LOADING

Type to search

Nie—miłości tego świata!

Andrzej Górny 30 września 2020
Share

Ewangelia z dn.30.09.2020.

Łk 9, 57–62.

JEDYNA DROGA

Nie może być nic ważniejszego niż pójście za Jezusem i głoszenie Dobrej Nowiny.

Nie od razu to rozumiałem. Owszem–przez większość życia próbowałem nieudolnie podążać “właściwą” drogą i starałem się “naśladować” Jezusa w ludzki sposób–jednak to nie było oddanie wszystkiego mojemu Panu…Wynikało to raczej z wychowania, które odebrałem i tradycji, a może nawet lęku przed konsekwencjami grzechu(potępieniem).

Do uczniostwa Jezusowego było mi daleko…Nauka, praca, sport i inne życiowe “pasje”–były ważniejsze niż…Pasja Jezusa Chrystusa, czyli misterium Jego Męki i Zmartwychwstania. Byłem nawet ministrantem, uczestniczyłem w wydarzeniach kościelnych itp, ale to wszystko było fizyczną, a nie duchową obecnością przy moim Panu…

Robiło się tzw “karierę” w różnych dziedzinach życia i myślało niemal wyłącznie o tym, jak przetrwać na tej ziemi i w tym bezdusznym świecie. Właśnie—”bezdusznym”, czyli pozbawionym sfery ducha i miłości…Nawet “walka” o szczęście innych(a nie tylko swoje), to były czyny ukierunkowane na szczęśliwość doczesną—a nie wieczną.

Ten pęd i zabieganie w pogoni za uszczęśliwianiem siebie i innych(ale tylko doraźne) przesłaniało mi prawdziwy cel życia człowieka–dziecka Bożego–na tym łez padole…Pogoń za wyimaginowanymi “dobrami”, nawet za miłością i uznaniem bliźnich, nie mówiąc o pieniądzach—zaprowadziła mnie na skraj przepaści…

Kiedy już miałem się “stoczyć”(do piekła) i byłem prawie na dnie…zwróciłem się do Jezusa i poprosiłem o ratunek. W pewien sposób wiązałem moją prośbę z obietnicą głoszenia Jego chwały…do końca moich dni. Jednak w tej modlitwie nie do końca byłem przekonany o możliwości uratowania mojej duszy…Nie powątpiewałem w miłosierdzie Boże—ale wydawało mi się, iż nie jestem godny stać się prawdziwym uczniem Jezusa—uzdrowionym i nawróconym.

Ale–o dziwo–proces uzdrawiania mnie i przede wszystkim nawrócenia rozpoczął się i to “z wielkim hukiem”…Jezus zawołał mnie po imieniu i…nie mogłem Mu odmówić! Chociaż Pan dokonał w moim życiu nie tylko przemiany duchowej, ale również tej bardziej przyziemnej(zdrowie, praca, mieszkanie itp)—od tej pory wszystko na tym świecie straciło dla mnie wartość…Nawet tzw “szczęśliwe” życie(choć nigdy takiego nie osiągnąłem) przestało być dla mnie celem i wartością, jako coś niepewnego i przemijającego. Zresztą moje(podwójne) wdowieństwo potwierdza tą “tezę”.

Co prawda zdrowie, praca i dach nad głową są w tym życiu mile widziane—jednak wszystko to nie jest warunkiem szczęścia, nawet doczesnego. Wszystko to funkcjonuje u mnie wciąż “na wariackich papierach”(dzisiaj jest–jutro nie ma) i do stabilizacji mam jeszcze bardzo daleko…Ale kimże ja jestem, żeby narzekać?! Mój Pan i Zbawca wędrował po świecie i nie miał tu na ziemi swojego domu. Czy to nie wymowne!?

A więc postanowiłem iść za Jezusem…Dzięki Jego poznaniu i umiłowaniu, mogę teraz kroczyć Jego śladami i to wcale nie dlatego, że próbowałem “utargować” to–jak mnie ocali…Z wielką siłą zaprosił mnie On do tej wędrówki i sprawił, że nie muszę się wstydzić mojej przynależności. Nadal nie jestem godny “rozwiązać Mu rzemyka u sandałów”, ale Jezus jest jedyną miłością mojego życia❤

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Leave a Reply