LOADING

Type to search

Tags: ,

Nie wierzę w dialog

Kasia Węglarczyk 22 sierpnia 2014
Share

Tego lata postanowiłam mieć w końcu lato. Wiąże się to z okresowym przyjemnym znikaniem z zasięgu cywilizacji. Jednak lądowanie zawsze jest twarde. Wracam, otwieram gazetę, zerkam na fejsa – i co widzę? To, co zawsze. Jak lipcowe burze, kolejne światopoglądowe spory przetaczają się przez naszą umęczoną przestrzeń publiczną. A ja mam wrażenie, że od lat jest to ta sama burza. Wędrująca co najwyżej po lekko zróżnicowanych obszarach, ale mniejsza z tym, temat jest tu właściwie przypadkowy.

Obojętne o co chodzi, w reakcji na eskalację napięcia, coraz szersze uogólnienia, coraz toporniejsze podziały, coraz bardziej fundamentalne odwołania i bardziej osobiste wycieczki, wytwarza się zawsze ten sam mniej więcej podział. Zawsze też podnoszą się głosy rozsądku, wzywające do dialogu. Apelują z troską o ważenie racji, rzeczową dyskusję, szacunek dla adwersarzy. Zachęcają: usiądźmy, porozmawiajmy spokojnie, przecież możemy się dogadać.

Otóż ja nie wierzę w dialog. W każdym razie nie w dialog rozumiany jako publiczna wymiana racji w atmosferze wzajemnego szacunku, jako wielka społeczna debata. Nie chcę już społecznych debat. Nie wierzę w to, że w sferze publicznej, w wymiarze – powiedzmy – ogólnonarodowym możemy się porozumieć. Nie wiem kiedy straciłam tę wiarę, ale już jej nie mam. Po prostu nie.

Nie wierzę w dialog, bo nikt – albo prawie nikt – go dziś nie chce. Lubimy o nim mówić, ale naprawdę chcemy monologować, inni zaś potrzebni są nam jako publiczność, ewentualnie bęben do efektownego walenia. Nie wierzę więc w dialog, którego narzędziem miałaby być publicystyka. Tu jak nigdzie widać, że przede wszystkim zainteresowani jesteśmy nadawaniem. Jeśli słuchamy, to po to, by zripostować. Jeśli czytamy, to po to, by skomentować. Komentarz to dziś najpopularniejsza jednostka komunikacji. Ale to jest żadna komunikacja. Osobiście jestem tym bardzo zmęczona. Oczekiwaniem, że na każdy temat muszę mieć jakąś opinię, a jeszcze bardziej wysłuchiwaniem wszystkich dookoła, którzy tę opinię posiadają i z rozkoszą nią wymachują. Ileż energii w to idzie, ileż bezproduktywnych emocji. Nie wiem, czemu mam być poddana temu terrorowi. Ale wiem, że i dla mnie jest on kuszący. Chętnie bym sobie ulżyła, zmiażdżyła kogoś intelektualnie, zabłysnęła pointą. Tylko po co?

Nie wierzę w dialog rozumiany jako wymiana przeciwstawnych argumentów, szczególnie w odniesieniu do kwestii fundamentalnych, bo nikt z nas, wyznając określone wartości, nie pała wszak chęcią do zmiany ich hierarchii. Mogę ustąpić sąsiadowi w sporze o miedzę, zrezygnować z własnego interesu, ale gdy chodzi o słuszność, najtrudniej iść na kompromis, bo po prostu nie czujemy się w mocy. Przecież jeśli czuję, że mam rację, to bronię nie siebie samej, lecz tejże racji, a rezygnacja z niej byłaby zdradą. Więc jak tu dialogować? To nie jest pytanie banalne ani ironiczne.

Fot. Anna Michalska

Fot. Anna Michalska

Nie wierzę w taki dialog, samo to pojęcie jest dla mnie dwuznaczne, bo zakłada jakiś dualizm, podział na dwa, który bardzo upraszcza rzeczywistość. Ale tak wyglądają nasze debaty. Albo jesteś po jednej stronie, albo po drugiej, trzeciej drogi nie ma, na niuanse szkoda czasu, a poglądy dostaje się w pakiecie. Wystarczy że wyrazisz opinię w jakiejś sprawie albo choć przyznasz, co czytasz czy oglądasz, od razu jesteś gdzieś przypisany. Bywa także, że to pojęcie, międlone na wiele sposobów, staje się młotem na adwersarzy, tkwi w nim bowiem ukryta wyższość. Oto do dialogu nawołuje strona światła i otwarta, a po drugiej stronie jest tylko fundamentalistyczna ciemnota.

Coraz częściej też widzę, że w sporach wszelkiej maści, nawet tych potrzebnych, toczonych w dobrej wierze i na wysokim poziomie, w istocie nie chodzi o starcie samych poglądów, ale raczej różnych rodzajów wrażliwości, różnych sposobów percepcji rzeczywistości. Tym jest w końcu światopogląd, ogląd świata. I to jest bardzo trudno przekładalne, a zasypywanie różnic, czy raczej kładzenie mostów nad nimi, nie może się powieść na poziomie czysto merytorycznym.

Nie wierzę w końcu w taki dialog jako narzędzie ewangelizacji, w przekonywanie kogokolwiek. To się nie sprawdza. Nie słyszałam, żeby ktokolwiek nawrócił się w klubie dyskusyjnym. Moja na poły legendarna imienniczka, Katarzyna Aleksandryjska, patronka – a jakże – filozofów, nawróciła ponoć dwunastu (według innych przekazów nawet czterdziestu) najbystrzejszych pogańskich intelektualistów swego czasu samą tylko mocą swojej światłej wymowy. Ale dziś panuje przekonanie, że nie była to postać historyczna. I inne były to czasy.

Podczas studiów fascynowałam się filozofią dialogu. Czy to możliwe, że się go teraz wyrzekam? Tak, fascynowałam się. Jednak czytając moich mistrzów z tego okresu – Bubera, Lévinasa, Bonhoeffera – odkryłam, że dialog w tym ujęciu wcale nie jest tym, czym myślałam, że jest. Nie odbywa się na poziomie wymiany racji, ale na poziomie respektu wobec tajemnicy, jaką jest drugi człowiek, radykalnie inny; tajemnicy tak wielkiej, że jedyne, co nam pozostaje, to zamilknąć. Tak, o tym jest filozofia dialogu – o milczeniu!

Czy zatem wszystko, w co jeszcze wierzę, to milczenie? Nie. Wierzę ponadto, że mogę robić dwie rzeczy, tylko i aż. Po pierwsze, kochać. Także tych, którzy myślą czy żyją inaczej. A po drugie, zachować wierność swoim świętościom. Nie przekonywać, ale być czytelną, nie bać się. Wierzę więc w spotkanie, w „jeden na jeden”. Zawsze mogę iść z kimś na kawę, mogę wyciągnąć rękę, mogę być przy nim, i próbować rozmawiać – nie dyskutować. Gdy ludzie nawiązują więzi, zauważają, że dzieli ich mniej niż myśleli, a rozmaite teorie przestają być takie priorytetowe, bo zaczyna się liczyć wspólne dobro.

Opinia publiczna nie dialoguje; dialogować (w jedynym sensie, w jaki wierzę) mogą tylko konkretni ludzie. Dlatego też nie dogadamy się „jak człowiek z człowiekiem” w wymiarze publicznym; bo w wymiarze publicznym „człowieka z człowiekiem” po prostu nie ma. Są jedynie gadające głowy. A głowa – to za mało.

Tags:
Poprzedni artykuł

You Might also Like

3 Komentarzy

  1. zwyczajny katolik 26 października 2014

    Znowu świetny tekst. Chociaż nie mam pewności, co ironią jest w nim, a co nie.
    „jeśli czuję, że mam rację, to bronię nie siebie samej, lecz tejże racji, a rezygnacja z niej byłaby zdradą. Więc jak tu dialogować? To nie jest pytanie banalne ani ironiczne.”

    To bardzo trafna uwaga. NIe mam pretensji do kogoś kto szczerze wierzy w coś innego niż ja, że mnie chce do tego przekonać. Wręcz przeciwnie: z niesmakiem odbieram deklaracje np. znajomych muzułmanów, że „W końcu wierzymy w tego samego Boga, ze różnice są tylko powierzchowne”. Z niesmakiem przyjmuję ich rezygnację z nawracania mnie.

    Z Panem Bogiem!

    Odpowiedz
    1. Kasia Węglarczyk 27 października 2014

      Raczej nic tu nie jest ironią, rzadko jej używam.

      1. zwyczajny katolik 27 października 2014

        Miałem taką nadzieję. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz