LOADING

Type to search

Kultura Slider Społeczeństwo Wiara

Ocalić od zapomnienia. Podlaskie tradycje wigilijne

W-art-O 9 stycznia 2018
Share

Prawdę powiedziawszy nie wyobrażam sobie okresu świątecznego bez wizyty na moim rodzinnym Podlasiu.
Kiedy rok temu z racji narodzin córki musiałam zostać na Śląsku, gdzie obecnie mieszkam – jeszcze bardziej dojmująco zatęskniłam za klimatem tak charakterystycznym dla podlaskich stron, tak bliskim memu sercu, kojarzącym się z dzieciństwem, sielanką, pokoleniami…
Pamiętam zapach przygotowań, degustacji, dźwięki kolęd śpiewanych wspólnie przez rodzinę i kolędników chodzących po domach…
Na Podlasiu bożonarodzeniowe obrzędy są również wyjątkowe z uwagi na przenikanie się religii, kultury katolickiej, prawosławnej, żydowskiej czy nawet muzułmańskiej. Ekumenizm jest powszechny. W momencie kiedy powstaje ten tekst „prawosławni bracia w wierze” obchodzą swoje styczniowe święta. W przygranicznych miasteczkach jak np. Bielsk Podlaski dzieci mają wolne w szkołach, przedszkolach, ruch zamiera… Szacunek wobec – da się wyczuć w powietrzu, można go dostrzec w twarzach mijających przechodniów. Jest wciąż tak, jak pamiętam z wczesnych lat dzieciństwa.
Sięgając wstecz pamiętam opowieści babcine o graniu podczas adwentu – przez bardziej muzykalne rodziny – na ligawkach. Tak, by odgłosy trąbienia było słychać w sąsiednich wsiach! U prawosławnych ten okres przygotowań, post adwentowy zwano Filipowym.
Tymczasem sam dzień wigilijny rządził się już od rana swoimi prawami. Wskazana była wczesna pobudka, by zapewnić sobie pomyślność w nadchodzącym roku. Unikano waśni i wyglądano mężczyzny – jako pierwszego odwiedzającego dom tego dnia. Brano to za dobrą całoroczną przepowiednię.
Pogoda również miała mieć przełożenie na dwunastomiesięczny kalendarz.
Wigilijny wystrój to wiadomo choinka choć kiedyś gospodarz wnosił snop siana i stawiał w rogu izby. Do dziś wigilijne sianko musi się znaleźć pod obrusem a wyciągnięcie po wieczerzy długiego źdźbła wróży równie bogate życie. Im bardziej trawka skręcona tym bardziej koleje losu mogą się skomplikować.
Pierwsza gwiazda na niebie rozpoczynała wieczerzę, po wspólnej modlitwie dzielono się opłatkiem składając sobie nawzajem życzenia. Nawet zwierzętom darowane były opłatki , z tą różnica, że już kolorowe. Mnie w pamięci zachowały się głównie czerwone. W prawosławiu opłatek zastąpiła prosfora (ciasto z pszennej mąki i drożdży z wodą – złożone z dwóch krążków symbolizujących boską i ludzką naturę Chrystusa). Dawno temu podobno trzymano się nieparzystej liczby potraw od siedmiu do jedenastu. Ja pamiętam dwanaście dań postnych plus dodatkowy talerz na stole dla „zbłąkanego wędrowca”.
Zatrzymując się przy menu wigilijnym nie sposób nie wspomnieć o charakterystycznej dla Podlasia kuti (kuci), w skład której wchodził głównie pęczak z dodatkiem maku, miodu, potem bakalii. Pęczak współcześnie zastępowany bywa kaszą z pszenicy czy nawet ryżem.
Drugą dosyć oryginalną potrawą dla wschodnich, przygranicznych stron naszej ojczyzny – był kisiel z owsa. Pamiętam, że przygotowywała go moja babcia. Jak pracochłonne to było zadanie mogłam się przekonać chcąc powtórzyć tradycję na śląskiej ziemi. Ta może niezachęcająca kolorem szarawa galaretka smakowała w tym czasie – przez pryzmat wspomnień dziecięcych – jak najlepszy rarytas. Czasem polewało się go mlekiem makowym albo kompotem z suszu tzw. gruszewnikiem. Dodatkiem były podpłomyki pieczone na „plicie” pieca. Z innymi potrawami spotkałam się też na Śląsku, który z kolei zaskoczył mnie chałką namoczoną w mleku.
Warto dodać, że obowiązkiem było spróbować każdej z potraw znajdujących się na stole.
Pasterka to punkt kulminacyjny. Pamięć dziecka przywodzi jeszcze pojedyncze sanie z dzwoneczkami zmierzające na mszę o północy.
Dziadek opowiadał, że sprawny powrót z kościelnej uroczystości zapowiadać miał przyszłoroczny urodzaj.
Dzień Bożego Narodzenia spędzano z dala od robót wszelakich, w gronie rodzinnym, śpiewając kolędy i biesiadując – już suto przy mięsiwie i słodkościach.
Gospodarz domu – podobnie jak podczas Wielkanocy kropił domostwo wodą święconą, by uchronić je od wszelkich nieszczęść.
Z tradycji, które odchodzą do lamusa dziadek opowiadał o święceniu w Dzień św. Szczepana zbóż, głównie owsa. Karmiono nim zwierzęta, zwłaszcza konie. To wszystko miało zapewnić urodzaj i zachować przed klęskami.
W kolędowaniu – przypisanemu okresowi świątecznemu – sama brałam udział. Chodziliśmy z szopkami, gwiazdami, instrumentami pytając „czy z Narodzeniem Pana można ten dom rozweselić”. Moi rodzice wędrowali jeszcze z „Herodami” – barwnym widowiskiem o Królu Herodzie. Po zakończonej kolędzie padały pamiętne słowa: „za kolędę dziękujemy, zdrowia, szczęścia Wam życzymy, abyście nam długo żyli a po śmierci w niebie byli”.
Życzenia pomyślności skierowane do domowników – włączających się zwykle w śpiewy – stanowiły finał odwiedzin.
Kiedyś dzięki środkom pieniężnym z chodzenia po kolędzie sfinansowałam sobie połowę pobytu na ŚDM w Rzymie! Zwyczaj obdarowywania kolędników smakołykami jest obecnie coraz mniej powszechny.
Niemniej tradycje wciąż między Narwią a Bugiem są podtrzymywane i uroczo majaczą opowieści o wierzeniach dziadów, pradziadów, którzy byli przed nami…
Zawsze, gdziekolwiek jestem, z sentymentem sięgam do korzeni. Tych wspomnień nie wyrwie mi nikt a i ja zasiewam ziarno tradycji w mojej rodzinie na częstochowskiej ziemi chcąc ocalić od zapomnienia ślady minionych pokoleń…

Sercem Podlasianka, ciałem Częstochowianka, duchem obywatelka przestworzy

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz