LOADING

Type to search

Nie żałuję ani chwili spędzonej na morzu

15 maja 2018
Share

Na pierwszy rzut oka nic go nie wyróżnia na tle innych starszych panów, chyba tylko energiczny chód, lekkie zniecierpliwienie i zaciekawione spojrzenie, rzadko obserwowane u innych 85-latków.

Najbliżsi sąsiedzi pana Leona Grychnika cenią jego poczucie humoru, gotowość do niesienia pomocy i optymizm. Ci, którzy nie mieli okazji poznać go bliżej, dostrzegają tylko jego silną osobowość i skłonność do nadmiernej krytyki, które wydają się dominować w pierwszym kontakcie. Nie wszyscy mieszkańcy Turzy Śląskiej wiedzą, że ich sąsiad, dzisiaj z pasją  pielęgnujący w swoim ogrodzie hortensje, przez 38 lat pływał po dalekich morzach pod banderą Polskich Linii Oceanicznych i zawinął do 180 różnych portów na całym świecie.

Urodził się w 1932 roku Syryni, ale pochodzi z Kokoszyc. Nie zawsze marzył o życiu marynarza. Wprawdzie geografia była jego ulubionym przedmiotem, ale jego pierwsza pasja nie wybiegała tak daleko w świat.

Na Pierwszą Komunię matka chrzestna podarowała mu wyjątkowy prezent – aparat fotograficzny, który w trudnych wojennych czasach był w zasadzie nieosiągalny.  W niemieckiej szkole podstawowej poznał podstawy robienia zdjęć, a resztę podpatrzył u jedynego w Kokoszycach fotografa, pana Langera. Wujek Fabian dał się przekonać młodemu fotografowi do zrobienia powiększalnika, dzięki czemu przyczynił się do pierwszego komercyjnego sukcesu siostrzeńca. Nastoletni Leon wraz ze swoim kolegą na zamówienie proboszcza wykonał zdjęcie ołtarza kokoszyckiego kościoła, a następnie sprzedał księdzu 600 odbitek. Parafianie otrzymali zdjęcia jako pamiątkę poświęcenia ich kościoła, a młody przedsiębiorca przeznaczył swój pierwszy zarobek na kupno roweru, butów narciarskich i materiału na spodnie. Od tego czasu nie rozstawał się z aparatem.

Po ukończeniu Technikum Handlowego w Rybniku otrzymał nakaz pracy w Wałczu, gdzie kilka miesięcy pracował jako księgowy, zanim został powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Właśnie wojsko obudziło w nim naturę marynarza. Na początku lat 50. Leon Grychnik służył w jednostce przeciwdesantowej na Wybrzeżu. Potrafił robić zdjęcia, odbitki map i miał doświadczenie w pracach administracyjnych, dlatego trafił do kancelarii sztabu. Jego bezpośredni przełożony zaproponował mu, że poprze jego wniosek o przyjęcie do pracy jako marynarza w PLO, co było dużym wyróżnieniem. Przyszły marynarz wykorzystał swoją szansę i w roku 1955  zaokrętował się na pokładzie statku  PLO „Generał Bem” wyruszającego w rejs na Daleki Wschód.

W tamtych czasach rejsy statków drobnicowców trwały kilka miesięcy, a z uwagi na słabo rozwiniętą infrastrukturę przeładunkową pobyt załogi w danym porcie nie był krótszy niż kilka, a nawet kilkanaście dni. Obowiązywało wówczas niepisane prawo marynarza do swobodnego zwiedzania terenu w promieniu 50 km od danego portu. Młody podróżnik wykorzystał każdą możliwość zejścia na ląd. Setki wykonanych przez niego, głównie czarno-białych, zdjęć, ukrytych w opasłych albumach, opowiadają ciekawe historię spotkanych ludzi, zwiedzanych miejsc i portów. Indie, Chiny, Indonezja, Szanghaj, Zatoka Biskajska, Casablanca, Cejlon, wulkan Krakatau, Jokohama, Nowy Jork. To te najważniejsze miejsca na mapie świata, które go zachwyciły. W pamięci żywe zostały równie wspomnienia niebezpiecznych chwil. Doświadczył zetknięcia z tajfunem, huraganem, morzem naszpikowanym minami, sztormem, który łamał statki jak zapałki. Kilka razy dosłownie otarł się o śmierć. Niemniej jednak zawsze powtarza: „Nie żałuję ani chwili spędzonej na morzu”.

Kiedy był młody, wypływał daleko. Pływał między innymi na słynnym dziesięciotysięczniku „Pekin” – ówczesnej dumie PLO. Po 18 latach dalekich rejsów w świat z uwagi na rodzinę zdecydował się zostać, jak to nazywa, „marynarzem słodkich wód” i następne 20 lat spędził na promach pływających pomiędzy Polską, Szwecją i Finlandią. Po przejściu na emeryturę jeszcze kilka lat mieszkał z żoną Barbarą w Gdyni. Następnie przenieśli się na Śląsk w rodzinne strony pana Leona, gdzie mieszkają do dzisiaj.

Zaskakujące jest jego ciągle żywe zainteresowanie światem, tym dalekim i bliższym.  Do dzisiaj swobodnie  rozmawia po niemiecku czy angielsku i uwielbia studiować mapy, na których wiele miejsc znaczy dla niego coś więcej niż tylko geograficzne współrzędne. W ich domu drzwi są otwarte dla gości, toczą się dyskusje na różne tematy i czyta się książki z działu nowości miejskiej biblioteki. Pan Leon uważa się za szczęściarza, ponieważ ciągle może być w podróży, bo, jak mówi jego ulubiony reportażysta Ryszard Kapuściński w „Podróżach z Herodotem”, „Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”.

 

Następny artykuł

Dodaj komentarz