LOADING

Type to search

Tags: ,

Pasja czy uzależnienie?

Marta Cypel 7 maja 2019
Share

Z Renatą Ciurzyńską, pielęgniarką, pilotem, przewodnikiem po Warszawie i miłośniczką gór rozmawia Marta Cypel

Marta Cypel: Dla Pani góry to pasja czy uzależnienie?

Renata Ciurzyńska: Myślę, że pasję i uzależnienie dzieli bardzo cienka granica, minimalna można by było powiedzieć. Pasja to jest coś, bez czego nie można żyć, i chce się coraz więcej, i prawie wszystko możemy dla tego poświęcić. Natomiast każdy wie, co to jest uzależnienie, nie będę rozwijała tego tematu. Kiedyś jeździłam w góry trzy razy w roku, później pięć razy w roku, teraz jeżdżę raz w miesiącu. Muszę przyznać, że to jest bardzo, bardzo mało…

Skąd się wzięła ta pasja w pani życiu?

Tego nie wiem. Od zawsze kocham góry, lubię w nie jeździć, lubię je zdobywać, lubię chodzić. Myślę, że coś gdzieś tam w środku się obudziło. W czwartej klasie znalazłam LOP, czyli Ligę Ochrony Przyrody i tam się zapisałam, żeby z nimi jeździć na obozy wędrowne. Od czwartej klasy podstawówki, czyli już 38 lat, kontynuuję tę jazdę. Już dzisiaj są to duże góry, wyższe i w innej konfiguracji niż wtedy, ale nadal góry.

Co takiego jest w górach? Czy chodzi właśnie o zdobycie szczytu, czy o to, żeby po prostu przejść, podziwiać krajobrazy? Co tak ciągnie?

Mnie w góry ciągnie najbardziej chęć przebywania w nich. Sama droga się liczy. Oczywiście, szczyt jest wisienką na torcie i każdy idzie po tę wisienkę. Schodz bez szczytu w kieszeni, tak jak to było w styczniu, to jest niesamowity ból. Nie będę oszukiwała, że…, że i tak jest fajnie, bo jest, oczywiście, ale ja szłam po ten szczyt i ja go nie zdobyłam. Płakałam bardzo długo… Dzisiaj wiem, że w styczniu za rok jadę i go zdobędę, ale samo przygotowanie, sama droga, pokonywanie siebie. Ja dopiero na koniec grudnia – początek stycznia – dopiero zobaczyłam granice swoich możliwości, których nigdy w życiu jeszcze nie pokonywałam. Możliwe, że za rok, za dwa, te granice znowu pokonam i wtedy znowu o te następne granice będę wyżej.

Jak wyglądają przygotowania do takiego wyjazdu jak ostatnio? I gdzie to było?

Aconcagua, w Argentynie.

To szczyt ilu metrowy?

6 tysięcy 962 metry, prawie bez 38 metrów siedmiotysięcznik, ale on jest o tyle trudny, bo on jest na półkuli południowej jeden jedyny. Tak jak wszystkie inne szczyty są na półkuli północnej, ten jest na półkuli południowej, dwa oceany ma po boku, trzecia jest Antarktyda. Od Antarktydy wiejące zimno jest wszechobecne, tam nie ma strony zawietrznej i tam bardzo rzadko prognozy pogody się sprawdzają, właśnie przez to zawirowanie. Także jest porównywalny, że jak się da radę na Aconcagule, to w tych Himalajach już będzie łatwiej, w co wątpię, ale zobaczymy…. Może kiedyś będę mogła to sprawdzić. Natomiast jeżeli chodzi o przygotowania, to całe życie człowiek się przygotowuje, całe życie jest człowiek w ruchu… Tak jak już wspomniałam, chodzę po tych górach, więc samo to chodzenie, jeżdżenie raz w miesiącu na te kilka dni, to już jest jakiś trening. Teraz przed Aconcaguą się przygotowałam, bo po Elbrusie i Kazbegu miałam bardzo słabą formę. Ledwo do siebie doszłam, co prawda to były dwa pięciotysięczniki w przeciągu 5 dni. Tu nie było czasu na regenerację organizmu. Troszeczkę po macoszemu swój organizm potraktowałam, nie mniej jednak byłam wykończona, więc postanowiłam, że troszeczkę zwiększę wydolność i wytrzymałość i tak trafiłam do pana trenera na indywidualne treningi. Efekty były spektakularne. Byłam, no może nie lepsza, ale tak samo dobra jak moja córka, która ma 23 lata, więc wróciłam na treningi, bo chciałabym jeszcze latem pójść na Pik Lenina. I na ten Pik Lenina nadal ćwiczę, nawet tu przyjechałam prosto z treningu, co widać… (śmiech)

Do którego metra udało się dojść i jaka była trudność nie do pokonania?

Z córką weszłyśmy dwa razy. Pierwszym razem weszłyśmy na 5 500, tam rozbiłyśmy obóz i stamtąd miałyśmy atakować szczyt. Zimno, które było w nocy, nie pozwoliło nam wyjść z namiotu, było nie do pokonania. To nas pokonało. Nasze morale poszły w dół. Musiałyśmy pójść na dół, do hotelu, wyspać się, wykąpać, zjeść i dopiero po takim trzydniowym odpoczynku, poszłyśmy jeszcze raz. Wtedy już w stylu alpejskim, po prostu cięłyśmy w górę. Byłyśmy zaaklimatyzowane. Doszłyśmy na 6000 tysięcy w bardzo dobrej formie obydwie, z bardzo dobrym nastawieniem, głowa pracowała prawidłowo i była kompatybilna z resztą ciała. Co ważne! (śmiech)

W górach bardzo!

I kilka godzin przed atakiem szczytowym, moja córka zachorowała. Choroba chyba jelit, bo i biegunka, i ból brzucha. Tu już nie ma wyboru, trzeba doczekać do rana, spakować obóz i schodzić jak najniżej, zupełnie na dół, do hotelu. Trzeba zapewnić warunki do wyzdrowienia takie, jakie są możliwe w danym miejscu, najlepsze, co na 6000 tysiącach jest absolutnie niemożliwe.

Porażka?

Porażka, ale nie przegrana. Tak się mówi: Przeżyję każdą porażkę, nie przeżyję, jak nie spróbuję. Dlatego mówię dla mnie porażka, ale nie przegrana. Bo przegrana jest wtedy jak ja przestaję walczyć, jeszcze się nie zdarzyło… Możliwe, że się kiedyś zdarzy…. Nie wiem, nie umiem tego powiedzieć… Póki co o tym nie myślę… Więc przegraną jeszcze nigdy nie byłam, porażek mam bardzo dużo na swoim koncie, właśnie między innymi taką jak ta Aconcagua. Co nie znaczy, że nie spróbuję. Za rok mam nadzieję, że się może spotkamy, będę wtedy bardziej szczęśliwa, żeby o tym opowiedzieć.

To liczymy na zdobycie tego szczytu. Została pani nagrodzona w Gali sportu, co oznacza to wyróżnienie?

Dla mnie oznacza to, że jeżeli ktoś weźmie przykład ze mnie, że w moim wieku można ćwiczyć, można sobie żyć, można być szczęśliwym, można mieć odwagi trochę, bo to trochę też wymaga odwagi, to się cieszę, że jestem dla kogoś przykładem. Zapraszam w góry.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz