LOADING

Type to search

Tags: ,

On i ja

Kasia Węglarczyk 12 lipca 2014
Share

Będzie osobiście. Zawsze jest osobiście, bo staram się nie pisać o ideach, lecz o osobach, ale tym razem będzie szczególnie, bo tylko o mnie i o Nim, czy raczej o Nim i o mnie. I choć sprowokowałeś mnie Ty, mój trudny niewierzący rozmówco, i Twoje wymagające pytanie, to wiem, że robię to tak naprawdę dla siebie samej, do siebie piszę.

Docisnąłeś mnie do muru, pytając, co to właściwie znaczy, że – jak z przekonaniem perorowałam – w centrum chrześcijaństwa nie stoi żaden cel, ale Osoba. Myślę, że w tej pierwszej próbie, podczas owej rozmowy w dwóch z trudem wzajemnie przekładalnych językach, raczej poległam. Pozostałam jednak sama z tym dręczącym pytaniem i to zmusiło mnie do poszukania trafniejszej odpowiedzi, do zdefiniowania własnego credo. Trudno to ująć w słowa, choć szukałam jakiegoś kompleksowego ujęcia, żeby wszystko wyczerpująco przedstawić. Ale może nie tego potrzebujemy, zadając takie pytania; chcemy odpowiedzi prostych i konkretnych, z krwi i kości, mięsa chcemy, nie teorii. Więc dobrze, próbuję.

Nie chcę powiedzieć, że chrześcijaństwo nie stawia żadnych celów, chodzi raczej o akcenty: cel nie jest najważniejszy. Nie jest najważniejsza doskonałość, kluczowa dla wielu systemów etycznych i religijnych; ja zresztą nie wierzę w czyjąkolwiek doskonałość, a na pewno nie w swoją. Nie jest najważniejsza moralność, choć tak ubolewamy nad jej powszechnym upadkiem; każdy jednak forsuje swoją moralność, a i ci, którzy podkreślają, że ona jest przecież jedna, zbyt lekko nieraz uznają siebie właśnie za jej strażników. Nie jest najważniejszy światopogląd, poznanie zasad świata; wystarczyło parę lat studiów, bym zrozumiała, że wszystko da się racjonalnie uzasadnić, a jeszcze pewniej obalić. Nie są najważniejsze idee, choćby najszlachetniejsze; one nikogo jeszcze nie zbawiły, a prędzej czy później życie każdą boleśnie zweryfikuje. I nie jest najważniejszy triumf ziemskiej instytucji, wbrew temu, co czytamy w gazetach, bo królestwo Jego naprawdę nie jest z tego świata. A zatem – choć tęsknię za spełnieniem, staram się żyć dobrze, szukam prawdy, pragnę rozumieć, cenię idee, szanuję instytucje – żadnej z tych rzeczy nie stawiam w centrum, w żadnej nie pokładam zbytniej nadziei. Ubóstwienie którejkolwiek, jeśli mi się przydarza, jest nie tylko prostą drogą do rozczarowania, jest też rodzajem zdrady. Wiem bowiem, że nie jest najistotniejsze, do czego zmierzam, tylko – z Kim.

W moim odJezus z przyjacielemczuciu wiara nie jest dążeniem, lecz odpowiedzią, daną Osobie przez osobę. Odpowiedzią Komuś, kto mnie na tyle pociąga, że chcę być z Nim i blisko Niego, i za Nim, gdziekolwiek idzie. Więź, która mnie z Nim łączy, nie jest więzią intelektualnego przyzwolenia, przekonania o słuszności, emocjonalnego zaspokojenia, moralnego wyboru, nie – jest wyłącznie więzią zaufania. To jest powiedzenie Osobie: jesteś dla mnie taką wartością, że ufam Ci, zdaję się na Ciebie, Twoja droga jest dla mnie cenniejsza od wszystkich racji, tylko dlatego, że jest Twoja. Rzeczy, które mnie w Nim pociągają, jest wiele, a czytam je codziennie na kartach Ewangelii, tych czterech kanonicznych, ale też w ewangelii, jaką jest życie moich przyjaciół chrześcijan, ludzi, w których historii widzę Jego działanie. Tym, co mnie pociąga, jest „jedni drugich brzemiona noście”. Tym, co mnie pociąga, jest wybaczanie „nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy”. Tym, co mnie pociąga, jest „kochajcie nieprzyjaciół”. Tym, co mnie pociąga, jest „nikt cię nie potępił, i Ja cię nie potępiam”. To nie są tylko piękne propozycje, lecz jest Ktoś, kto taki jest.

W sposób szczególny tym, co mnie pociąga, jest Jego droga krzyżowa, której zrozumienie kilka lat temu było dla mnie olśnieniem, rewolucją. Nabożeństwo to jest wrośnięte w nasz katolicyzm, tradycyjnie jednak traktujemy je jako towarzyszenie Jezusowi w Jego męce. Ja odkryłam drogę krzyżową jako Jego towarzyszenie mojej męce, męce każdego z nas. Męce fizycznej i psychicznej, męce samotności, poczucia utraty, odrzucenia, niezrozumienia, osądzenia. Męce buntu, niewiary także, więcej: męce winy i grzechu, bo i to wziął na siebie, i ostatecznie męce tej potwornej pokusy zwątpienia, której też zaznał, myśli, że Ojca w niebie nie ma albo się ode mnie odwrócił. Droga krzyżowa to doświadczenie Jego obecności, Jego spojrzenia na moje życie, które mówi: znam to, przeszedłem to już z tobą, dałem się temu zmiażdżyć, i pokonałem to dla ciebie. To nie my idziemy Jego krokami, to On idzie naszymi. Czy to może nie pociągać? Mnie nie może. Ta droga jest moim symbolem wiary.

Drugim jest wizerunek „Jezusa z przyjacielem”. Stara koptyjska ikona, dziś rozpowszechniana przez braci z Taizé, ukazuje również z genialną prostotą istotę sprawy. Ziemski autor dobrze wiedział, co nią jest: relacja, spotkanie osób. Z których jedna jest Bogiem, a mimo to zechciała być też człowiekiem. I mówi tej drugiej, która jest li tylko człowiekiem: jesteś dla mnie ważny, bardzo ważny. Dlatego szalenie podoba mi się, że według najwierniejszych przekazów nie nazywa się tej ikony „Jezus przyjaciel”, ale „Jezus z przyjacielem”. Gdyż to ja jestem tym przyjacielem, nie dlatego, że tak łaskawie postanowiłam, tylko dlatego, że On mnie wybrał i urzekł, na tyle, iż mimo całej swej oporności nie odmówiłam.

I jeśli mówię, że Kościół gromadzi się wokół Osoby, a nie wokół celu, to właśnie mam na myśli – ja osobiście, dziś, teraz. Bo pewnie każdy z nas udzieliłby nieco innej odpowiedzi. Wierzę, że jeszcze wiele z nich poznam, a nigdy wszystkich.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz