało Lirey) Piotrem z Ars -zazdrość, chciwość (środki finansowe były mu pilnie potrzebne na remont katedry), czy może zwykła troska o dusze wiernych. W każdym bądź razie na przełomie 1389 i 1390 roku próbował nieudanie z pomocą autorytetu świeckiego zarekwirować Całun, który uważał za zwykłe oszustwo, malowidło, które jak napisał w swoim memorandum do awiniońskiego antypapieża Klemensa VII, pojawiło się w Lirey "34 lata, lub coś koło tego" wcześniej. W tymże dokumencie, będącym potwierdzeniem pojawienia się Całunu w połowie XIV wieku napisał też, że jego poprzednik, biskup Henryk z Poitiers "po wnikliwym dochodzeniu i badaniach wykrył on szalbierstwo oraz sposób w jaki wspomniane płótno zostało chytrze pomalowane, prawdę poświadczył zaś ten artysta, który je namalował."

Pytaniem jest tutaj jednak: kto tak naprawdę poświadczył prawdę? Czy Piotr z Ars, który mając do dyspozycji archiwa diecezji nie potrafił powiedzieć jak bardzo "koło tego" 1355 roku (na który wskazuje zwykła arytmetyka) opisane przez niego wydarzenia się rzekomo rozegrały? Zwłaszcza że w 1356 Henryk z Poitiers wychwalał pod niebiosa Geoffreya de Charny, chorążego Oriflamme, bojowego proporca królów Francji, i fundatora kolegiaty w Lirey za ten właśnie czyn. A w następnym roku, już po bohaterskiej śmierci Geoffreya, dwunastu biskupów udzieliło licznych odpustów pielgrzymom odwiedzającym Lirey nie wspominając słowem o jakimś skandalu z malowidłem udającym rzekomo prawdziwy całun pogrzebowy Jezusa Chrystusa. Szkoda też że Piotr z Ars nie wymienił kim był ów artysta malujący płótno znane nam dzisiaj jako Całun Turyński. A to tylko kilka z wątpliwości, dociekań, domysłów na jakie jesteśmy skazani jeśli chcemy poznać prawdę skąd to płótno wzięło się w Lirey ponad 1300 lat po śmierci Jezusa zwanego Chrystusem.

Tak czy siak, wysiłki Piotra z Ars by zdyskredytować Całun spełzły na niczym. Klemens VII, spowinowacony z rodzinką de Charny kazał mu siedzieć cicho pod groźba ekskomuniki. Pierwotne zastrzeżenia, które sprawiły że awinioński antypapież zmusił strony do zgniłego kompromisu (Całun mógł być przedstawiany tylko jako "podobizna" prawdziwego Całunu), w czasach gdy płótno przeszło w ręce książąt Sabaudii poszły w zapomnienie i już w 1506 roku Juliusz II zezwolił na oddawanie czci Całunowi jak autentycznej relikwii. Ale nadal podnosiły się glosy sprzeciwu, najpierw ze strony protestantów, oburzonych szalbierczą "papieską relikwią", później ze strony wielu innych, czy to myślicieli oświecenia, materialistów, czy nawet progresywnie nastawionych katolików uważających czczenie relikwii za przestarzały zabobon rodem ze średniowiecza. I nie trudno się im dziwić. W mniemaniu wielu dowód na fałszywość Całunu Turyńskiego jest prosty, w Ewangeliach nigdzie nie napisano że na całunie grzebalnym utrwalił się wizerunek zmarłego Jezusa i basta. Po co zadręczać sie jakąś dziwną i podejrzaną relikwią? Mało to oszustw było w średniowieczu? Czy nie ma innych godniejszych zajęć dla tych którzy, polegając na Biblii i innych pismach z pierwszych wieków chrześcijaństwa, wykopaliskach archeologów, chcą dotrzeć do czasów Jezusa, pozostawiając "niegodne" badania nad Całunem oszołomom (podobnym do poszukiwaczy UFO czy Atlantydy) którzy się tym fascynują?

Może. Tak myśli wielu, którzy sądzą że ta relikwią nie warto się zajmować. Że trzeba ją zepchnąć na margines. Ale w 1898 roku nieznane wyroki Opatrzności sprawiły że tym którzy uważali Całun Turyński za średniowieczne szalbierstwo z wrażenia opadły szczęki, a pięści zacisnęły się w złości. W owym pamiętnym roku turyński adwokat i fotograf amator, Secondo Pia, otrzymał pozwolenie na zrobienie pierwszych zdjęć Całunu Turyńskiego podczas jego publicznego pokazu -pierwszego od 30 lat. Wywołując naświetlone wcześniej klisze dostrzegł (jak to nazwali Bruno Barberis i Massimo Boccaletti w swojej książce) blask oblicza w ciemni…

By zrozumieć w czym rzecz musimy przypomnieć sobie podstawy klasycznej, czarno-białej fotografii. W wielkim uproszczeniu aparat to po prostu obiektyw (soczewka) rzucająca obraz na płaską powierzchnię kliszy fotograficznej. Klisza ta pokryta jest zawiesiną kryształków halogenków srebra w żelatynie. Te związki chemiczne mają ta cechę że są materiałami światłoczułymi. Pod wpływem fotonów rozpadają się uwalniając czyste srebro, zabarwiające dany rejon kliszy na który pada światło na czarno, im więcej tego światła pada tym ciemniejsze klisza w tym miejscu (z pewną stałą proporcjonalności). Ale chyba powinno być na odwrót, chcemy przecież żeby obszary na które pada światło były jaśniejsze? Zgadza się i dlatego musimy zrobić jeszcze zdjęcie kliszy by odwrócić ten proces. Pierwotnie naświetlaną kliszę nazywamy negatywem, oprócz odwróconej tonacji barw ma jeszcze tę cechę że jest odbiciem lustrzanym (kto uważał na lekcjach fizyki i wie jak rozrysować przebieg promieni w soczewce może się przekonać dlaczego), drugą, już właściwą, nazywamy pozytywem. Negatywy oprócz tego charakteryzują się tym że są zwykle mniej kontrastowe od pozytywów.

I właśnie ta ostatnia cecha negatywów fotograficznych okazała się kluczowa. Gdy Pia wyciągał kliszę z kąpieli doznał wstrząsu. Zamiast bladego ledwie widocznego zarysu ciemnej postaci jaką gołym okiem można dostrzec na Całunie Turyńskim dostrzegł, wyłaniająca się niczym duch z ciemności, jasną, wyraźną postać mężczyzny. Tym bardziej wyraźną, że ludzki wzrok ma tę cechę, że lepiej widzi jasne przedmioty na ciemnym tle niż odwrotnie. Pia zrozumiał w czym rzecz. Obraz na Całunie Turyńskim jest negatywem fotograficznym, a on zaś zamiast negatywu wywołał docelowy pozytyw. A przecież fotografia nie liczyła wówczas nawet stu lat!!! Biskup Piotr z Ars najwyraźniej zwyczajnie bajdurzył (lub w inny sposób rozmijał się z prawdą) gdy pisał że Całun został "chytrze namalowany" przez anonimowego artystę. Ów artysta nie mógł znać fotografii, albo był niezwykłym geniuszem o co najmniej 450 lat wyprzedzającym swoje czasy.

Tak narodziła się syndonologia -interdyscyplinarna nauka o Całunie Turyńskim. Lekceważona przez jednych, wyśmiewana przez innych, będących następcami średniowiecznego francuskiego biskupa, przez następne 90 lat niestrudzenie gromadziła coraz więcej dowodów na autentyczność Całunu Turyńskiego. Aż do czarnego dnia 13 października 1988 roku kiedy ogłoszono wyniki datowania radiowęglowego Całunu Turyńskiego… 1260-1390! brzmiał werdykt. A zdaniem tych którzy go wydali wszyscy którzy wierzą jeszcze w autentyczność Całunu Turyńskiego to idioci, porównywalni z tymi co wierzą że Ziemia jest płaska. Do radiowęglowej loży szyderców dołączyli inni, których nazwisk z litości póki co nie wymienię, następcy Piotra z Ars, uważający że wiedzą jak "chytrze pomalować" lniane płótno by uzyskać dokładnie taki sam wizerunek jak na Całunie Turyńskim.

Tylko czy naprawdę wiedzą jak to zrobić? Czy ich sposoby są w stanie wykonać kopię wizerunku ukrzyżowanego mężczyzny, obraz który jest monochromatyczny, negatywowy, niezmywalny, stabilny termicznie, idealnie izotropowy, gładki i pozbawiony ostrych konturów, w pełnej skali szarości, odwzorowujący korelację pomiędzy jasnością wizerunku a odległością ciała od płótna (co kolokwialnie, choć nie do końca poprawnie nazywa się trójwymiarowością wizerunku), utworzony przez kwasowe utlenienie na powierzchni tkaniny (wnikające nie głębiej w głąb włókien niż kilkaset nanometrów), by wymienić tylko kilka z cech szczególnych wizerunku na Całunie Turyńskim które WSZYSTKIE muszą być uwzględnione by uzyskać dokładną kopię. Jak sugerują ostatnie badania BYĆ MOŻE dałoby się to zrobić wykorzystując odpowiednio zaprogramowane impulsowe lasery ultrafioletowe o mocy rzędu milionów watów. Tylko że takich urządzeń nie było w średniowieczu, kiedy wg testu radiowęglowego miał zostać utkany Całun Turyński…

Ale czy test radiowęglowy definitywnie zakończył sprawę? Czy Całun Turyński naprawdę jest falsyfikatem? Jeśli nie, to jaka jest jego historia? Co mówią wyniki badań naukowych? Którym wynikom wierzyć? Komu zaufać? Kto mówi prawdę a kto kłamie? O tym wszystkim w następnych odcinkach serii…

Następny artykuł

Dodaj komentarz