LOADING

Type to search

Pan Bóg a sprawa wrzodów

Kasia Węglarczyk 14 stycznia 2014
Share

Był biskupem, pisał grube traktaty, walczył z herezjami, wniósł nieopisany wkład w rozwój filozofii i teologii, a przy okazji stworzył kilka niezapomnianych chrześcijańskich bon motów, którymi do dziś z rozkoszą podpierają się kaznodzieje. Ja jednak kocham go za pewną krótką historię, którą przytoczył ponoć na marginesie jednego ze swoich dzieł. Augustyn.

Zatrzymał się kiedyś u pewnego Innocentego, który cierpiał na wstydliwą, a bolesną przypadłość. Fistuły, czyli wrzody. Miał ich, wedle relacji, „wielką liczbę, zawile umieszczonych w odbytnicy”. Przeszedł już jedną bolesną operację, konieczna była druga, ale sama myśl o tym napawała go skrajnym przerażeniem (nie trzeba dodawać, że żaden anestezjolog bynajmniej nie czekał w gotowości). Przyjaciele postanowili więc pomodlić się za niego, prosząc o cud uzdrowienia. W końcu „chirurdzy przybyli (…), przerażające instrumenty są wyłożone (…), właściwa część ciała zostaje odsłonięta; chirurg z nożem w ręku uporczywie wyszukuje fistuł do wycięcia. Szuka wzrokiem, bada palcem, używa wszystkich sposobów”. Nic z tego! Znalazł jedynie doskonale zagojone rany.

Uwielbiam tę historię, i śmiem twierdzić, że jest ona niemal równie cenna, jak cały teologiczny dorobek Augustyna. Trochę horror, trochę komedia, pokazuje bowiem prawdę, której mimo upływu siedemnastu wieków ciągle jeszcze nie przyswoiliśmy: nie ma spraw zbyt błahych dla Pana Boga. Nie ma dla Niego spraw lepszych i gorszych, problemów bardziej i mniej godnych, tematów nadających się i nienadających do polecania Mu w modlitwie. O ile wierzymy nabożnie, że nic nie jest dla Niego zbyt trudne, o wiele trudniej nam uwierzyć – naprawdę uwierzyć, a nie tylko gładko powtarzać – że nic nie jest zbyt banalne. A nie jest. Nic, co ludzkie nie pozostaje poza zasięgiem Jego zbawczego zainteresowania.

Pobożni Żydzi z czasów Mojżesza, chcąc się pomodlić, szli do Namiotu Spotkania, który był umieszczony na uboczu, z dala od codziennej krzątaniny, prozaicznych zajęć. Bóg miał wydzieloną sferę – poza obozem. Potem jednak przyszedł Nowy Testament, i jak czytamy w greckiej wersji Ewangelii Jana – Słowo rozbiło namiot między nami (dzięki Ci za tę uwagę, mądra Asiu!). W obozie. Żeby nie było nieporozumień, Bóg nadal pozostał nieskończenie święty, a ludzie skończeni i grzeszni. A jednak chciał wejść w to, co grzeszne, skończone i niegodne, i w sercu tego wszystkiego rozbił swój namiot. I został.

Trudno w to naprawdę uwierzyć, bo to istotnie jest gorszące. Godzi w nasze poczucie stosowności. Sacrum nie wolno mieszać z profanum. A czym innym jest zawracanie głowy Wszechmogącemu Bogu czyimś – przepraszam – wrzodem na tyłku? Tymczasem chrześcijaństwo od samego początku jest zgorszeniem. Zaczyna się przecież wielkim zgorszeniem Wcielenia. Zdaje się, że Kościół jest tego świadom, podobnie jak tego, co nastąpiło dalej – zgorszenia Krzyża. Wiemy więc, że jesteśmy zgorszeniem dla świata. To nic dziwnego; niektórzy nawet są z tego dumni. Gorzej jednak, że często sami gorszymy się Ewangelią w imię naszej pobożności. Jezus jednak do bardzo pobożnego i zgorszonego Piotra, który nie chce przyjąć prawdy o Jego bliskiej śmierci, mówi: Idź precz, szatanie! Ostrzej się już nie da powiedzieć. Żadna pobożność nie może być tamą dla łaski Boga, który przekracza ludzkie decorum. Ta łaska dotknęła fistuł Innocentego, bo jego Stwórca stworzył go jako całość – istotę cielesną i duchową – i pragnął jego szczęścia w całości, pragnął widzieć go zdrowym w każdym względzie.

Myślę więc o sprawach w moim życiu, które potrzebują uzdrowienia – o moich wrzodach, jak to dyskretnie ujął Augustyn, we „właściwej części ciała” – ale też we właściwej części duszy, moich emocji, mojej historii. O fistułach, które mnie męczą, bolą, przeszkadzają, ale są tak intymne, obciachowe, może ropiejące i cuchnące, a może tylko banalne i błahe, jakieś takie niepoważne, że wstydzę się komukolwiek o nich powiedzieć, nie mówiąc o prośbie o pomoc. Mam takie, oczywiście. Kto nie ma? Myślę o nich i próbuję to pojąć, i co więcej – przyjąć, że Jezus jest nimi zainteresowany. I że mogę Mu je powierzyć. On się nie zgorszy ani nie oburzy, ani nie odeśle mnie do bardziej pośledniej instancji. Nie istnieje żadna sfera, w którą nie mogę Go zaprosić. Właśnie dlatego zechciał się narodzić na gnoju.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz