LOADING

Type to search

Nie-niepokalana ja

1 kwietnia 2018
Share

Gdy byłam w szpitalu, na po-porodowym miałam takie doświadczenie, w którym stanęłam w końcu w prawdzie. W najprawdziwszej prawdzie o sobie.

 

Najświętsza. Dziewica. Niepokalana. Maryja. Panna. Matka Boga. Dużo słów jak na określenie jednej osoby…i to nie wyczerpałam wszystkiego! Jest przecież cała litania, nasza ulubiona, majowa, loretańska. Ale co tu się dziwić? Trudno o jedno słowo, które oddałoby osobowość, życie, charakter Maryi. Właściwie, to mogłabym się skusić i napisać jedno – Jezus.

Z tym, że dzisiaj nie o Nim, a o Niej. O tym, że Ona jest niepokalana, a ja nie.

Ile razy, trudno zliczyć, mówiłam Bogu w duszy i na głos: „Bądź wola Twoja”, „niech mi się stanie według Słowa Twego”, „Jezu, ufam Tobie”, „Boże, Tobie to zawierzam i oddaję”, itp. itd.!

Wracając do tego szpitala, bo to właśnie tam… miałam współlokatorkę, która non stop gadała. Gadała o swoim nowonarodzonym zdrowym dziecku, które miała przy sobie, które karmiła, przewijała i której jedynym problemem było to, że jeżeli będzie tak „kupkało” to nie przybierze na wadze i nie wyjdą następnego dnia do domu.

A ja? Mój synek na neonatologii, w inkubatorze, jeszcze go nawet nie trzymałam na rękach, nikt go nie przytulił gdy przyszedł na świat (nie liczę tych 30 sekund kiedy to położyli mi go przy mojej szyi i mogłam go pocałować w jego cudowny policzek), i do tego wyrok wady genetycznej!

Rodzina, znajomi dzwonili – pocieszali. Przyjaciel ksiądz też zadzwonił, mówił, że to, że dostaliśmy takie dziecko od Boga to wyróżnienie, bo potrafimy kochać a maluszek to z nas wydobędzie. „Będziecie świadectwem, a wasz syn będąc sobą, będzie nawracał innych, oni się zmienią, on ma misję, on was odmieni”. Jedyne co mnie w tej rozmowie pocieszyło to to, że synek nie będzie cierpiał bo ma swój świat i swoje patrzenie. I to ja muszę zacząć patrzeć miłością, tak jak on, a nie na odwrót, po swojemu.

Wieczorem, gdy miałam już iść spać a nowa koleżanka nadal mówiła o „kupce”, nie wytrzymałam. Chciałam krzyczeć! Drzeć się o niesprawiedliwości! Nienawidziłam tego, co się teraz dzieje i chciałam żeby to wszystko okazało się koszmarem, z którego zaraz się przebudzę. Miałam nadzieję, że to piekło jest chwilowe, bardzo chwilowe.

Nie miałam gdzie krzyczeć więc poszłam do łazienki. I tam, do wielkiego okna zaczęłam wyć. Wrzeszczałam na Boga i do Boga. Wszystko Mu wyrzygałam.

I wtedy zobaczyłam w sercu Ją, jak mówi „Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie”. A ja krzyczałam „Nie! Niech mi się nie staje Wola Twoja, ja nie chcę! Nie oddam Ci mojego syna, żeby przez jego (tzn. moje) cierpienie, swoją chorobą ratował Tobie innych ludzi. Niech to zrobi ktoś inny, ale nie mój syn!!! Nie oddaję Ci go, nie oddam, on jest niewinny. Odejdę od katolicyzmu! Wyjdę z Kościoła, rozumiesz?? Nie możesz tego zrobić, masz go uzdrowić! Odejdę! Rozumiesz??!!

A Bóg Ojciec i Maryja to zrobili…oddali Swego Jedynego.

I wtedy zrozumiałam, że żeby mówić Bogu „tak” gdy jest przyjemnie, to łatwo. Gdy mamy coś fajnego do zrobienia – mówimy „tak”. Gdy widzimy owoce – „super, tak, Panie Boże!”. Ale gdy chodzi o coś naprawdę trudnego dla nas, o coś za co oddalibyśmy życie, żeby nie istniało, o nasze serce – o dziecko – to niekoniecznie….

I zrozumiałam wtedy dobitnie, całym sercem i rozumem poznałam, że Maryja jest Niepokalana. Naprawdę niepokalana. Bo tylko serce nie skażone żadnym grzechem, nawet cieniem grzechu, może tak kochać Boga, żeby Mu powiedzieć „tak”, na wszystko, nawet na swoje dziecko, nawet na taką sytuację i wydarzenia w życiu swojego Syna z jaką Ona musiała się zmierzyć.

Dla mnie było to nie do przejścia. Zobaczyłam ile Maryja musiała mieć w sobie siły żeby się odważyć. Żeby aż tak kochać.

Powiedziałam wtedy Bogu: „nie oczekuj ode mnie tego bo ja nie jestem tak jak Ona, niepokalana”.

Ogarnął mnie pokój. Wiedziałam, że całe niebo jest ze mną. Że to przeżyję, ale nie swoją mocą i siłą. Wiedziałam, że On jest ze mną, przy mnie i we mnie. Stanęłam do walki o miłość, o moc kochania, miłowania i przebaczania która jest poza mną, która jest większa ode mnie i która mnie dźwignie.

Wtedy zadzwonił mąż i powiedział: „Patrysia, damy radę, Bóg jest. Jest z nami i nas kocha, zobaczysz.”

Już teraz wiem, że Bóg nie oczekiwał, bo to nie ta sama sytuacja, nie ta skala cierpienia, oddania i poświęcenia. Bóg nie oczekuje więcej niż Mu możemy dać. Wiem, że chciał żebym poznała i doświadczyła Jej Serca. Zobaczyłam i doświadczyłam. Teraz wiem, że z Bogiem wszystko jest możliwe. Nawet to, że nie-niepokalana ja, potrafię kochać bardziej niż śmiałam marzyć. I że Ona jest prawdziwie, Niepokalana. I że to wszystko nie zadziało się przypadkowo.

Bo to nie przypadek, to mój syn.

 

Dodaj komentarz