LOADING

Type to search

Share

Z niecierpliwością czekałyśmy kiedy się pojawi. Gdy wychodziła zza pleców Kiko i stawała przy ambonce towarzyszył jej aplauz setek dziewcząt i kobiet. Jeszcze raz chciałyśmy usłyszeć, że jesteśmy niezwykłe. Usłyszeć o naszej godności i szczególnym powołaniu w rodzinie, Kościele i narodzie. A przede wszystkim, że mamy w sobie…fabrykę życia. Tak mówiła – fabrykę życia. Dla niektórych, takie określenie kobiecego łona, może wydawać się zbyt „techniczne”. Dla nas, było zupełnie zrozumiałe.

Myślę, że swoje korzenie miało ono w historii samej Carmen Hernandez. Przecież wychowywała się w dobie hiszpańskiej rewolucji industrialnej lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jej ojciec planował stworzyć własne imperium przemysłowe. W tym celu przeprowadził się z rodziną do Madrytu. A potem, wszystkie swoje dziewięcioro dzieci posłał na studia podporządkowane tej idei. Carmen przypadła w udziale chemia. Nie była ona jej pasją. Od dzieciństwa, bowiem dziewczyna marzyła o tym aby zostać misjonarką w Indiach. Ten szalony pomysł dojrzewał w niej w szczególnej atmosferze miasta, w którym się wychowywała – Tudeli nad brzegiem Ebro. Znajdowało się tam kolegium św. Franciszka Ksawerego. Placówka szczyciła się tym, że wyszło z niej w świat ponad 1000 misjonarzy. Carmen chodziła do szkoły prowadzonej przez siostry zakonne. Nieraz pojawiali się tam księża, którzy dzielili się swoimi doświadczeniami ewangelizacyjnymi z Indii,Japonii czy Ameryki. Dziewczynka chłonęła te opowieści. Wiele lat później mówiła – Czułam wewnętrzne powołanie do misji. Poznałam Franciszka Ksawerego zanim poznałam św. Pawła, i Pismo Święte. Dla mnie ideałem życia na przyszłość oraz ideałem chrześcijaństwa było bycie misjonarką,  jak św Franciszek w Indiach.

Absolutne nie

Jej marzenia starły się z marzeniami ojca. Każdego roku próbowała wyruszyć jako misjonarka ale pan Hernendez  jej nie pozwalał. Zawsze słyszała jego absolutne – nie. Pewnego razu zapytał ją – Powiedz mi o co chodzi z tym powołaniem. Pierwszym, który powiedział ci, że Bóg jest twoim Ojcem i, że nie ma innej prawdziwej rzeczy na  świecie, byłem ja… ale przejść od tego do zamknięcia w klasztorze… nie rozumiem. Ty przy swoim ojcu zrobisz o wiele więcej  dla misji niż z zakonnicami… Kusząca argumentacja ale powołanie było silniejsze. Umocniło się jeszcze gdy Carmen poznała w Madrycie jezuitę Ojca Sancheza, wybitnego teologa, który, między innymi, doprowadził do wydania po raz pierwszy w Hiszpanii mszału i Biblii w języku narodowym. On nauczył ją modlitwy i  kontemplacji Pisma Świętego.

Trudna droga do Indii

Gdy Carmen skończyła 21 lat i uzyskała dyplom z chemii…uciekła z domu. Ojciec nie mógł jej ścigać bo była już pełnoletnia. Udała się do miejscowości Javier gdzie wstąpiła do nowicjatu Instytutu Misjonarek Jezusa Chrystusa Tam miała przygotowywać się do wyjazdu do Indii. – W tym miejscu czekał na mnie Pan i udzielił mi ogromnych łask – wspominała po latach. Po nowicjacie wysłana została na studia teologiczne w Walencji prowadzone przez dominikanów. Był to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku i coraz głośniej zaczęto już mówić o Soborze Watykańskim II. Po ukończeniu studiów skierowano ją do Londynu. Indie należały wtedy  do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i Carmen musiała nauczyć się języka angielskiego oraz zdobyć odpowiednie dokumenty. Wszystko było na najlepszej drodze aby spełniły się jej misjonarskie marzenia.

