LOADING

Type to search

Nie bij mnie swoją wiarą

Marcin Kaczmarczyk 6 października 2014
Share

gadanie

Gdzie jest problem coraz luźniejszego podejścia do wiary?

Kto jest winny temu, że coraz więcej młodych ludzi chętniej wybiera to, co jest ładne, kolorowe i grzeszne, niż to co przynosi człowiekowi największe szczęście, czyli życie z Jezusem Chrystusem? Dlaczego Kościół widzimy jako instytucję, a nie miejsce, gdzie można budować swoją relację z Chrystusem poprzez bycie z innymi? Moim zdaniem to tylko i wyłącznie nasza wina. Wina tych, którzy do tego Kościoła należą.

Mam 29 lat. Przez 24 lata nie wierzyłem w Boga. Przez 24 lata opowieści o Jezusie Chrystusie robiły na mnie takie samo wrażenie, jak przygody Kubusia Puchatka. Ot, taka bajka. Kościół utożsamiałem z jednej strony z wyzyskiem przez „czarnych”, a z drugiej ze skrajną naiwnością i głupotą tych, którzy do Kościoła chodzą. Co ciekawe chodziłem tam też ja. Mało tego, byłem nawet ministrantem. Tu jednak zadecydowała wynajmowana przez księdza sala do grania w piłkę dla ministrantów, o co w tamtym czasie nie było łatwo. Kiedy tak sobie patrzyłem na moment przemienienia w czasie Eucharystii, to widziałem w tym jeden wielki cyrk. Stoi facet ubrany w sukienkę, trzyma w rękach wafla i mówi „czyńcie to na moją pamiątkę”. Przecież nikt normalny nie może tego traktować poważnie.

 

Do spowiedzi nie chodziłem. Uważałem ją za kompletna bzdurę. Była dla mnie tylko i wyłącznie sposobem „czarnych” na trzymanie na smyczy swoich owieczek. Bierzmowanie potraktowałem jako dziwny rytuał, do którego przystąpiłem, bo wszyscy inni też poszli. Powiedzmy, że poszedłem za tłumem. W okresie licealnym raz na jakiś czas poszedłem do kościoła dla własnego świętego spokoju – ze względu na ciągniętą w domu tradycję. Raz wszedłem do tego kościoła, raz poszedłem sobie zapalić za kościół, innym razem posiedziałem na ławce z kumplami. Wiele osób próbowało bić mnie po głowie Dekalogiem, tradycją i moralnością. Kończyłem te rozmowy bardzo szybko. Wystarczył jeden tekst: „Nie muszę chodzić do kościoła, żeby być dobrym człowiekiem”. Nikt, absolutnie nikt nie miał sposobu na to, żeby wzbudzić we mnie wiarę. Cały żelbeton gadający ciągle o moralności i grzechu, machający palcem i wskazujący, co jest dobre a co złe, był dla mnie śmieszny. Wszystko zmieniło się w 2009 roku. Wtedy to spotkałem w swoim życiu żywego Jezusa Chrystusa. Nie moralizującego. Nie pokazującego palcem, co jest dobre a co złe. Nie bijącego prawem po łydkach. Spotkałem miłosiernego Boga. Kogoś, kto wyciągnął do mnie rękę. Nie ciągnął na siłę. Nie gadał o in-vitro, aborcji i całym tym złym i bezdusznym świecie. Dał mi propozycję. Pokazał jak piękne może być życie z Nim. Pokazał mi, że to za mnie i moje życie oddał całego Siebie na krzyżu. Pokazał mi, że w Kościele nie chodzi o wymachiwanie palcem, ale o żywą relację z Jezusem Chrystusem. Zobaczyłem, że Bóg nie jest starym sknerą, który zsyła na ludzi nieszczęścia, żeby się zastanowili nad sobą. Jest miłosiernym Ojcem, który przyjmuje mnie takim jakim jestem i zawsze chce dla mnie dobra.

 

Żaden inny obraz Boga, żaden inny obraz wiary, nie spowodowałby tego, że wróciłem do Kościoła. Żaden uzbrojony po zęby w moralność Katowojownik, wymachujący mi przed nosem piekłem, nie zwróciłby mojej uwagi. Popatrzyłbym, pośmiał się, splunął i poszedł. Prawo, Dekalog i moralność jest częścią chrześcijaństwa, ale nigdy nie będzie jego początkiem i końcem. Początkiem i końcem chrześcijaństwa jest Jezus Chrystus. Dopiero po nawiązaniu z Nim relacji mogłem zrobić kolejny krok w stronę prawa i moralności. Czy ktoś, patrząc na Ciebie, na to jak żyjesz, czy też na to co piszesz, chce przyjść do Kościoła czy raczej z Niego wyjść? Warto nad tym pomyśleć.

Następny artykuł

3 Komentarzy

  1. Marcin Kaczmarczyk 7 października 2014

    Tak śmiałem się. Uważałem że to jeden wielki cyrk, który służy tylko temu żeby „czarni” mieli się za co utrzymać. Taki ich sposób na życie. Co się zmieniło, że zmieniłem podejście? Zmieniło się dużo i dużo trzeba by tu napisać, ale trzy najważniejsze rzeczy to:
    1. Kurs Filipa organizowany przez Szkołę Nowej Ewangelizacji. Byłem na nim w 2009 roku.
    Pojechałem na ten kurs ze względu na kogoś, ale znalazłem siebie. W zetknięciu z Pismem Świętym i zobaczeniu Boga jako kogoś, kto nie czeka na to, aż nazbieram sobie odpowiednią liczbę punktów, żeby odebrać od Niego prezent.

    2. Zburzenie stereotypowego myślenia o Kościele.
    Na kursie zetknąłem się z ludźmi, którzy tworzą wspólnotę. Z początku myślałem, że są jacyś inni, że trochę im odbiło. Potem zrozumiałem, że wspólnota jest miejscem gdzie człowiek może rozwijać relację z Bogiem.

    3. Kiedy miałem 11 lat w dość tragicznych okolicznościach zmarł mój tata. Nigdy się z tym nie pogodziłem. Nigdy też nie przyjmowałem stwierdzenia „tak musiało być”. Przez żal jaki miałem w sercu, wszedłem w różne dziwne rzeczy takie jak alkohol, narkotyki itd. Dla kogoś z zewnątrz byłem zwyczajnym i szczęśliwym gościem. W środku było zupełnie odwrotnie. Póki byli kumple, koleżanki i ciągnęła się impreza, było ok. Kiedy zostawałem sam, zaczynało robić się źle. Gdzieś znikał humor i szczęście. Na Kursie Filipa bardzo mocno trafiły do mnie słowa Psalmu 90 „Panie naucz nas liczyć dni nasza”. Poczułem się jakbym dostał nimi w łeb. I przez te słowa Chrystus pokazał mi, że tak naprawdę mam dwa wyjścia. Pierwsze, to podziękować za czas jaki spędziłem z tatą i iść drogą, którą przygotował dla mnie Jezus Chrystus. Drugie, iść i żyć dalej, tak jak żyłem do tej pory, czyli od imprezy do imprezy, od zdobywania kasy do przewalenia jej na głupoty. Wybrałem opcję pierwszą i dziś jestem szczęśliwy.

    Zaryzykowałem i uwierzyłem, w to co powiedział Chrystus. Obiecał, że każdy kto za Nim pójdzie będzie szczęśliwy. I ja jestem szczęśliwy. Widzę w Kościele wolność jakiej nie widziałem i nie zaznałem nigdy w swoim życiu.
    Od 2009 roku nie miałem w ustach alkoholu. Skończyłem z paleniem. Studiowałem Dziennikarstwo i nigdzie nie mogłem się zaczepić. Pies z kulawą nogą nie oglądał się za tym co piszę. Po swoim, nie lubię tego słowa, nawróceniu, zacząłem pisać o wierze i spojrzeniu na nią za dwóch stron. Osoby, która nie wierzyła oraz kogoś kto teraz wierzy. I znalazło się wydawnictwo, które wydało moją książkę
    I kilka kilogramów innych rzeczy też się zmieniło, ale nie sposób napisać o wszystkim od razu. Pozdrawiam :-)

    Odpowiedz
    1. Max 7 października 2014

      I zobacz co się potwierdza. Znalazłeś Boga gdy nikt inny w ciebie nie wierzył. Gdyby tak nie było to pewnie w dalszym ciągu byłbyś cynicznym japiszonem :).

      Czyli wszystko jak mówił Chrystus gdy wszyscy inni mu odmówili: „Wyjdź co prędzej na ulice i zaułki miasta i wprowadź tu ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych!”

      Ubodzy duchem… do nich należy królestwo…

      Powodzenia

  2. max 7 października 2014

    Nie rozumiem… Ludzie mówili ci że Chrystus za ciebie umarł a ty się z tego śmiałeś a gdy Jezus Chrystus powiedział ci to samo to uwierzyłeś?

    A możesz opowiedzieć dokładnie jak go właściwie spotkałeś?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz