LOADING

Type to search

Niosąca szczęście

Kasia Węglarczyk 29 kwietnia 2013
Share

Beatrice ciągle idzie do przodu, nie zatrzymuje się, choć coraz silniej odczuwa swoją bezradność i uczy się właściwie jednej tylko rzeczy: ufności.

Mógłby to być tytuł psychologicznego bestsellera albo slogan reklamujący kosmetyki, tymczasem to hasło rekolekcji weekendowych organizowanych przez wspólnotę Emmanuel w jednej z beskidzkich wsi: „Być kobietą szczęśliwą”. Prowadzi je Beatrice, starsza już Francuzka, charyzmatyczna osobowość, emanująca naturalną radością, postać w każdym calu idealnie wpisująca się w temat przewodni – włącznie z imieniem, oznaczającym wszak „Niosącą szczęście”. Mówi fascynująco, z solidnym podbudowaniem teoretycznym, przede wszystkim jednak dzieli się świadectwem swojego życia i własnej drogi do szczęścia.

Drogi niekrótkiej i niezbyt łatwej. Beatrice nie opowiada o tym wiele, oszczędza nam przesadnej wiwisekcji, bo przez cały czas koncentruje się na Jezusie, nie na sobie – nazywa jednak rzeczy po imieniu z ujmującą prostotą i przenikliwością, właściwą ludziom, którzy wiele spraw zdołali już przepracować. Najpierw dzieciństwo i młodość: odrzucenie przez rodziców, nieakceptacja swojej tożsamości, choroba, zmaganie się z własnym ciałem, depresja. Potem jeszcze szerszy wachlarz doświadczeń dotykających jej dorosłe już dziś dzieci (wraz z mężem mają ich sześcioro, w tym troje adoptowanych): niepełnosprawność, alkoholizm, myśli samobójcze, konflikty, przemoc, wypadki, znów choroby. W tym wszystkim Beatrice ciągle idzie do przodu, nie zatrzymuje się, choć coraz silniej odczuwa swoją bezradność i uczy się właściwie jednej tylko, arcycennej rzeczy: ufności.

Beatrice doszła do punktu, w którym czujesz, że nie możesz nic, po prostu nie masz sił. Że wszystkie twoje plany i marzenia, wysiłki i starania okazują się śmieszne wobec wyroków losu. Że są pytania, na które nigdy nie będzie odpowiedzi. Że czasem nie jesteś nawet w stanie pomóc bliskiemu człowiekowi w cierpieniu. W pewnym momencie przestała się szarpać, odpuściła sobie. Zdała się na Kogoś, kto mimo wszystko czuwa, mimo wszystko błogosławi, mimo wszystko rozumie. Postąpiła zgodnie z tym, co powiedział ponoć Luter: Módl się i niech Bóg się martwi. I Bóg jej nie zawiódł.

Wśród sześćdziesięciu uczestniczek weekendu nie było chyba takiej, której by nie poruszyło świadectwo Beatrice. Pomyślałam, że jej fenomen polega przede wszystkim na wolności. Jest całkowicie autentyczna, w tym co głosi i robi nie ma żadnego przymusu, jest tylko ufność i wdzięczność. Nic nikomu nie musi udowadniać, a najmniej samej sobie. Dzięki temu jest przezroczysta, przyciąga ludzi do Pana Boga, nie do siebie. Naprawdę piękna postać.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Leave a Reply