Po prawie rocznym pobycie w Wielkiej Brytanii, została jednak, nagle odwołana przez Matkę Generalną do Barcelony. Wtedy zaczął się dla niej długi i ciężki czas oczekiwania na decyzję w sprawie wyjazdu na misje. W tym trudnym okresie życia, poznała o. Pedro Farnesa – największego hiszpańskiego liturgistę, absolwenta Instytutu Pastoralnego w Paryżu, gdzie przygotowywana była cała reforma liturgiczna dla Soboru. Mówiła o nim, (w kontekście niespełniających się marzeń o Indiach) – Anioł z Getsemani. Ojciec Farnes pokazał jej odnowę liturgiczną. – Ja przeżywałam – wspominała – całą młodość w łasce eucharystii, chodziłam zawsze przyjąć komunię przed pójściem na uniwersytet. I to mnie zawsze broniło przed kłopotami. Stamtąd przeszłam do tego, co wprowadził Sobór WatykańskiI II – wracając do źródeł odkrył dynamizm Paschy… Te przemyślenia Carmen wydały owoce kilka lat później  w sposób, jaki sama nigdy by się nie spodziewała.

Są zerwane moje więzy…

Ale na razie jesteśmy w roku 1963 w Barcelonie. Po trudnym czasie oczekiwania na spełnienie się snu o Indiach, Carmen wraz z kilkoma współsiostrami z Instytutu, dowiedziała się, że jednak nie może wyruszyć na misje. W zakonie nastąpiły zmiany w wyniku, których dziewczęta zostały w praktyce z niego usunięte. Nie zniszczyło to jednak ich ewangelicznego zapału. A w przypadku Carmen jeszcze go wzmocniło.

Symbolicznego znaczenia nabrał dla niej wiersz Rabindranatha Tagore „Są zerwane moje więzy”:

Są zerwane moje więzy, moje długi zapłacone

moje bramy pootwierane. Oto idę w każdą stronę..

I wołają mnie i wołają mnie, żebym zawrócił

Ale mój miecz już jest wykuty, włożyłem już zbroję…

A ja pozyskam swe królestwo…

– Przemieniły się wtedy wszystkie moje cierpienia, udręki i wątpliwości, jak gdyby cały wszechświat był otwarty na Ewangelizację z siłą i wielką energią – mówiła Carmen o tym doświadczeniu.

Siostry pozostały w Barcelonie. Misyjny zapał zaprowadził je do pracy wśród ubogich. Wykonywały najprostsze posługi. Próbowały wcielić się w najbiedniejszych, by kiedyś przepowiadać im Słowo Boże. Dalej też planowały wyjazd na misje, w czym miały poparcie arcybiskupa. Tym razem na miejsce ewangelizacji wybrały Boliwię. Najpierw jednak Carmen chciała zobaczyć Ziemię Świętą. I niedługo wyruszyła tam ze swoją przyjaciółką. Zabrały ze sobą 30 dolarów, plecaki, śpiwory i dużo puszek sardynek. Przemierzyły autostopem cały Liban, Syrię, Damaszek, Jordanię, Amman, przeszły przez Jordan… Bez grosza…”Pan zaskakiwał nas obfitością we wszystkim, Pisma otworzyły mi się w sposób niesamowity”. Tam Carmen poznała wiele osób – zakonników, zakonnic świeckich, których życie wywarło na niej duże wrażenie. W Ziemi Świętej była też świadkiem pielgrzymki Pawła VI w sercu Soboru w 1963 roku.

Zejście z kursu

Po wielu miesiącach wróciła do Barcelony. I tutaj okazało się, że towarzyszki, z którymi planowała wyjazd do Boliwii przeniosły się do… Madrytu. A Madryt był ostatnim miejscem, gdzie chciałaby się znaleźć. Tam przecież mieszkała rodzina, która ją prześladowała. Ojciec od lat do niej się nie odzywał. – Pan jednak spowodował – jak mówiła Carmen – kolejne zejście z kursu mojego samolotu. Jeśli chciała kontynuować swoją drogę na boliwijską misję, musiała jechać do Madrytu. I tutaj znowu zaskoczenie. Jej towarzyszki nie chcą opuścić stolicy Hiszpanii. Zamieszkały z ubogimi w barakach na przedmieściach Madrytu. „Bóg zamykał wszystkie drzwi, wszystkie drzwi…” – wspominała. Zamykał te niepotrzebne a otwierał zupełnie nowe.

Sobór na srebrnej tacy

W barakach Palomeras Altas Carmen poznała młodego malarza, „mesjanistę”, jak o nim mówiono – Kiko Arguello. Początkowo traktowała go jak kolejny element w wymarzonej drodze na misje. Jednak, to co robił wśród  mieszkańców baraków, wywarło na niej olbrzymie wrażenie. Było zaskakujące, że tych zniszczonych ludzi – złodziei, prostytutki, „wyrzutki społeczeństwa”, ubogich, którzy cierpieli głód – potrafił zainteresować Ewangelią i Jezusem Chrystusem. Z biegiem czasu współpraca Kiko i Carmen stawała się coraz  poważniejsza. Wśród ich niekończących się walk rodziła się nowa rzeczywistość – To ja wtedy podałam Kiko Sobór na srebrnej tacy – nieraz podkreślała Carmen. Studia teologiczne i rozmowy z Ojcem Pedro Farnesem zaowocowały. Baraki stały się jakby laboratorium gdzie realizowała się odnowa Soboru. Między tych ubogich ludzi zstępował Duch Święty. – W czasie modlitwy panowała ogromna szczerość, ponieważ tam grzechy każdego były jak sfotografowane, wszyscy wiedzieli kim był każdy z nich. Przez parę miesięcy nie mogłam zdobyć się na jakąkolwiek modlitwę, ponieważ w obliczu ich szczerości widziałam siebie jak faryzeuszkę – mówiła Carmen.

To, co działo się w Palomeras Altas spotkało się z żywym zainteresowaniem arcybiskupa Madrytu Casimiro Morcillo. Przybył do baraków. Dla Carmen było to mocne doświadczenie przyjścia samego Boga. Arcybiskup zachęcił  inicjatorów tej drogi do rozpowszechniania jej w parafiach. I wtedy Kiko i Carmen ruszyli poza Palomeras Altas. Zaczęli przepowiadać Jezusa w sposób jaki docierał do ludzi – poprzez żywy kerygmat. Potem zobaczyli chrzest i konieczność drogi katechumenalnej. Rozumieli, że rzeczą najważniejszą, która jest owocem Soboru, było odkrycie Słowa.Bożego, liturgii oraz wspólnoty Kościoła jako Ciała Chrystusa. Carmen miała wdzięczność do Kościoła i podkreślała, że zawsze w jej i Kilko działaniach znajdowali z tej strony dużą pomoc i akceptację. Sama niejednokrotnie spotykała się  ze św. Janem Pawłem II. Przekonywała papieża, że ta rzeczywistość, którą Duch Święty wzbudził w madryckich barakach, jest Drogą a nie ruchem.

Jesteśmy w Kościele

Św. Jan Paweł II zachęcił inicjatorów Drogi aby to doświadczenie, które po latach objęło setki tysięcy ludzi na całym świecie, zapisać w postaci dokumentu kościelnego. I tak rzeczywiście się stało. Najpierw zatwierdzono Statut Drogi Neokatechumenalnej „ad experimentum”. Carmen wtedy powiedziała wobec Papieskiej Rady do Spraw Świeckich, – Rzeczą istotną jest być w Kościele a to rusztowanie (Statut) będzie w gruncie rzeczy wkładem w odnowę Kościoła zalecaną przez Sobór, żeby Kościół był naprawdę światłem dla świata współczesnego… Kiko i ja przeminiemy, jak mija wszystko, jak wszystkie zgromadzenia przeminą, ale Kościół nie. Nie przemija Kościół ze swoim Chrzcielnym Źródłem Odnowy i ze Słońcem Zmartwychwstania, stanowimy Chrześcijańskie Wtajemniczenie w Kościele.a zatem jesteśmy w Kościele, w Kościele, w Kościele… Pięć lat później, w 2008 roku Statut został zatwierdzony definitywnie.

Dalsza historia Carmen była podporządkowana Drodze i kolejnym wyzwaniom jakie  przed nią się pojawiały. Powstało tysiące wspólnot na wszystkich kontynentach, seminaria misyjne Redemptoris Mater, rodziny i katechiści wędrowni ruszyli ewangelizować, rozpoczęły się misje  ad gentes, głoszenie Dobrej Nowiny na placach, spotkania powołaniowe przy okazji Światowych Dni Młodzieży… Droga jest dynamiczna. „Oto idę w każdą stronę” pisał cytowany już wcześniej Tagore. Te słowa wróciły do Carmen w nowy, niespodziewany sposób. Kiko skomponował  do nich muzykę. Tak powstała pieśń neokatechumenalna związana z ewangelizacją – „Carmen 63”.

Wyruszyła do nieba…

19 lipca 2016 roku Kiko zawiadomił wspólnoty – Nasza siostra Carmen wyruszyła do nieba…. Zmarła w wieku 85 lat. Przez ostatnie lata przed śmiercią miała problemy z poruszaniem się. Mimo swojej kruchości fizycznej, do końca aktywnie uczestniczyła w tym, co działo się na Drodze. Nie mogąc opuszczać pokoju, miała audiowizualny podgląd sali konferencyjnej, w której odbywały się spotkania. Gdy podejmowano decyzje, z którymi nie do końca się zgadzała, dzwoniła do Kiko. Przykładał wtedy telefon do mikrofonu i wszyscy mogli zapoznać się z jej zdaniem. A zdanie to, jak zwykle, było jasne i odważne. Niezależnie od tego, czy wypowiadała je wobec Kiko, czy wobec biskupów a nawet papieży. Jedna z katechistek wędrownych tę cechę Carmen określiła krótko – asertywność. Kiko w liście skierowanym do wspólnot potwierdził tę opinię – Nigdy mi nie schlebiała, zawsze myśląc o dobru Kościoła. Jakże mocna kobieta. Nigdy nie poznałem nikogo takiego jak ona.

A ja pozyskam swe królestwo

Pogrzeb Carmen odbył się 21 lipca w Madrycie. We mszy w katedrze uczestniczyli kardynałowie i biskupi pod przewodnictwem arcybiskupa Madrytu Carlos Osoro Sierra oraz setki członków Drogi .Odczytano list Ojca Świętego Franciszka-Dziękuję Panu za świadectwo tej kobiety ożywionej szczerą miłością do Kościoła, której całe życie upłynęło na głoszeniu  Dobrej Nowiny w każdym środowisku,nawet tych najbardziej opornym, nie zapominając o osobach najbardziej zmarginalizowanych… Podczas homilii arcybiskup dodał – Była zwykłą świecką, która nigdy nie dążyła do tego by być prorokinią lub kapłanką ale zrozumiała że jedyne, co się liczy w życiu to zbawianie ludzi, głosząc im prawdę, to znaczy miłość Bożą.

Grób nie zamknął historii Carmen. W domu rodzinnym zmarłej odnaleziono pisane przez nią dzienniki duszy. Co noc, w każdym miejscu na świecie gdzie akurat się znajdowała, notowała swoje myśli i rozmowy z Jezusem. Ten dialog trwał całe dziesięciolecia. Jezusa nazywała – przyjacielem, nadzieją, miłością…Czasem zapiski były robione na pojedynczych kartkach, niekiedy bardzo krótkie, po prostu – Dobranoc Panie. Były też gorzkie zwierzenia na temat ciemnej nocy. – Nieobecność Jezusa uniemożliwia radość, bez Niego każdy dzień jest smutny, bez horyzontu,  energii i siły, jest niczym – pisała między innymi. Pierwszy tom tych dzienników obejmujący zapiski z lat 1979-1981 został wydany w zeszłym roku w Madrycie.

Fabryka Życia

Carmen ciągle odkrywa przed nami swoją twarz. Twarz kobiety kochającej Boga i Kościół. Jej bogata,historia, w której nie brak walki i ścierania się z rzeczywistością, jest bliska wielu osobom. Zaskakuje tym jak precyzyjnie jej życie było ułożone. Dokładnie dobrane poszczególne elementy, ludzie, wydarzenia, nawet miejsca. To wszystko miało znaczenie dla misji do, której zaprosił ją Jezus. Carmen nie posiadała fizycznie dzieci ale tysiące osób na Drodze Neokatechumenalnej zawdzięcza jej Życie. Ona miała w sobie fabrykę Życia.

Wiele sióstr i braci modli się za nią. A niektórzy, wierząc, że jest w niebie, modlą się … też do niej.

Tags:

Dodaj komentarz