LOADING

Type to search

Share

Całą noc przepłakał pod kościołem na ławce i obiecał że jak tylko dostanie pracę i mieszkanie, nigdy nie opuści kościoła i będzie wynagradzał Panu Bogu i nam za to wszystko.

Pochodzę z rodziny wielodzietnej, jestem pierwszym dzieckiem z sześciorga.

Rodzice moi byli nie praktykujący, twierdzili, że Bóg jest wszędzie, więc mogą modlić się gdzie chcą. Mama starała się czasami, przy większych świętach, chodzić z nami na mszę.

Mamusia była bardzo chorowitą osobą, jednak zawsze dbała o nas, pilnując, abyśmy nigdy nie opuścili lekcji w szkole i byli na religii. Chodziliśmy zawsze schludnie ubrani i pomimo ciężkich warunków zawsze najedzeni.

Tatuś mój był uzależniony od alkoholu, przez co zasmucał nas wszystkich, a najbardziej cierpiała mama.

Pamiętam, starała się zawsze w domu wszystko porobić i zadbać o nas, bo wiedziała, że przyjdzie pijany mąż i będzie musiała uciekać.

Trwało to osiem lat. Kiedy to zabrano tatę na leczenie i mama musiała sobie radzić sama. Poszła do pracy i wychowywała nas, było bardzo ciężko, jednak z pomocą Bożą wszystko potoczyło się dobrze.

Po dwóch latach tato wrócił z leczenia, był całkiem innym człowiekiem i już alkoholu nie używał, ani na lekarstwo. Jednak jego charakter się nie zmienił, był agresywny i taki daleki do nas dzieci, a mamę bardzo często bił, przepraszał i tak na zmianę. Jako dzieci broniliśmy tylko mamę, a w sercu prosiliśmy Boga  aby coś z tym zrobił.

Tato starał się jak mógł na swój sposób wynagradzać mamie to uczynione zło i nieraz mu to wychodziło.

Po mimo tych wszystkich problemów i trudnego życia rodzice w dobrym i złym wytrwali aż do śmierci.

Drugi etap mojego życia

Skończyłam szkołę ZSZ w zawodzie kucharz – garmażer w B-cu. Gdy miałam 21 lat poznałam mojego ówczesnego męża i po czterech miesiącach wzięliśmy ślub. Po roku urodziłam synka, po trzech latach córkę, a po następnych dwóch latach kolejnego synka.

Z powodu kłopotów mieszkaniowych musieliśmy zmienić miejsce zamieszkania, z Bolesławca na Rębiszów. Tu dopiero zaczął się dla mnie i moich dzieci prawdziwy koszmar. Mój maż został kierownikiem piekarni z możliwością zamieszkania w służbowym mieszkaniu.

Wszystko toczyło się bardzo dobrze, ja zajmowałam się domem i dziećmi a mąż prowadził piekarnię. Idylla nie trwała wiecznie; do pierwszej wizyty sanepidu i pierwszych dowodów wdzięczności w postaci drinków. Komisja przychodziła częściej, bo znaleźli kogoś kto im stawiał.

Mąż ciągle obiecywał że się to zmieni, że ma dość takiego życia i powie im to. Jednak kiedy się zjawili było tak samo. Zrobił się agresywny i bardzo nerwowy. Na jakiekolwiek moje słowo rzucał się i wychodził z domu. Pewnego razu zaczął rozwalać meble i rzucać butelkami, szkło rozpryskiwało się na wszystkie strony. Błagałam go aby przestał, dziecko małe leżało w łóżeczku, a drugie się z kącika przyglądało. Wybiegł z mieszkania. Niewiele myśląc spakowałam dzieci i wyjechałam do rodziców.

Za namową rodziców złożyłam na komisariacie o rozwód i został wyznaczony termin stawienia się w celu polubownym. Nadszedł dzień owego spotkania; chodziłam od okna do okna w sercu się modląc, co mam dalej robić? Myślałam o dzieciach bez taty i o Bożym Narodzeniu jak je sami spędzamy itd.

Na komisariat trzeba było jechać do Mi-ka, kiedy tam już byłam, pierwsze co zrobiłam wstąpiłam do kościoła. Milczałam chwilę przed Najświętszym Sakramentem i płakałam. Na milicji był również mój mąż i patrzył na mnie z zapytanie w oczach co dalej. Policjant zapytał mnie, co zdecydowałam; kierujemy do sądu,  czy nie?

Popatrzyłam jeszcze raz na męża, jego błagalne spojrzenie  i postanowiłam dać mu szansę. Odpowiadając -nie! Wróciłam do rodziców czekając na dalszą reakcję mojego męża. Po paru dniach przyjechał po nas do rodziców. Jak weszłam do mieszkania, byłam zaskoczona; wszystko odnowione i naprawione.

Na następny dzień mąż pojechał na Śląsk do Gliwic i tu starał się o pracę z mieszkaniem. Całą noc przepłakał pod kościołem na ławce i obiecał że jak tylko dostanie pracę i mieszkanie, nigdy nie opuści kościoła i będzie wynagradzał Panu Bogu i nam za to wszystko.

sło

Chcę nadmienić, że w Rębiszowie dwa lata nie chodziliśmy do kościoła, jedynie ochrzcić córkę i to w zakrystii. Musieliśmy tak nisko upaść aby Pan nas podniósł w swoim miłosierdziu.

Tags:

Dodaj komentarz