LOADING

Type to search

Odbudowani

5 marca 2018
Share

Ona – katechetka. On – instalator pomp ciepła. Właściwie oboje w CV mogliby wpisać: specjaliści od renowacji.

Rozglądając się po przytulnym domu Oli i Marka, trudno uwierzyć, że przed dwadzieścia laty przypominał ruinę. – Kupiliśmy ten dom okazyjnie, w cenie mieszkania. Remont zaczęliśmy od rozebrania starej podłogi. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że legary leżą na gołym klepisku… W ósmym miesiącu ciąży wybierałam ziemię pod wylewki, żeby było gdzie postawić łóżeczko – wspomina Ola. Wtedy jeszcze nie przypuszczała, że dziesięć lat później przyjdzie jej odbudowywać coś o wiele trudniejszego – swoje małżeństwo.

Kryzys

Narastał powoli. Praca, praca, praca… pomiędzy nią dom, dzieci. – Nawet nie było kiedy się pokłócić – wspominają. Zaczęli się od siebie odsuwać.

Marek: Pracowałem całymi dniami, w nocy siadałem do komputera. W domu wiele rzeczy bardzo mnie denerwowało, ale zaciskałem zęby i udawałem, że jest dobrze… aż w końcu wybuchałem. Zacząłem myśleć, że może lepiej to zakończyć. W mojej rodzinie zdarzały się rozwody, więc nie było to dla mnie niczym dziwnym. Dobry sposób na ucieczkę od problemów… Szukałem kogoś, kto pomoże mi podjąć decyzję. Rozmawiałem z przyjacielem, z psychologiem, kapłanami. A kiedy ich opinie mnie nie satysfakcjonowały… szukałem kolejnego doradcy.

Ola: Tak naprawdę Marek wewnętrznie już odszedł. Mieszkał z nami, ale byliśmy sobie całkiem obcy. Widział we mnie czarownicę, kogoś, kim nie jestem. Ranił mnie. Jego słowa były jak rozżarzone kamienie, trafiające w moje serce.

Praca

W domu dużo robili sami. Podłogę na piętrze Marek układał z desek pozyskanych ze starych palet. Na finiszu prac zachorował, poprosił o pomoc fachowca. Dziś położone przez niego deski leżą idealnie. Pomiędzy tymi układanymi przez specjalistę widać spore szpary…

Ola: W pewnym momencie odkryłam, że moje działanie może doprowadzić do rozpadu małżeństwa. „Czego ty chcesz, określ się. Albo jesteś wierna przysiędze i Panu Bogu, albo to wszystko runie” – pomyślałam. I zastanawiałam się, co powinnam robić. Bo co ma robić Marek, to ja doskonale wiedziałam – tyle lat mu to mówiłam, a on nic. No i jak się tu porozumieć! Nagle usłyszałam w sobie: Jeśli chcesz coś zmienić, to zacznij od siebie. Przestałam Markowi mówić, co ma robić, a zaczęłam dawać, nie oczekując niczego w zamian. Wróciłam do istoty małżeństwa, do stawania się darem. Marek to zauważył. Widziałam zdziwienie na jego twarzy, kiedy ta „czarownica” mówiła nagle słowami pełnymi pokoju.

Marek: Przez całe życie byłem wierzący, chodziłem do kościoła. Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Walczyłem, zmagałem się, a nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać, co na to wszystko Pan Bóg. A kiedy już zapytałem, odpowiedź przyszła od razu: przysięgałeś, zawarłeś sakrament. Nie pytaj: odejść czy zostać, zapytaj raczej, co masz zrobić, żeby było lepiej? 

Nie uzgadniając tego ze sobą podjęli decyzję, że zaczynają walczyć o swoje małżeństwo. Nie dawali sobie żadnych gwarancji powodzenia. Do nadrobienia mieli wiele lat.

Zmiana

Próbowali ocalić klimat starego domu, odnawiając czerwoną cegłę. Szybko okazało się, że ściany były tak zniszczone, że fugownica wchodziła na całą głębokość. Musieli zmienić plany – położyć tynki, pomalować. Teraz ich dom nie odróżnia się od budynków wznoszonych w okolicy w ostatnich latach.

Ola: To, co uratowało naszą rodzinę – jestem o tym absolutnie przekonana – to fakt, że oboje zaczęliśmy umacniać naszą relację z Panem Bogiem. Często przyrównuje się małżeństwo do trójkąta – mąż i żona to kąty u podstawy, a Pan Bóg jest wierzchołkiem. Zbliżając się do Boga, małżonkowie jednocześnie stają coraz bliżej siebie. I tak było u nas: każdy z nas zrobił krok w kierunku Boga i spotkaliśmy się na szczycie, gdzie zaczęło się budowanie więzi. Bo na początku nie potrafiłam powiedzieć: Kocham cię. Uczucia wracały z czasem, ale ja podjęłam decyzję, że chcę kochać. To nie były motyle w brzuchu, tylko praca nad sobą. Marek potrzebował na to więcej czasu, i ja mu ten czas dałam.

Marek: To nie jest tak, że nasze małżeństwo rozkwitło z dnia na dzień. To była wieloletnia praca. Ola jeździła wtedy do Gliwic, na studium rodziny, gdzie uczyła się pracy z narzeczonymi. Zajęcia inspirowały ją do wymyślania podobnych ćwiczeń dla nas – rysowaliśmy drzewo genealogiczne albo wypisywaliśmy cechy, które możemy w sobie zmienić… Do dziś mamy sporo tych naszych wypracowań. Przy obiedzie Ola puszczała mi konferencje księdza Grzywocza, wieczorami czytała głośno Pismo Święte. Takie małe kroki…

Ola: Podziwiałam Marka. Podszedł do sprawy po męsku – zainspirowany przez spowiednika postanowił, że będzie pościł. I w każdy piątek, a czasami także w środy, pościł o chlebie i wodzie. Widziałam, że mu zależy.

Światło

Podczas remontu salonu niespodziewanie pokój rozbłysnął pomarańczową poświatą. Zdezorientowana Ola wystraszyła się, że coś się pali. Marek szybko odkrył, że przez dziurę po cegle, która ze starości wypadła ze ściany, do pokoju wpadł blask zachodzącego słońca…

Marek: Przez cały czas kryzysu nasi znajomi nic o nim nie wiedzieli. Przykładna rodzina, zawsze w pierwszej ławce w kościele… Świetnie się maskowaliśmy. W tym czasie znajoma zaprosiła nas na spotkanie Domowego Kościoła. Ja zawsze byłem przeciwnikiem oazy, ale nie miałem pojęcia, że Oaza Rodzin i Domowy Kościół to to samo. Poszliśmy na pierwsze spotkanie i już zostaliśmy. I tam po paru latach nastąpił dla mnie przełom – odnowienie przysięgi małżeńskiej. Bo choć całe lata naprawialiśmy naszą relację, to dopiero ponowne wypowiedzenie przysięgi przekonało mnie, że klamka zapadła, że teraz już się nie wycofam.

Droga

Marek raz po raz zerka na tablet, sterując nowym nabytkiem – pompą, rozprowadzającą ciepło i wodę na cały dom. Opowiada o planach na przyszłość – chcieliby wyłożyć podwórko kostką brukową, zatroszczyć się o ogród. Pracy przy domu jest jeszcze na wiele lat…

Marek: Inaczej przeżywałem małżeństwo 20 lat temu, inaczej gdy było kiepsko, inaczej przed trzema laty a inaczej dzisiaj. I nigdy nie będę mógł usiąść na laurach z myślą: tak, teraz jest idealnie. Tak jak w domu – zawsze znajdzie się coś, co trzeba jeszcze poprawić.

Ola: Od początku czułam, że jeśli przejdziemy ten kryzys razem, to możemy dawać świadectwo, robić coś dla innych małżeństw. I tak się stało… Pracuję w poradni rodzinnej, Marek przygotowuje się, aby mi w tej pracy towarzyszyć. Chcemy dzielić się naszą historią, pokazując, że kryzys to nie koniec świata. Ostatnio zachwycił mnie artykuł o pięciu fazach miłości. Większość par płynnie przechodzi przez dwie pierwsze – zakochanie i stawanie się parą. A potem jest trzecia faza: rozczarowanie. I wiele związków wtedy się rozpada… A przecież to naturalny etap rozwoju relacji. Teraz już to wiemy. Udało się nam go pokonać i przejść do fazy czwartej: budowania prawdziwej i trwałej miłości.

Słuchając ich historii, nie mam wątpliwości, że osiągnęli także ostatni, piąty etap – „wykorzystanie mocy obojga dla zmiany świata”.

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże.

Dodaj komentarz