LOADING

Type to search

Obiad w mlecznym barze

Kasia Węglarczyk 4 czerwca 2014
Share

Południe, bar w centrum Krakowa, pięć minut od rynku. Kwadratowe stoliki pokryte ceratą, śliska posadzka z łatwo zmywalnych płytek, firaneczki, sztuczne kwiatki, obskurna lada, słowem – czas się zatrzymał. Zmarznięta w ten wyjątkowo zimny maj, w biegu gdzieś między pocztą, bankiem a biurem, zwabiona możliwością „opylenia czegoś na ciepło”, wertuję gazetę i czekam na barszcz z krokietem.

Jest cicho, spokojnie, jeszcze wcześnie. Czekam i czuję, że wyautowałam się na chwilę z codzienności. Przestaję czytać, patrzę w przestrzeń, słucham brzęczenia muchy. Do lady drepcze zgarbiona staruszka w wyświechtanym prochowcu. Zamawia placki ziemniaczane na wynos. – Nie muszą być podgrzane – zastrzega drżącym głosem, grzebiąc nieporadnie w portfelu. Tęga, rumiana pani Halinka czy Bożenka przy kasie – sądząc po tym, jak obsztorcowuje kucharki, właścicielka lokalu – taksuje wzrokiem ubogą postać emerytki. – Dwa złote – rzuca po krótkim, ledwo dostrzegalnym wahaniu. Staruszka wyciąga monetę, wręcza ją z namaszczeniem kasjerce. – Tylko żeby świeże były, nie stare jakieś – marudzi. – Jak stare, jak stare, co mi tu będzie ciśnienie podnosić! – huczy oburzona Halinka. Gula jej rośnie na tęgiej szyi, gdyby miała ścierkę pod ręką, najpewniej by nią miotnęła. Staruszka niby to się peszy, ale jeszcze coś tam burczy, nieprzekonana. Bierze zapakowane placki, najwyraźniej nieświadoma tego, co tu się przed chwilą dokonało. Ale ja wiem, ja widzę cennik wiszący nad ladą, niedostępny jej oczom za grubymi szkłami.

Fot. Krzysztof Kowalczyk

Fot. Krzysztof Kowalczyk

Barszcz podaje mi do stolika młoda pomocnica w okropnym białym fartuchu, przywodzącym na myśl obowiązkowe nylonowe „chałaciki” z mojej peerelowskiej podstawówki. Trochę zupy rozlewa się na spodeczek, kobieta wyciera go pieczołowicie białymi, sztywnymi, niewsiąkliwymi serwetkami – kolejną naszą polską specjalnością, nad zagadką istnienia której głowię się od lat. Przeprasza cichutko. Jest bardzo wycofana, oblana pąsem, trochę się jąka, walczy z tikiem, trudno powiedzieć – chora ciut czy skrajnie nieśmiała. – Nic się nie stało – uspokajam. – Sama bym tyle wylała, z moimi wiecznie trzęsącymi się rękami, a barszcz gorący, to szybciej wystygnie. Kobieta się uśmiecha. Może jednak nie taka nieśmiała? Zagaduje do czekającego przy ladzie trzydziestolatka, najwyraźniej się znają. Pyta o dziecko, słucha ze szczerym zainteresowaniem, kiwa głową. – Mój też już mówi – chwali się. – Chociaż tak bardzo niewyraźnie, martwię się, że chyba tylko ja go rozumiem. – Ale nie martwi się, jej twarz promienieje, jest naraz kimś zupełnie innym. Sielankę przerywa powrót szefowej i zsyłka do kuchni. Spłoszona, ale jakby nieco figlarnie, pomocnica znika za zasłonką.

Popijam barszcz i myślę o geście umownej Halinki, o tym, że taka powinna być jałmużna – nie tylko nie wie lewica, co czyni prawica, ale też sam obdarowany nawet się nie orientuje w temacie. I o tym wspaniałym krótkim spięciu, które potem nastąpiło, dowodząc, że obie – staruszka i ona – pozostały pełnoprawnymi podmiotami, partnerkami w spotkaniu, osobami z krwi i kości. Ale myślę też o innych podobnych miejscach. O sklepie mięsnym, gdzie latami bałam się chodzić, bo przygnębiał mnie zdziwaczały właściciel, którego zawsze wyobrażałam sobie zakrwawionego z siekierą na zapleczu. O warzywniaku prowadzonym przez starsze małżeństwo, do którego z kolei chętnie chadzałam po żurek i kiszone ogóraski, acz nienawidził tego mój brat, być może przez analogiczne atawizmy. O rozklekotanych pekaesach bez klimatyzacji, którymi jeżdżę w Beskidy czy Bieszczady. W skrócie, o miejscach śmierdzących raczej kapustą niż groszem, które – przy wszystkich swoich minusach – mają dla mnie coś z azylu.

Za chwilę wstanę, wyjdę na gwarną ulicę, włączę się z powrotem w wielkomiejski pęd. Wejdę do banku, gdzie każda fraza wypowiedziana przez uprzejmego doradcę będzie pochodziła z kilkusetstronicowej instrukcji zachowania, automatyczna, przewidziana przez speców od marketingu albo psychologii biznesu. Po drodze do biura kupię kawę w sieciówce, w której bywam od lat i każdy mnie zna, ale i tak zanim dostanę zwykłą latte, muszę odmówić pięciu innych rzeczy, których nigdy nie kupuję i wszyscy to doskonale wiedzą. Odwiedzę jeszcze jakiś punkt obsługi klienta albo salon sprzedaży, gdzie perfekcyjnie wymalowana hostessa wyrecytuje mi informacje o najnowszych promocjach. Wszyscy będą szczupli, ładni, dobrze ubrani; będą się do mnie uśmiechać, mówić sztucznie podniesionymi głosami, ślicznie dziękować, życzyć mi miłego dnia i zapraszać ponownie, aż zemdli mnie z nadmiaru tej słodyczy, będą zagadywać i pytać o różne rzeczy, które ich kompletnie nie obchodzą, a wszystko to po to, by więcej na mnie zarobić albo chociaż nie spaść w korporacyjnej hierarchii pracowników. I zatęsknię, Boże, jak zatęsknię za burkliwą Halinką i jej nieśmiałym personelem.

Jadajcie w mlecznych barach, wspierajcie takie miejsca, niech one nie znikną z mapy Polski na zawsze i nieodwołalnie. Tu, gdzie jeszcze nie ma franczyz, formułek, czujnych menedżerów ani zasmarkanych procedur, tu jeszcze jest szansa spotkać człowieka. Już niedługo wszędzie poza tym będą automaty z gotowymi frazami i ludzkimi, albo i nieludzkimi uśmiechami. A może już są.

Tags:

Dodaj komentarz